piątek, 18 maja 2018

Rozdział siódmy

Justin POV:
W pokoju zapada cisza, a ja jestem zszokowany tym, co widzę. Wpatruję się w Ivy, jednak ona jest spokojna. Przecieram twarz rękami, ale nie tego się spodziewałem. Liczyłem na to, że mamy szansę na nowy start, aż nagle wszystko się komplikuje. Dlaczego nie zapytałem jej od razu, czy ma chłopaka? Wróciłem z nadzieją, że jest wolna i będę mógł ją odzyskać. Ależ ze mnie idiota! Ivy jest piękna, wyjątkowa. To oczywiste, że jakiś chłopak kręci się obok niej i w dodatku mają dziecko. Jasna cholera! 
- J-jesteś z kimś związana? - pytam tak cicho, że sam siebie ledwo słyszę. Ivy kręci przecząco głową, składa ubranka unikając mojego spojrzenia - To twoje dziecko? - przytakuje twierdząco lecz nadal na mnie nie patrzy - Zrobił ci dziecko i odszedł? - wzdycha i opiera dłonie na desce do prasowania - Powiedz mi.
- Nie do końca, to ja odeszłam - och! Marszczę czoło, gapię się na nią, jednak nic z tego nie rozumiem.
- Dlaczego odeszłaś, skoro macie dziecko? - podchodzę do niej, odwracam w swoją stronę i unoszę jej głowę - Proszę, patrz na mnie jak do ciebie mówię, dobrze? Chcę widzieć twoje piękne oczy - uśmiecham się lekko, dotykam kciukiem jej dolnej wargi i delektuję się widokiem tej pięknej, uroczej buźki. Boże, tak potwornie za nią tęskniłem! Śniłem o niej, budziłem się z krzykiem i walącym z rozpaczy sercem. A teraz stoi przede mną, śliczna, zmęczona i w dodatku z dzieckiem - Gdzie jest ojciec twojego dziecka, Ivy?
- Stoi przede mną - te trzy słowa wypowiada szeptem. Zamieram, wpatruję się w jej oczy i chyba nie dotarło do mnie, co właśnie powiedziała. Nie, to niemożliwe. Ja, ona, nasze dziecko? - Masz córkę.
- C-córkę? - jąkam się, szok przejmuje nade mną całkowitą kontrolę i postanawiam podejść do wózka. Puszczam brodę Ivy, ruszam z miejsca i po chwili wpatruję się w dziecko. Jest maleńka, drobniutka, taka śliczna! To niewiarygodne, ale widzę w niej samego siebie! Te ciemne włoski, pełne usta, uroczy nosek. Wyglądałem tak samo, kiedy się urodziłem. Ivy widziała te zdjęcia, kiedy spędzaliśmy święta z moją rodziną. Choćbym chciał się wyprzeć, nie mogę. To dziecko to mała kopia mnie samego - Ile ma miesięcy? - Ivy nie odpowiada, wystawia cztery palce, a ja w głowie z szybkością karabinu maszynowego robię obliczenia. I ponownie, choćbym chciał się wyprzeć, wszystko się zgadza. Jej odejście, czas jaki upłynął - Kiedy dowiedziałaś się o ciąży? Po odejściu, czy przed odejściem? - podchodzi i staje przede mną.
- Dowiedziałam się w szpitalu, po próbie samobójczej. Nie wiem, jakim cudem wtedy nie poroniłam.
- Mój Boże! Więc wiedziałaś, że będziemy mieli dziecko i nie powiedziałaś na ten temat ani słowa?
- Tak, dokładnie tak. Zaplanowałam, że odejdę i nie urodzę dziecka. Obrałam za cel Los Angeles i kiedy tutaj przyjechałam, chciałam pozbyć się problemu - kurwa mać. Patrzę na nią i mam wrażenie, że jest obcą osobą. Moja kochana, wrażliwa Ivy nigdy nie pomyślałaby o czymś tak strasznym i okrutnym! - Nie patrz tak na mnie, Justin. Widzę wszystko w twoich oczach. Zaczynając od gniewu, a kończąc na rozczarowaniu. Nie byłam na tyle silna, aby poradzić sobie ze zmianami, jakie na mnie czekały. Zostałam przez ciebie zraniona, nie mogłam ci powiedzieć o dziecku. Zatrzymałbyś mnie siłą, a ja musiałam odejść. Zniszczyłeś mnie razem z tymi ludźmi, którzy szydzili ze mnie i obgadywali.
