piątek, 13 lipca 2018

Rozdział szesnasty

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, a dobrze znana panika pełza po ciele, rozlewając się przerażającym ciepłem, wręcz parząc nerwy. Znam to spojrzenie, w którym czai się gniew oraz nienawiść. Wiele razy patrzył na mnie dokładnie tak samo, a potem brał się za wykonywanie kary. Nawet jeśli nic wielkiego nie przeskrobałam i tak mi nie podarował. Lubił sprawiać mi ból, niszczyć, poniżać. Czerpał z tego ogromną przyjemność, a ja byłam tylko dzieckiem. Czy właśnie to, że nie potrafiłam się obronić, tak bardzo mu się podobało? Miał nade mną przewagę, a ja nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam się obronić. Zgadzałam się na te potworności, bo nie miałam innego wyjścia. Teraz jestem dorosłą kobietą, mam dwadzieścia lat i chociaż czasami wciąż czuję się zagubiona, nie dam mu ponownie władzy nad moim życiem.
Biorę się w garść, zmuszam nogi do ruchu, okrążam barierkę z drugiej strony i po prostu go mijam. Serce tłucze mi się w piersi, mam wrażenie, że zaraz złapie mnie w swoje brudne łapska i zleje pasem, aż krew będzie ściekać po moim ciele. Jednak ku mojemu zaskoczeniu nic takiego się nie dzieje. Ojciec nie idzie za mną, odwracam się i nawet go nie dostrzegam. Przykładam dłoń do serca i mam wrażenie, że ta sytuacja nie miała miejsca. Że jestem tak przestraszona, iż moja podświadomość sama podsyła mi te koszmarne obrazy, które kotłują się w mojej głowie. To zdarzyło się naprawdę? Czy mam pieprzone omamy?
- Ivy! - wzdrygam się na donośny głos Jillian. Macha mi wesoło, podchodzę do stolika, a jej uśmiech szybko gaśnie - Co się stało?! Jesteś blada jak ściana! - układa dłonie na moich ramionach, potrząsając lekko.
- Kochanie, powiedz nam, proszę - Gabrielle idzie w jej ślady i przykłada dłonie do moich policzków.
- Nic, chcę wrócić do domu - chrząkam niezręcznie, szybko się zbieramy i opuszczamy galerię.




Justin POV:
Dochodzi siedemnasta, dziewczyn nie ma od południa, jednak jestem spokojny, bo mama dała znać, że już wracają. Dzień spędzony z Abbey był świetny i mam nadzieję, że Ivy przekona się, jak dobry ze mnie ojciec, a następnym razem bez wahania zostawi mnie samego. Byliśmy na długim spacerze, na którym mała przespała dobre dwie godziny, poćwiczyliśmy chwilę i zjedliśmy pyszne mleczko. To dziecko to anioł, nie ma z nią żadnych problemów. Albo rozgląda się z zaciekawieniem i gaworzy, albo śpi. Bajka!

