piątek, 20 kwietnia 2018

Rozdział pierwszy

Dwanaście długich miesięcy. Właśnie tyle czasu minęło odkąd moje życie znalazło się na zakręcie.
Nie twierdzę, że teraz jest lepiej, ale staram się już nie tylko siebie, a dla mojej małej kruszyny. To zadziwiające, jak jedna mała istota potrafi wszystko zmienić. A przecież chciałam się jej pozbyć, nie dopuścić do tego, aby i jej życie było choć odrobinę podobne do mojego. Jaką mogłam być matką, skoro nie miałam żadnego wzoru? W tym przypadku zaskoczyłam nawet samą siebie. Kochałam moją córkę z całego serca, była dla mnie całym życiem i kiedy tylko pierwszy raz wzięłam ją w swoje ramiona, wiedziałam, że nie dopuszczę do tego, żeby ktokolwiek ją skrzywdził. Tak bardzo się bałam, że ta maleńka dziewczynka nie wzbudzi we mnie żadnych uczuć, że przebyta trauma na zawsze zmieniła moje serce w sopel lodu i będę zmuszona oddać ją do domu dziecka, tak, jak oddała mnie własna matka. Na szczęście moje serduszko rozpaliła przeogromna, matczyna miłość i byłam pewna, że wszystko jakoś się ułoży.

Teraz, kiedy Abbey ma cztery miesiące jestem w niej zakochana po uszy. Jest zdrową, śliczną dziewczynką, niestety przez moment drżałam ze strachu o jej życie. Urodziła się przed czasem, prawie miesiąc i szesnaście dni wcześniej. Taka maleńka, drobniutka, blada. Poród zaczął się znienacka, kiedy kompletnie się go nie spodziewałam. Pracowałam wtedy na drugą zmianę, a Cindy prawie zeszła na zawał, kiedy nagle odeszły mi wody. Natychmiast zawiozła mnie do szpitala, a tam wieści były jeszcze gorsze. Nie dość, że dziecko nie powinno jeszcze pchać się na świat, w dodatku jej szyja była owinięta pępowiną. Na sali operacyjnej wylądowałam dosłownie w minutę, a potem wszystko działo się jak w przyśpieszonym tempie. Niewiele do mnie docierało, byłam zamroczona przez znieczulenie i słyszałam jedynie męski, gruby głos doktora, oraz czułam panujące zamieszanie. A potem rozległ się słaby płacz, a moje serce zamarło. Nawet nie pozwolili mi jej zobaczyć, zabrali ją, a ja poczułam w sobie ogromną pustkę. Moje dzieciątko walczyło, a ja byłam taka słaba. Powinnam przy niej być, trzymać jej miniaturową rączkę i powtarzać, że musi być dzielna i silna. Nie oszczędzałam się przez pierwszy miesiąc ciąży, piłam alkohol i tym również jej nie pomogłam. Mimo to Abbey nigdzie się nie wybierała, po dwóch tygodniach doszła do siebie, odrobinę przytyła i wreszcie mogłam zabrać ją do domu. Przez jej pobyt w szpitalu zdążyłam nieco dojść do siebie po cesarskim cięciu i móc w pełni się nią zaopiekować. Przeczytałam mnóstwo książek, porad, ale to nijak miało się do rzeczywistości. Zostałyśmy same, a ja nie miałam bladego pojęcia o dzieciach, jednak instynkt "matki" włączył się niemal natychmiast. Działałam instynktownie, kiedy płakała zmieniałam pieluszkę, karmiłam ją i nosiłam. Kiedy spała, zaglądałam do łóżeczka i sprawdzałam, czy oddycha. Dawałam jej tyle czułości, jakbym chciała wynagrodzić sobie moje samotne dzieciństwo. Nie chciałam, aby moje dziecko poczuło się niechciane, niekochane, odrzucone. Skoro postanowiłam ją urodzić, miałam zamiar kochać ją za dwoje. Wychodziło mi to całkiem dobrze, a Abbey nagradzała mnie nieświadomymi jeszcze uśmiechami.