- To nie ma teraz znaczenia, rozumiesz? Byłaś w ciąży z moim dzieckiem, do kurwy nędzy! - krzyczę, szarpię za włosy, a dziecko nagle wybucha płaczem. Ivy karci mnie spojrzeniem, bierze małą na ręce i przytula do swojego ciała. Ten widok mnie paraliżuje. Wpatruję się w nie z uchylonymi ustami i z ręką na sercu muszę przyznać, że jest to najpiękniejszy widok na całym świecie! Moja kochana, mała Ivy  tuli do siebie nasze dziecko, które znika w jej ramionach. Mam ochotę się rozpłakać i nim mam szansę zablokować te cholerne łzy, już czuję je na policzkach. Toczą się w dół, mocząc mój t-shirt - Ivy, ja...
- Nie płacz, proszę - oddycha głęboko, podchodzi i chwyta moją dłoń - Przepraszam, że nie powiedziałam ci od razu. Nie zamierzałam jej urodzić, przysięgam. Dopiero po przyjeździe tutaj poszłam do ginekologa i zobaczyłam ją na badaniu usg. Wtedy wszystko się odmieniło i nie mogłam zdobyć się na skrzywdzenie własnego dziecka. Urodziłam i obiecałam sobie, że pewnego dnia ci o tym powiem. No i już wiesz.
- Mogę ją potrzymać? - ocieram łzy, Ivy uśmiecha się i przytakuje głową. Podaje mi to maleńkie ciałko, a ja zaczynam panikować - Nie wiem, jak się trzyma małe dziecko. Nie chcę zrobić jej krzywdy - Ivy szybko udziela mi instrukcji i moje dziecko ląduje w moich ramionach. Ssie smoczek, który jest prawie na pół jej drobnej twarzyczki i patrzy na mnie moimi oczyma. Są w takim samym kolorze - Jak ma na imię?
- Abbey - Abbey, powtarzam w myślach i zakochuję się w tym imieniu - Urodziła się miesiąc i szesnaście dni przed terminem. Jest wcześniakiem - marszczę czoło i zastanawiam się, co to oznacza - Nie wiedziałam, że jestem w ciąży przez pierwszy miesiąc i cóż, piłam alkohol, nie oszczędzałam się, nie uważałam. Potem wcale nie było lepiej, skoro chciałam się jej pozbyć miałam to w dupie - wzrusza ramionami i wraca do składania ubranek - Paliłam, piłam i szlajałam się po klubach. Nie zależało mi na dziecku i liczyłam, że problem rozwiąże się sam. A potem coś mnie podkusiło i polazłam do ginekologa. Zaszkodziłam jej i teraz mam o to do siebie ogromny żal. Na szczęście walczyła bardzo dzielnie.
- Walczyła? Opowiedz mi wszystko, proszę - siadam na kanapie i uważnie słucham. A opowiada rzeczy, od których mam gęsią skórkę. O ciężkim porodzie, owiniętej wokół jej szyi pępowinie, pobycie w inkubatorze, jej drobnym ciałku, które ważyło nieco ponad dwa kilogramy. O problemach z oddychaniem, karmieniem, utrzymaniem właściwej temperatury ciała. O tym, jak bardzo trzeba na nią uważać, że w czwartym miesiącu nie potrafi jeszcze sama utrzymać główki w pionie. W mojej własnej głowie wszystko się kotłuje i chociaż przed chwilą byłam na nią potwornie wściekły, teraz cholernie ją podziwiam. Zataiła przede wieść o dziecku, a sama musiała przejść przez ciężkie chwile - 
To straszne. Nie wiem, co powiedzieć. 