Wcinam chipsy, Abbey leży na macie i przygląda się zwierzaczkom, które wydają z siebie różne odgłosy, a tata delektuje się kieliszkiem koniaku. Wpadł do firmy tylko na chwilę, wrócił przed czternastą i dotrzymał mi towarzystwa. Nie sądziłem, że rodzice tak świetnie odnajdą się w roli dziadków, czym mile mnie zaskoczyli. Uwielbiają Abbey, ale właściwie jej nie da się nie uwielbiać. Przyciąga do siebie jak magnes!
- Jesteśmy! - Jillian krzyczy od progu, aż Abbey się wzdryga. Karcę ją spojrzeniem, wzrusza ramionami i podchodzi do małej - Kupiłam dla ciebie coś pięknego, kruszyno. Będziesz wyglądać jak aniołek!
- Jesteś niemożliwa - odkładam chipsy, wycieram ręce w serwetkę i spoglądam na Ivy. Odkłada torby na podłogę, zsuwa buty i zdejmuje z siebie kurtkę. Jest dość spokojna i co dziwne, nie patrzy na mnie. Zastanawiam się, czy przypadkiem mama i Jillian nie przesadziły, nie przytłoczyły ją swoją obecnością - Kochanie? - podnoszę tyłek z kanapy, podchodzę do niej i palcem unoszę jej głowę. Zaciska usta, patrzy na mnie niepewnie, a ja uważnie wpatruję się w jej oczy. Coś zaczyna mi tutaj nie grać - Co się stało?
- Możemy porozmawiać? - pyta cicho, biorę ją za rękę i prowadzę do naszego pokoju. Zamykam za nami drzwi, Ivy podchodzi do okna i owija się ramionami - Dzisiaj w galerii spotkałam ojca - kiedy kończy mówić, wbijam się w szok. Po prostu stoję, gapiąc się w jej plecy - Wracałam z toalety, odłączyłam się od Jillian i Gabrielle, wracałam już do nich i nagle go zobaczyłam. Nic nie zrobił, po prostu stał i patrzył.
- To niemożliwe - szepczę cicho, podchodzę i odwracam ją w swoją stronę - Niby skąd wie, gdzie jesteś?
- Nie mam bladego pojęcia, Justin, ale jest tutaj, w San Francisco. Byłam przerażona i zaskoczona.
- Domyślam się, skarbie - przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach - Nie obawiaj się, porozmawiam z tatą, zgłosi to Philowi. Widocznie będzie trzeba zatrudnić ochronę szybciej, niż się spodziewaliśmy.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz? - odchyla głowę i patrzy mi w oczy. W jej własnych widzę strach, którego ostatnio się pozbyła. Było już tak dobrze, ale ten człowiek wciąż nie ustępuje. Obawiam się, że nigdy tego nie zrobi - W lutym chcę wrócić na uczelnię, mam chodzić z obstawą? Nie wyobrażam sobie tego, wiesz?
- Wiem, ale twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Liczę, że do lutego problem będzie rozwiązany.
- Nie oszukujmy się, nie będzie rozwiązany, dopóki ojciec mnie nie odzyska. Taki jest jego plan, wiesz to.
- Nigdy nie pozwolę mu ciebie odzyskać, Ivy. Ten człowiek to przeszłość i zrobimy wszystko, aby posłać go z powrotem do więzienia, tam, gdzie jest jego miejsce. Tym razem nie na siedem lat, a na dużo więcej.
- Boję się, Justin. Widziałam w jego oczach tę nienawiść, którą doskonale znam. On chce się zemścić.
- Cichutko, nie bój się. Jestem przy tobie, poradzimy sobie z tym złamasem. Dostanie to, na co zasługuje.


Ivy zajmuje się Abbey, a ja zabieram ojca na rozmowę. Powtarzam wszystko, co usłyszałem od swojej narzeczonej, a ojciec kręci głową. Nie podoba mu się kierunek, w którym zmierza ten chory człowiek i wykonuje telefon do Phila. Niestety jego przyjaciel prosi, abyśmy przyjechali na komendę, bo chce porozmawiać z Ivy. Nie chcę ciągać jej po takich miejscach, jednak sytuacja jest poważna i trzeba obmyślić plan działania oraz środki bezpieczeństwa. Nie wiemy, co planuje jej ojciec, jakie ma możliwości. Obstawiamy, że jest bez grosza, bez znajomości, całkiem sam, ale jakoś znalazł się w pieprzonym San Francisco, odszukał Ivy i to niepokoi mnie najbardziej. Jak mu się to do cholery udało?! Ktoś mu pomaga?

Na komisariacie meldujemy się następnego dnia. Ivy jest zestresowana, mocno ściska moją dłoń i bardzo niepewnie przekracza próg budynku. Mam zamiar być przy niej cały czas, wspierać ją w tej trudnej chwili. To miejsce zapewne nie kojarzy jej się zbyt dobrze. Na pewno odwiedziła je w dzieciństwie.
- Witajcie - Phil gestem dłoni zaprasza nas do swojego biura, zajmujemy miejsca naprzeciwko jego biurka i kątem oka zerkam na ramki, które się na nim znajdują. Kobietę i dwójkę małych dzieci - Jestem Phil Leason, miło cię poznać, Ivy - ściska jej dłoń,  posyłając ciepły uśmiech - Sprawa z twoim ojcem nieco przyśpieszyła, dlatego się tutaj spotykamy. Do tej pory przysyłał tylko wiadomości, teraz postanowił stanąć na twojej drodze. Musiałem zapoznać się z twoją przeszłością, aby poznać szczegóły. Plan jest taki, że pod waszym domem będzie ochrona. Dyskretna, aby twój ojciec nie zorientował się w sytuacji. George?
- To bardzo dobry pomysł. Ivy musi być bezpieczna, a skoro ten człowiek tutaj jest, ochrona jest wskazana.
- Świetnie, jeszcze dzisiaj zjawią się pod domem. Nie martwcie się, nawet ich nie zauważycie. 