- Nic nie musisz mówić, Justin. Teraz jest już dużo lepiej, Abbey świetnie sobie radzi i najgorsze już dawno mamy za sobą. Jest silną dziewczynką, nie poddała się od samego początku. Dzielna kruszyna.
- Tak samo dzielna, jak jej mama - uśmiecham się, chwytam jej dłoń i całuję wierzch - Nie mogę pozwolić, abyście tutaj zostały, Ivy. To nie miejsca dla dziecka, szczególnie po takich przejściach. Rozumiesz?
- Tak, rozumiem. Wiedz jednak, że ja niczego od ciebie nie oczekuję. Mam pracę, a Abbey niczego nie brakuje. Troszczę się o nią i to, że mieszkanie nie jest willą niczego nie zmienia. Daję radę, naprawdę.
- Oczywiście, że dajesz radę, nawet przez chwilę w to nie wątpiłem. Po prostu pozwól sobie pomóc.
- Dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy. Och, nie zaproponowałam ci nic do picia, wybacz. Co sobie życzysz?
- Nic, nie zmieniaj tematu. Chyba sama nie wierzysz w swoje słowa. Jestem ojcem, chcę się zaangażować.
- Ależ proszę, przecież ci tego nie zabraniam. Możesz odwiedzać ją kiedy chcesz, zabierać na spacery.
- Ivy, ja nie chcę być "weekendowym tatusiem". Chcę być przy swoim dziecku codziennie, nie przegapić już ani chwili z jej życia. Chcę cię zabrać do San Francisco i stworzyć jej normalny dom. Proszę, zgódź się.
- Nie mogę - podnosi się, podchodzi do okna i owija ramionami. Dociera do mnie, że jest z tym wszystkim sama, a tak wiele musiała przejść. Ma dziecko, pracuje nocami w tym pieprzonym klubie, a nadal unosi się dumą i nie chce pomocy. Jest tak samo uparta jak rok temu! - To, że mamy dziecko między nami niewiele zmienia. Ty masz swoje życie, a ja mam swoje. Nie wrócę do San Francisco, Justin. Ani teraz, ani nigdy.
- Dlaczego, do cholery? Wcale nie musisz wracać na tamtą uczelnię, jest ich kilka i wybierzesz inną. Zamieszkamy razem, zaopiekuję się wami. Czy nie tak powinno to właśnie wyglądać? Jesteśmy rodziną.
- Uwierz mi, bardzo chciałam, aby tak to wyglądało. Nie zapominaj, że wydarzyło się sporo złych rzeczy.
- Wiem o tym, chociaż wolałbym abyśmy zapomnieli oboje. To był rok temu, warto do tego wracać?
- Och, Justin - odwraca się i patrzy na mnie tak, aż coś ściska mnie w sercu. Widzę w jej oczach ogromne zmęczenie, żal, udrękę i bezradność - Po raz pierwszy zaczęłam od nowa tuż po tym, jak ojciec trafił do aresztu. Po raz drugi, kiedy zaczęłam studiować i po raz trzeci, kiedy tutaj przyjechałam. Obiecałam sobie, że to mój ostatni "nowy początek". Dobrze mi tutaj, lubię Los Angeles i nie chcę niczego zmieniać.
- Tutaj już nie chodzi tylko o ciebie, ale i o nasze dziecko. Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia?
- Oczywiście, że masz, ale czego właściwie ode mnie oczekujesz? Że rzucę wszystko i się przeprowadzę?
- Oboje wiemy, że nic cię tutaj nie trzyma. Twoja praca jest do bani, mieszkanie to rudera. Ja chcę zapewnić wam lepsze życie, dlaczego mi na to pozwalasz? Uwierz mi, jestem w szoku po tym, czego się dowiedziałem, a nadal tutaj jestem, nie zwiałem. Czy to nie świadczy o tym, że mi na tobie zależy?