Rozmawiamy dobre dwie godziny. Phil wypytuje Ivy o ojca, o jego ewentualne zamiary wobec niej, jego słabe punkty, znajomości. Odpowiada na pytania, ściska moją dłoń, jednak zachowuje całkowity spokój. Jestem wkurzony, że ponownie musi przez to przechodzić, a liczyłem, że to już dawno za nią. Na szczęście mamy Phila, który jest świetnym glinom i doskonale wie, co robi. Ten złamas ponownie pójdzie siedzieć.

Ivy nie bardzo podobał się pomysł z ochroną czatującą pod naszym domem. Twierdziła, że na razie nie będzie sama nigdzie wychodzić i że szkoda marnować pieniądze. Jak zawsze była skromna, niczego od nikogo nie chciała, ale nie zamierzałem ustępować w tej kwestii, tata zresztą też. Sprawa wyglądała poważnie, mieliśmy na karku człowieka, który być może jest w stanie posunąć się do paskudnych rzeczy i za nic w świecie nie mogliśmy do tego dopuścić. Po tych argumentach Ivy zmieniła nieco swoje podejście i wyluzowała. Doskonale wiedziała, że chodzi też o nasze dziecko, które musieliśmy chronić. Na razie mieliśmy związane ręce, nie mieliśmy nic na tego człowieka, dzięki czemu mogliśmy posłać go z powrotem do więzienia. Musieliśmy czekać. Cholera! Gdybym wtedy wiedział, na co tak właściwie czekaliśmy...



***

Ivy POV:

Po wizycie na komisariacie odzyskałam utracony spokój. Ojciec nie pisał, nie pokazywał się w zasięgu wzroku, dzięki czemu byłam spokojna. Pod domem była ochrona, a to zdecydowanie podnosiło mnie na duchu. Moje samopoczucie było świetne, cieszyłam się z czasu wspólnie spędzonego z Justinem i nie mogłam doczekać się balu, który był już dzisiaj wieczorem. Od samego rana panowało małe zamieszanie i można było wyczuć pewną nerwowość. Tata Justina wciąż biegał, dzwonił i sprawdzał, czy aby na pewno wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Podziwiałam go, że organizuje bal z tak szlachetnym przesłaniem. Prowadził poważną firmę, znaną, szanowaną. Wykorzystywał swoje dobre imię, aby pomóc innym ludziom.
- Ivy - do pokoju wchodzi Justin, szarpie muchę i klnie siarczyście - Nie umiem poradzić sobie z tym cholerstwem, no! - wzdycha ciężko, podnosi głowę i patrzy na mnie tak intensywnienie, aż robi mi się gorąco - O, Boże. Ależ ty jesteś piękna - przesuwa wzrokiem z góry na dół, kręci głową gwiżdżąc z uznaniem - I pomyśleć, że jesteś tylko moja - uśmiecha się szeroko, podchodzi i przytula mnie do swojego ciała - Wyglądasz obłędnie, biedroneczko. Ta sukienka idealnie do ciebie pasuje, ta fryzura, makijaż.
- Dziękuje, kochanie. Ty również wyglądasz... wow - oblizuję usta i poprawiam klapę jego czarnej, dopasowanej marynarki - Jesteś niesamowicie przystojny, uwielbiam cię w takim wydaniu - odbieram od niego muchę, pomagam mu ją założyć i wystawiam kciuk ku górze - I pomyśleć, że jesteś tylko mój.
- Och, tak dobrze słyszeć to z twoich ust, maleńka - mruga zadziornie i cmoka mnie w usta - Musimy się zbierać, rodzice i Jillian już na nas czekają. Gina też przyszła, chodź - bierze mnie za rękę, podnoszę nieco sukienkę i powoli schodzimy po schodach. Te wysokie szpilki to nie jest dobry pomysł.
- Och, jesteście idealną parą! Tylko na nich spójrz, George! Abbey odziedziczyła urodę po was, kochani.
- Się wie, mamo - Justin dumnie wypina pierś i bierze małą na ręce - Bądź grzeczna, córeczko. Śpij dobrze, a jak się obudzisz, my już będziemy z powrotem - całuje ją w czoło, zaciskam usta, czując w sercu coś dziwnego. Nienawidzę zostawiać jej samej, a już na pewno nie z obcą dla mnie osobą. Polubiłam Ginę, jest w moim wieku, sympatyczna, miła i jest nianią. Gabrielle zapewniła mnie, że z nią Abbey będzie całkowicie bezpieczna, jest córką jej przyjaciółki, a to trochę mnie uspokoiło - No dobrze, idziemy? - przytakuję głową, szybko przytulam córkę i całuję ją w nosek. Czas przeżyć prawdziwy bal!

Na miejscu jesteśmy prawie czterdzieści minut później. Justin pomaga mi wysiąść, podaje dłoń i kiedy tylko staję na nogach, dostrzegam czerwony dywan. Wokół kręci się mnóstwo ludzi, są również fotoreporterzy, którzy robią zdjęcia i dostrzegam błyskające na każdą stronę flesze. Justin uprzedził mnie, więc nie jestem zaskoczona ich obecnością. Liczy się tylko to, aby o balu wiedziało jak najwięcej ważnych osób. Mam nadzieję, że uda się zebrać sporo pieniędzy na ofiary przemocy. 
 
Justin wręcza mi kieliszek bezalkoholowego szampana, stukamy się szkłem i upijamy. Mmm, pycha!
- Właściwie, dlaczego Jillian nie pojechała razem z nami? Nagle zniknęła i do tej pory się nie zjawiła.
- Cierpliwości, kochanie - uśmiecham się i wręcz nie mogę doczekać, aż zjawi się razem z Victorem.
- Hej, ty coś wiesz? - mruży oczy i unosi palcem moją głowę - Powiedz mi, bo zaczynam się martwić.
- Niepotrzebnie, wszystko jest w porządku. Jillian niebawem powinna się pojawić, nie panikuj.
- Oho, coś się świeci. Czuję to! - burczy pod nosem i wkłada do ust porcję przepysznego tortu z kremem.
- Hej! - jak na zawołanie rozlega się głos jego siostry, która podchodzi do nas razem ze swoim chłopakiem. Podnoszę się ze swojego miejsca, tulę ją do siebie i spoglądam na Victora. Jest tylko rok ode mnie młodszy, jednak muszę przyznać, że jest bardzo przystojny i idealnie pasuje do Jillian. Wyższy od niej o dobre piętnaście centymetrów, robi wrażenie pewnego siebie. Ma ciemne włosy, brązowe oczy i piękny uśmiech - Chciałam przedstawić wam mojego chłopaka. Victorze, to moja mama Gabrielle i tata George - rodzice natychmiast ciepło go witają, a Gabrielle przytula go do siebie. Patrzę na to z rozczuleniem i wyczuwam niepokój Jillian, kiedy przychodzi kolej na nas - A to mój brat Justin i jego narzeczona Ivy - podaje mi dłoń, którą ściska i całuje wierzch. Kiedy podchodzi do Justina, jego mina nieco rzednie. Szturcham go w bok, pokazując spojrzeniem, że ma zachować się jak cholerny dżentelmen, a nie stroić fochy! - Justin?
- Ach, tak - chrząka niezręcznie i bierze się w garść - Miło cię poznać. Jillian nareszcie cię pokazała.
- Tak, miała mnóstwo obaw zupełnie niepotrzebnie. Czasami jest zdecydowanie zbyt opiekuńcza.
- Tsa, skąd ja to znam. Cała ona! Bała się, że palnę coś bez zastanowienia i uciekniesz z krzykiem.
- Justin! - Jillian karci go i wystawia palec na znak groźby - To nieprawda, Victor. Nie słuchaj go.
- Prawda, prawda. Już ja cię znam - mruga okiem, a Jillian uroczo się zawstydza. Są tacy słodcy!
- No dobrze, kochani. Usiądźmy, podali pyszny tort, a niebawem zagra dla nas świetny zespół.
Siadamy na swoich miejscach, kątem oka zerkam, jak Victor odsuwa krzesło dla Jillian i muszę zagryźć wargę, aby szeroko się nie uśmiechnąć. Nie sądziłam, że młodzi chłopcy są tak dobrze wychowani, to zapewne jeden z niewielu wyjątków. To ogromny plus i cieszę się, że Justin należy do ów wyjątku. Zachował się w porządku wobec Victora, a bałam się, że naprawdę zasypie go gradem pytań! Ich pierwsze spotkanie wypadło świetnie i liczę na to, że Justin nie przytłoczy go swoją troską o Jillian. Nawet jeśli któregoś dnia Victor złamie jej serce, on nic nie będzie mógł na to poradzić. Tak właśnie wygląda życie. Trzeba spróbować, inaczej można już zawsze żałować. Nawet jeśli następnego dnia przekonamy się, że nie było warto. Nikt nie uchroni nas przed krzywdą, co jest nam pisane i tak się wydarzy. 
 