- Justin, wróciłeś po roku i na jakiekolwiek zmiany jest zdecydowanie za wcześnie. Nie oczekuj ode mnie, że wrócę do San Francisco i zamieszam z tobą. Owszem, chcę, aby moje dziecko miało ojca, który je pokocha i zatroszczy się o nie, jednak widzimy się trzeci raz, a ty snujesz wielkie plany. Szybko działasz.
- Znasz mnie, wiesz, że jeśli czegoś bardzo chcę to nie czekam. Teraz też nie chcę zwlekać ani chwili.
- Będziesz musiał trochę przystopować. Nie jestem gotowa na zmiany, Justin. Poza tym nadal jest we mnie mnóstwo żalu, rozczarowania i smutku. Paskudnie mnie potraktowałeś, a byłeś dla mnie wszystkim.
- Wiem, przykro mi - schylam głowę, wpatruję się w córkę i dotykam jej maleńkiej rączki - Nie będę na ciebie naciskał, bo wiem, że tego nie lubisz. Chcę dać ci czas na przemyślenie sprawy i poczekam na odpowiedź. Proszę jednak o kolejną szansę, ostatnią. Pomyśl o naszym dziecku, Ivy. O jej przyszłości.
- Myślę tylko i wyłącznie o niej. Nic innego nie ma dla mnie znaczenia, tylko jej zdrowie i bezpieczeństwo. Nie wiem, jak dalej potoczy się nasze życie, na razie jest jak jest i musisz to zaakceptować.
- Akceptuję, co nie znaczy, że nie będę się starał - uśmiecham się i mrugam okiem. Przewraca oczami, a na jej twarzy również pojawia się uśmiech. Szczery, radosny, taki, który uwielbiam - Odzyskam cię, Ivy.
- Nie bądź taki pewny siebie - prycha i uderza mnie w ramię. Atmosfera nagle ulega zmianie, jest swobodnie, a napięcie opada - Jak czujesz się z myślą, że masz dziecko? Niezły szok, prawda?
- Żebyś wiedziała. Kiedy ją zobaczyłem w życiu nie pomyślałbym, że to właśnie ja jestem ojcem. Bałem się, że ktoś mi ciebie ukradł i przez moment straciłem wszelkie nadzieje na kolejną szansę.
- Przepraszam, że nie powiedziałam ci wcześniej. Chyba nie miałam odwagi się odezwać, chociaż próbowałam kilka razy. Sytuacja mnie przerosła, a zasługiwałeś na to, aby wiedzieć, że jesteś tatą.
- Cholera, będę musiał się do tego przyzwyczaić - spoglądam na Abbey, która zwija maleńkie paluszki w piąstki i przymyka oczy. Jest naprawdę prześliczna i słodka - Miałem w planach cię odzyskać, a w pakiecie dostała mi się również córka. Nie ukrywam, to dziwne, ale i niesamowite. Myślisz, że mnie polubi?
- Już to zrobiła. Śpi jak aniołek, a nie przepada za obcymi osobami. Wie, że jest w ramionach tatusia.
- Boże, nie wierzę w to, co się właśnie dzieje. Jestem ojcem - przełykam ślinę, Ivy chwyta moją dłoń i ściska pocieszająco. Teraz za nic w świecie z niej nie zrezygnuję. Zabiorę je stąd obie.


Odkładam małą do wózka i rozmawiamy do czwartej rano. Opowiadam jej o rodzicach, którzy byli bardzo rozczarowani moim zachowaniem. O Jillian, która nawrzeszczała na mnie i zwyzywała od skończonych idiotów i nieudaczników. O sesji po jej odejściu, którą prawie zawaliłem. Nie zdałem czterech egzaminów, jej brak kompletnie mnie rozpieprzył i nie byłem w stanie się uczyć. O chłopcach, którzy martwili się o mnie i bali, że coś głupiego może przyjść mi do głowy. Opowiadam nawet o Meredith. O jej bezczelnym zachowaniu, kiedy odeszła. Stała się natrętna, wręcz nie odstępowała mnie na krok i próbowała się wybielić. Po kilku dniach, kiedy nieco doszedłem do siebie odwiedziłem wujka, powiedziałem mu wszystko, a na koniec rozpłakałem. Był w szoku, wiele osób potwierdziło moją wersję i w końcu Meredith wyleciała. Oczywiście wykrzyczała, jak bardzo mnie nienawidzi i jak zniszczyłem jej życie tym, do czego się posunąłem. Wcale nie było mi jej żal, bo zasłużyła sobie na to swoimi czynami. Za błędy się płaci i Meredith również poniosła karę za swoje wybryki, a ja odetchnąłem z ulgą, że wreszcie jej już nie ma.