Bal rozkręca się, kiedy na scenę wchodzi zespół. Kołyszemy się do wolnej, romantycznej piosenki, a wokół nas wiruje mnóstwo par, w tym rodzice Justina oraz Jillian i Victor. Skupiam uwagę na moim narzeczonym, uśmiecham się i przesuwam palcem po jego karku. W czarnym, dopasowanym garniturze wygląda jak model żywcem wyjęty z okładki magazynu. Jego włosy są lekko na żelowane i potargane w "artystyczny nieład", jak zawsze mówi o swoich włosach Justin. Rok temu były nieco dłuższe, mogłam zanurzyć w nich palce, przeczesać, poszarpać. Teraz niestety nie mam na to najmniejszych szans. Dopiero teraz widzę zmianę, jaką przeszedł. Nie tylko jego włosy się zmieniły, ciało również. Nabrał nieco więcej masy, doszły nowe tatuaże, które zobaczyłam dopiero kilka dni temu, ale przede wszystkim zmianie uległo jego myślenie, podejście do życia. Przekalkulował je, zaakceptował fakt, że ma dziecko, co wiążę się z wielką odpowiedzialnością i sprowadził nas do San Francisco. Nie miał żadnych wątpliwości, nie chciał poczekać, nie dał sobie czasu na oswojenie się z nową sytuacją. Po prostu dopiął swego, odzyskał mnie i dokładnie rok później jesteśmy zaręczeni. Jeszcze miesiąc temu nawet nie śniłam, że wydarzy się taki cud!
- Zawiesiłaś się - cmoka mnie w nos, okręca dookoła i ponownie przytula - O czym tak myślisz, hmm?
- Właściwie o wszystkim. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, nie mówiąc o reszcie. Postanowiłam, że powiem ci o Abbey, ale nie liczyłam, że ta wiadomość zmieni cokolwiek między nami. Chciałam jedynie, żebyś wiedział o córce, niczego więcej nie oczekiwałam. A tu proszę!
- Zaskoczyłem cię, co? - uśmiecha się chytrze i czule przesuwa dłońmi po moich plecach - Szukałem cię i wiedziałem, że znajdę. Nie miałem zamiaru się poddać i stracić kobietę, z którą chcę spędzić resztę życia. Fakt, popełniłem ogromny błąd, ale nigdy więcej nie zachowam się tak dziecinnie. To było żałosne - przewraca oczami i oddycha głęboko. Tak, zemsta za powiedzenie kilku słów przy tłumie to faktycznie szczeniacka zagrywka - Uraziłaś moje ego, miałem tam świetną opinię, a ty to zepsułaś. Kiedy o tym teraz myślę, mam ochotę strzelić sobie w twarz, serio. Byłem wtedy takim dzieciakiem, Ivy. Zmieniłem się.

- Wiem, widzę to. Dobrze, że nasza miłość się nie zmieniła, mimo tego, że upłynął długi rok.
- Nie zmieniła się, ponieważ jest prawdziwa, biedroneczko. Zakochałem się w tobie od pierwszego pocałunku. Wiedziałem to już wtedy, chociaż zrozumiałem to dużo później. Jestem tylko facetem.
- Och, Justin - wtulam się w niego, zamykam oczy i powstrzymuję łzy - Znowu dzięki tobie jestem szczęśliwa i boję się, że tak samo jak rok temu nagle wszystko się spieprzy i będę cierpieć ponownie. 