Opowiadam o Dylanie i Alaynie, którzy nie odstępowali siebie na krok! Mieszkali w jednym pokoju, a ich miłość rozwinęła się w zawrotnym tempie. Mój przyjaciel był nią zauroczony i wpadł po uszy! Cieszyłem się jego szczęściem, chociaż miałem żal do dziewczyny za to, że uknuła z Meredith ten koszmarny plan, który przekreślił moje własne szczęście. Nie byłem w stanie pójść dalej, zatrzymałem się w miejscu. Tęskniłem za Ivy, jej uśmiechem, rozgadaniem, widokiem jej ślicznej buzi z samego rana, budzenia się obok niej. Coś wywnętrz mnie rozrywało moje biedne serce i z każdym dniem było coraz gorzej. Dlatego po kilku miesiącach postanowiłem zawalczyć i ją odnaleźć. Zanim trafem na Caleba, który odnalazł Ivy w zaledwie dwa tygodnie, użerałem się z czterema innymi detektywami. Teraz wiem, że nie chciało im się pracować, za to chętnie wzięli wynagrodzenie. Caleb stanął na wysokości zadania i przekazał mi to, co wiedział. Zastanawiam się, dlaczego nie wspomniał słowem o dziecku. Nie wiedział tego, czy może specjalnie to ukrył? Przebiega mi też przez myśl to, że podrywał Ivy. Miał trzymać się z daleka, zachować pełen profesjonalizm, a on odwiedzał ją w klubie i chciał się z nią umówić? Ma szczęście, że go polubiłem i nie doniosę jego szefowi, że przekroczył pewną granicę. Odnalazł Ivy, tylko to się liczyło. 

W środę budzi mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Biorę telefon, uchylam jedno oko i czytam.

     Nolan: Justin, ty jełopie! Miałeś się do mnie wczoraj odezwać, tak? Obiecałeś! Jak poszło z Ivy?          Czy to, że milczysz oznacza, że jednak miałem rację i postanowiła cię zabić? Odezwij się!

Prycham rozbawiony i przecieram twarz rękami. Bawi mnie troska mojego przyjaciela, który od razu założył, że jak tylko pojawię się w drzwiach, Ivy zatrzaśnie mi przed nosem lub zamorduje. Cóż, byłem na to przygotowany, a ona jak zawsze mnie zaskoczyła. Może nasza pierwsza rozmowa po tak długim czasie nie przebiegał tak, jak zaplanowałem, ale cud, że w ogóle udało nam się pogadać. Jest niesamowita!

    Wal się, ciulu! Żyję i mam się świetnie! Przegadałem z Ivy praktycznie całą noc i  wydaje mi się,        że jesteśmy na dobrej drodze ku lepszemu. Muszę dać jej czas i nie naciskać. Dowiedziałem się          jednak czegoś, co zwali cię z nóg, stary! Opowiem ci jak wrócę. Do jutra, nara!

Podnoszę tylek z łózka, idę do łazienki i biorę prysznic. Żałuję, że muszę jutro wyjechać, jednak w piątek mam do oddania pracę i kolokwium. Gdyby nie to, zostałbym tutaj jak najdłużej. I cholernie martwi mnie fakt, że będę musiał latać między San Francisco, a Los Angeles. Chcę odzyskać Ivy, stworzyć dom dla naszego dziecka, ale latania z miejsca na miejsce nie jest w takiej sytuacji dobrym rozwiązaniem. Mimo to muszę uzbroić się w cierpliwość, bo Ivy to twarda sztuka i tak łatwo nie da się złamać. Chciałem ją namówić na przeprowadzkę, wykorzystałem do tego naszą córkę, jednak wiem, że moja mała biedroneczka ma w sobie mnóstwo żalu. Muszę zapracować na jej zaufanie, miłość i dać jej na to wszystko czas.
Poza tym, jasna cholera, jestem ojcem! Gdyby ktoś powiedział mi o tym wcześniej, roześmiałbym mu się prosto w twarz! Nigdy nie spodziewałbym się czegoś takiego, a ta wiadomość prawie zwaliła mnie z nóg. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu i szokowi, jaki przeżyłem, zareagowałem dość spokojnie. Fakt, wciąż to do mnie nie dociera, jednak uwielbiam dzieci i przypominam sobie, jak chętnie opiekowałem się moją młodszą siostrą. Boję się jedynie tego, że znowu coś spieprzę i na dobre zniechęcę do siebie Ivy. Muszę się bardzo postarać. Dla niej i dla naszego dziecka. Gdybym znowu dał ciała, rodzice by mnie zabili!


Spotykam się z Ivy na alejkach przy plaży. Wygląda obłędnie w białej, krótkiej, letniej sukience i butach na koturnie. Pcha przed sobą wózek, wystawia twarz do słońca i poprawia okulary słoneczne. Przysięgam, że gdybym nie wiedział, że cztery miesiące temu urodziła dziecko, nigdy nie powiedziałbym, że kiedykolwiek była w ciąży. To możliwe, aby kobieta wyglądała tak dobrze, w tak krótkim czasie? Zastanawiam się, jak w ogóle Ivy wyglądała w ciąży. Jestem pewien, że była równie piękna, jak teraz. Szkoda, że mnie nie było.
- Hej - uśmiecham się, witam ją całusem w policzek i wręczam kubeczek jagodowego smoothie - Nadal lubisz, prawda? - przytakuje i upija kilka łyków - Jak się dzisiaj ma moja maleńka kruszynka, hmm?
- D-dobrze - Ivy jąka się i patrzy na mnie zaskoczona - Jest przebrana, nakarmiona i zaraz zaśnie.
- Duuużo śpi, takiej to dobrze. Właściwie, co ona je? - spoglądam na Ivy, która się czerwieni. Och!
- Karmię ją piersią, Justin - odpowiada niepewnie i wiem, dlaczego się zawstydziła - Na szczęście mam pokarm i chciałabym to robić jak najdłużej - patrzy na małą i widzę w jej oczach rozczulenie.
- To musi być niesamowity widok. Obiecaj, że będę mógł to zobaczyć! Najlepiej zanim wyjadę, okej?
- Wyjeżdżasz? - marszczy brwi i zaciska usta - Znaczy, to zrozumiałe, tam jest twój dom. Kiedy?
- Jutro w południe mam lot, a w piątek kolokwium. Gdyby nie to, zostałbym zdecydowanie dłużej. Nie martw się, wrócę w niedzielę lub w poniedziałek i przedłużę pobyt jak długo się tylko będzie dało.
- Wiesz, że będzie ci ciężko? Nie możesz opuszczać aż tylu zajęć, narobisz sobie zaległości.
- Dam radę, biedroneczko - spina się, schyla głowę i doskonale wiem, że właśnie uderzają w nią wspomnienia - Czy to przezwisko źle ci się kojarzy? Jeśli tak, powiedz mi, a wymyślę jakieś inne.
- Nie, nie kojarzy mi się źle, wręcz przeciwnie, przypomina te wspaniałe chwile w których byłam szczęśliwa - siada na ławce, zajmuję miejsce obok niej i wpatruję się w jej twarz - To był niesamowity czas, Justin. Nigdy w swoim życiu nie czułam się komuś tak potrzebna. A potem, tak nagle...