- Nic takiego nie będzie miało miejsca, obiecuję. Jesteś dla mnie najważniejsza, nie spieprzę tego za nic w świecie. Poza tym poprosiłem cię o rękę, chcę się z tobą ożenić, być we troje już na zawsze. No, może nie tylko we troje. Kto wie? Może pewnego dnia postaramy się o kolejnego bobasa? Co ty na to?
- C-co? - jąkam się z zaskoczenia, odchylam głowę i patrzę mu w oczy - Chcesz mieć więcej dzieci?
- Jasne, dzieci są super! Uwielbiam Abbey i nie chciałbym, żeby wychowywała się sama. Rodzeństwo jest potrzebne, zawsze będą mogli potem na siebie liczyć, wspierać się. Dobrze mówię? Ma to sens?
- Oczywiście, że ma! Poza tym fajnie byłoby mieć maleńkiego syneczka, który byłby taki jak ty.
- Och, to brzmi niesamowicie. Nigdy wcześniej nie myślałem o byciu ojcem, zrzuciłaś na mnie niezłą bombą, a teraz mówimy o kolejnym. Zrobimy tyle dzieci, ile będziemy chcieli, kochanie. Przyjdzie na to czas, ale jeszcze nie teraz, okej? Jesteśmy jeszcze młodzi i Abbey w zupełności nam wystarczy.
- Zgadzam się - opieram czoło o jego i zamykam oczy. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?