- Wszystko koncertowo spierdoliłem - dodaję za nią i kręcę głową - Wiem, to był błąd. Wiedz, że sporo się na nim nauczyłem i nie zamierzam go więcej popełniać. Ten rok bez ciebie był dla mnie surową karą.
- Dlatego teraz boję się obdarzyć cię zaufaniem na nowo. Obiecałam sobie, że będę trzymać się od facetów z daleka, żeby oszczędzić sobie niepotrzebnego cierpienia i rozczarowania. Idealnie mi się to udawało, bo będąc ciąży nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dopiero po urodzeniu Abbey i po powrocie do pracy goście klubu zagadywali mnie, flirtowali, czarowali. Wielu chciało zaprosić mnie na randkę, na kolację, a nawet do swojego domu. A ja ponownie zamknęłam się w swoim świecie i nie pozwalam sobie na wytknięcie z niego nawet nosa. Nie potrzebowałam mężczyzny, zresztą nigdy nie byłabym w stanie zostać z nim na sam. Moje serce już do kogoś należy i zawsze tak będzie. Szkoda, że wtedy mi nie uwierzyłeś.
- Jezu, Ivy - gwałtownie przyciągam ją do siebie, tulę mocno, a ona moczy moją koszulkę łzami. Drży, wczepia się we mnie jak rzep i wylewa z siebie wszystkie negatywne emocje. Tak dobrze znowu móc ją mieć w swoich ramionach - Od teraz zawsze będę przy tobie, przysięgam na wszystko. Nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Odzyskam cię i dam szczęście, na które tak bardzo zasługujesz. Kocham cię, biedroneczko.
- W-wiem - wtula głowę w zagłębienie mojej szyi, całuje ją czule i nie padają już żadne słowa.




Ivy POV:
Justin wyjeżdża, a sobota przychodzi szybciej niżbym tego chciała. Zostawiam Abbey z Shelly i zjawiam się w klubie kilka minut przed północą. Mam zaledwie kilka minut na podjęcie ważnej decyzji, chodzę w kółko po zapleczu i nerwowo wyginam palce. Mój brzuch zaciska się z nerwów i strachu. Właściwie sama nie wiem, co ja tutaj w ogóle robię! Powinnam dać Athnony'emu w twarz i posłać go do diabła. Dlaczego więc rozważam jego propozycję? To szalone, takie nie w moim stylu, w dodatku przekraczam swoje własne granice! Niech to szlag! Mam dziecko do wychowania, pieniądze nie spadają z nieba więc jakoś muszę dać radę. Od czternastego roku życia jestem zdana sama na siebie, jestem matką i chociaż wcale nie podoba mi się to, co robię, nie mam wyjścia. Jeśli stracę pracę zostanę bez pieniędzy. Nie wiem, kiedy coś mi się trafi, a Anthony może zniszczyć moją opinię nie tylko w branży klubowej. Gorzej, jak rozpowie jakieś bzdury i każdy je łyknie. Wtedy będę skończona! Razem z dzieckiem wyląduję na ulicy!
Oczywiście Justin zapewne chciałby zabrać mnie do San Francisco, może nawet dalby mi pieniądze, ale jakbym się z tym czuła? Nie chcę, żeby pomyślał sobie, że zależy mi tylko na jego kasie, a raczej na kasie jego rodziców. Są bogaci, mają wszystko, o czym zamarzą, ale ja sama chcę zatroszczyć się o córkę.
- Jesteś gotowa? - do środka wchodzi Anthony, zakłada ręce na piersiach i wlepia we mnie wzrok.
- T-tak, chyba tak. Wiedz, że to będzie próba, jeśli mi się nie spodoba nie zrobię tego nigdy więcej.
- Rozumiem to. Decyzja należy do ciebie - mruga okiem, wystawia dłoń i czeka aż ją chwycę. Przełykam ślinę, podchodzę do niego i chociaż nie chcę, wsuwam swoją drobną dłoń w jego męską i dużą. Delikatnie pociąga mnie za sobą, opuszczamy zaplecze i idziemy do garderoby, w której byłam kilka dni temu. Dziewczyny krzątają się wokoło, panuje chaos, i ogromne zamieszanie - Samira, zaopiekuj się Ivy i zrób ją na bóstwo. Ma być idealna - Anthony przekazuje mnie wysokiej, szczupłej brunetce i wychodzi. 