Chwilę później idę do toalety. Robię siku, co jest niezmiernie trudne w tej długiej sukience oraz pudruję nosek. Nie rozpoznaję samej siebie w odbiciu lustra. Nigdy nie maluję się tak mocno, jednak makijaż pasuje do mnie idealnie. Moje włosy są upięte w wysokiego, luźnego koka, w uszach są długie, srebrne kolczyki. Gabrielle zadbała o wszystko i we trzy wyglądałyśmy jak księżniczki z bajki Disney'a.
Uśmiecham się na tę myśl, opuszczam łazienkę i powoli wracam na salę. Mam potwornie wysokie szpilki i muszę uważnie stawiać każdy krok, aby przypadkiem nie potknąć się i nie zaliczyć spotkania z piękną, jasną i wypolerowaną podłogą. Skręcam w prawą stronę, mijam małą fontannę na środku holu i ni stąd, ni zowąd czuję uścisk na ramieniu. Zatrzymuję się w połowie kroku, odwracam za siebie i gwałtownie wciągam powietrze. Nie wierzę, że to dzieje się ponownie! Jakim cudem dostał się na przyjęcie?!
- Witaj, córeczko. Chyba musimy porozmawiać - uśmiecha się, ale mimo to jest poważny jak diabli. Świadczy o tym, chociażby zaciśnięta szczęka oraz mocny uścisk na moim ramieniu - Przejdźmy się - pociąga mnie za sobą, chcę zaprotestować, wyrwać się z jego uścisku, ale moje wysiłki spełzają na niczym. Jego osoba mnie paraliżuje i nie jestem w stanie nawet racjonalnie myśleć! - Tutaj może być - rozgląda się, korytarz jest całkowicie pusty i znajdujemy się kawałek od bawiących się ludzi - Muszę przyznać, że wyglądasz wspaniale, gwiazdeczko - dotyka mojego ramienia, sunąc po nim palcem - Wiedziałem, że jesteś piękna, ale w tym wydaniu wyglądasz jak milion dolców. Jesteś tyle warta? - przechyla głowę i uważnie mi się przygląda. Przełykam ślinę, dociskam plecy do lodowatej ściany i tak bardzo chciałabym się w nią wtopić, aby nie musieć patrzeć w te czarne jak otchłań oczy - Nie mam za dużo czasu, więc przejdźmy do rzeczy. Popełniłaś błąd, uciekając ode mnie, Ivy. Znasz mnie, wiesz, że ja nigdy nie odpuszczam i teraz też tego nie zrobię. Czekam na pieniądze, które miałaś zdobyć. Zażądałem stu tysięcy, ale patrząc na to, z kim się teraz zadajesz, chcę zdecydowanie więcej. Pół miliona, Ivy. Masz czas do środy - Chryste! Nigdy w życiu nie widziałam takich pieniędzy na oczy! W dodatku to tylko trzy dni! - Jeśli zrobisz coś, co mi się nie spodoba lub nie dostarczysz pieniędzy, zrobi się nieprzyjemnie - przysuwa się, opiera dłoń obok mojej głowy i szepcze do ucha - Rozczarujesz mnie, gwiazdeczko, a wiesz, że nie znoszę rozczarowań - jego oddech odbija się od mojej skóry, zamykam oczy, a wszystko podchodzi mi do gardła. Wspomnienia zalewają mnie niczym fala tsunami, czuję łzy pod powiekami, ale on nie przestaje - Tym razem nie powstrzymam nikogo, kto zechce dotknąć twojego kuszącego ciała. Jeśli mi się sprzeciwisz, będziesz zarabiać dla mnie pieniądze, pieprząc się, z kim popadnie. Rozumiesz? - syczy przez zęby, energicznie przytakuję głową, a łzy wreszcie wypływają. Mam ochotę w nich utonąć, aby przestał mnie dręczyć, spychać na samo dno, z którego udało mi się odbić. Znowu wrócił do mojego życia. Jest jak cień, jak demon, który kroczy tuż obok i nie pozwala się uwolnić. Naiwnie myślałam, że zaczęłam swoje życia na nowo, lecz on nigdy mi na to nie pozwoli - Grzeczna dziewczynka, dobrze cię wychowałem. Te lata dyscypliny na coś się przydały i proszę, mogę być dumny - żółć podchodzi mi do gardła, mam ochotę zwymiotować. Lata dyscypliny, jak on pięknie nazwał dziesięć lat, w których potwornie cierpiałam. Ten człowiek to diabeł w ludzkiej skórze! - Muszę już iść, gwiazdeczko. Odezwę się niebawem. Ach, zapomniałbym! Nigdy więcej nie odwiedzaj komisariatu - o kurwa, skąd to wie?! - Nie jestem na tyle głupi, aby zrobić krok, na który czekacie. Nie dam się ponownie zamknąć w więzieniu! - mówi ostro, przysuwa coś do mojej szyi i lekko dociska. Gwałtownie uchylam powieki i orientuję się, że to nóż! - Zrób to jeszcze raz, a przysięgam, że cię kurwa zabiję! Nie zawaham się, jesteś dla mnie bezwartościowa! - patrzy mi w oczy, uśmiecha się szyderczo i obserwuje czubek noża, który przesuwa na mój dekolt - Kusi mnie, aby zostawić ci małą pamiątkę. Co ty na to? - oblizuje usta, jednym ruchem odwraca mnie tyłem do siebie i dociska do ściany. Próbuję go odepchnąć, walczę, ale jest silniejszy ode mnie i nie mam szans na obronę - Przestań się wić, jesteś tylko słabą dziewczyną. Zawsze miałem nad tobą przewagę - chichocze beztrosko, podwija moją sukienkę, a krew odpływa mi z twarzy. Boże! Co on chce zrobić?! - Hmm, spięłaś się. Myślisz, że chcę cię przelecieć? - sunie palcami po udzie i dociera do pośladka - Nie obawiaj się, jesteś moją córką. Nie zamierzać cię pieprzyć - wybucham płaczem, trzęsę się 
i ponowie próbuję odsunąć. Jeszcze mocniej napiera na moje ciało, bez wahania przejeżdżając nożem po skórze uda. Zanim mam okazję krzyknąć z bólu, zasłania mi usta dłonią - Ani mi się waż wydać, chociażby pisk, kochanie - szepcze do mojego ucha i przesuwa dalej. Wyję w jego dłoń, a on nie przestaje. Świetnie się bawi, raniąc mnie, ponownie spychając w przepaść i wdzierając się w mój kokon bezpieczeństwa - To mały przedsmak tego, co spotka cię za nieposłuszeństwo. Weź moje słowa na poważnie - odsuwa się, uwalnia mnie od swoich brudnych rąk, zapachu i odchodzi. Opieram czoło o ścianę, próbując poskładać się do kupy.