Dwadzieścia minut później Samira kończy swoją pracę. Stawia mnie przed lustrem, uśmiecha się szeroko i obie podziwiamy moją osobę. Moje włosy wyglądają o wiele lepiej, niż ostatnio. Ich końce są delikatnie podkręcone, opadają na moje ramiona i tworzą jasną aureolę. Moje stopy odziane są w wysokie, seksowne szpilki, a nogi okrywają czarne zmysłowe pończochy, które zapięte są do koronkowego pasa na biodrach. Nie mam dzisiaj gorsetu, jego miejsce zajął stanik, który wypycha moje piersi i robią się jeszcze większe mimo tego, że małe nie są przez pokarm. Na mojej szyi jest skórzana, gruba obroża, a na nadgarstkach skórzane bransolety. Mam wrażenie, że to kajdanki i faktycznie czuję się uwięziona. Mój brzuch opada gwałtownie, a żółć podchodzi mi do gardła. Wciąż nie wierzę, że naprawdę jestem do tego zdolna. Nie umiem nawet tańczyć, ale Anthony zapewnił mnie, że dzisiaj nie będzie mi to potrzebne. Każda z nas będzie zabawiać własnego gościa, który będzie siedział pod sceną. Nie wiem, co miał przez to na myśli, ale wcale mi się to nie spodobało. Byłam gotowa uciec w każdej chwili jeśli przekroczy granicę.

Równo o północy ustawiamy się za czerwoną kotarą, która oddziela nas od widowni. Serce chce wyskoczyć mi gardłem, moje wnętrzności zaciskają się z nerwów i mam ochotę zwymiotować. Samira ściska moją dłoń dodając mi otuchy, jednak nie przynosi to oczekiwanego rezultatu. Jestem przestraszona, tak cholernie tutaj nie pasuję i kiedy dociera do mnie ta myśl, robię krok w tył chcąc stąd odejść. Niestety za mną niczym duch pojawia się Anthony, układa dłonie na moich ramionach i szepcze do ucha.
- Nie waż się uciekać w ostatniej chwili, Ivy. Obiecałaś mi, że to próba, tak? Bądź dzielna, przekonaj się jakie to przyjemne i spełnij swoje zadanie. Wszystkie napiwki, które dzisiaj zbierzesz będą twoje. Postaraj się, to bogaci mężczyźni - jego oddech odbija się od mojego ucha, zamykam oczy i czuję łzy pod powiekami - Do dzieła, dziewczęta! Sprawcie, abym i dzisiaj mógł być z was dumny, moje perełki.
Po tych słowach znika, a kotara się rozsuwa. Nieco oślepiają mnie reflektory, które padają centralnie na nas i wychodzimy na scenę. Ustawiamy się na samym jej skraju, każda w odpowiedniej odległości. Przed nami, w wygodnych czerwonych fotelach siedzą mężczyźni przeznaczeni specjalnie dla nas. Niepewnie podnoszę głowę i spotykam piękne, błękitne oczy mojego gościa. Jest ubrany w dopasowany, zapewne drogi garnitur, białą koszulę i grafitowy krawat. Jest piekielnie przystojny i myślę sobie, co u licha taki facet robi w takim miejscu?! Przecież mógłby mieć każdą kobietę, jakiej tylko zapragnie.
- Podejdź do mnie - jego głos brzmi nisko i wyczuwam w nim nutkę podniecenia. Robię krok w przód, siadam na skraju sceny i czuję jego dłonie na moich łydkach. Czule przesuwa po nich w górę i dociera do moich ud. Boję się, że moja praca wyjdzie daleko poza granice, o których mówił Anthony - Jesteś gotowa na dzisiejszą noc? - unos brew, oblizuje usta i nie spuszcza ze mnie wzroku. Mam ochotę spieprzać!