Kiedy skończyła cztery miesiące musiałam wrócić do pracy. Pieniądze od mamy topniały w zastraszającym  tempie, a przeznaczyłam je na małe, skromnie mieszkanie, które i tak było zbyt drogie, najróżniejsze badania w okresie ciąży, na życie, dziecko. Nie mogłam pozwolić sobie na beztroskie wychowywanie małej, jeśli za moment nie miałybyśmy za co żyć. Byłam zmuszona zatrudnić nianię, którą poleciła mi Cindy. Lubiłam ją. Miała dziewiętnaście lat, uwielbiała Abbey i świetnie się nią zajmowała. Ja mogłam pracować i być spokojną o swoje dziecko. Na szczęście pracowałam przeważnie w nocy, chociaż stanie za barem dawało nieźle w kość. Kiedy tylko wracałam do domu nad ranem, w głowie wciąż huczała mi głośna muzyka, a sen mimo, iż potrzeby, czasami wcale nie przychodził. Byłam przemęczona, niewyspana i marzyłam o kilku dniach urlopu. Niestety był początek grudnia i ludzi w pubie było całkiem sporo.
- Ivy, klient po prawej - Cindy puszcza mi oczko, dyskretnie kiwając głową na mężczyznę w białej koszuli.
- Dzięki - odkładam ściereczkę i z gracją do niego pochodzę - Witamy w Prism. Co mogę Panu podać?
- Whisky z lodem - burczy pod nosem, jakby wcale nie miał ochoty na drinka. W myślach przewracam oczami, wrzucam do niskiej szklaneczki dwie kostki lodu i wlewam Jamesona. Przyklejam uśmiech na twarz, wracam do klienta i kładę przed nim szklaneczkę, wcześniej wsuwając pod nią serwetkę z nazwą klubu - Dziękuję, ślicznotko - oblizuje usta, a ja marszczę brwi. To jedyny minus pracy w takim miejscu. Mimo tego, iż klub jest dość prestiżowy, nie każdy ma tutaj wstęp, to i tak od czasu do czasu znajdzie się ktoś, kto będzie podrywał barmanki. Facet plus alkohol aż się o to prosi - Jesteś wolna? - zawieszam się, zastanawiając nad odpowiedzią. Zawsze kłamię, że mam chłopaka, narzeczonego, męża, kochanka, żeby nie kontynuowali podrywu. Jednak w tym facecie jest coś dziwnego, nie pasuje tutaj. Ma na sobie elegancki, zapewne drogi garnitur, granatowy krawat i jest sporo starszy ode mnie - To proste pytanie.
- N-nie, nie jestem wolna - jąkam się i biorę w garść. Czas na ewakuację - Właściwie z kimś się spotykam. 

- A dokładniej ze mną - obok pojawia się Cindy, która obejmuje mnie ramieniem i uśmiecha się szeroko - Czyżby podrywał Pan moją dziewczynę? - rumienię się na jej słowa. Cindy jest lesbijką, nie jeden raz zauważyłam jak dziwnie na mnie patrzy, ale to nie dla mnie. Nie zniechęcało jej to, absolutnie! Wręcz przeciwnie, podrywała mnie i zaczepiała. Lubiłam ją, bo była zwariowana, wiecznie zadowolona i miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że można było polubić ją niemal natychmiast - Ivy jest tylko moja.
- Naprawdę? - drapie się po brodzie i patrzy raz na mnie, raz na Cindy - A może chcecie się obie zabawić?
- Och, interesuje Pana trójkącik, tak? - jezu! Czy ona musi walić tak prosto z mostu - Interesujące - co?!
- Jestem wolnym facetem, lubię się bawić. Dlaczego nie? Może być bardzo ciekawie, nie uważacie?
- Ja w to nie wchodzę - odpowiadam naburmuszona i odchodzę. Chowam się na zapleczu i wykładam na półkę resztę dotąd nie rozpakowanego towaru. Niedługo po mnie zjawia się Cindy. Opiera się o ścianę i wlepia we mnie wzrok - No co tak patrzysz? Trzeba było zbyć tego typa, a nie rozwijać temat.
- Daj spokój, Ivy. Przecież nic wielkiego się nie stało, prawda? To była tylko luźna rozmowa, nic więcej.
- Nie wyglądało mi to na luźną rozmowę. Jeśli chcesz sie tak bawić, w porządku. Ja nie mam zamiaru.
- Przecież wiem. Jesteś moją przyjaciółka, nawet bym ci na to nie pozwoliła - uśmiecha się czule, podchodzi i odgarnia moje włosy na plecy - Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. Czasami lubię poflirtować z klientami - mruga okiem, zakładam ręce na biodrach i karcę ją spojrzeniem - Powinnaś się nieco wyluzować. Wiesz, jak wygląda praca w klubie, prawda? Klienci lubią, kiedy się z nimi rozmawia, nawet na sprośne tematy - porusza brwiami i doskonale wiem, że ma rację. Przekonałam się o tym.
- Nie chcę rozmawiać z obcymi facetami na sprośne tematy, Cindy. Mam dziecko, chcę po prostu pracować i móc do niej wrócić - wzdycham ciężko i masuję skronie - Jestem ostatnio zmęczona, niewyspana.

- Ciekawe dlaczego, huh? Pracujesz prawie codziennie, Ivy! Nie możesz tego robić, bo się wykończysz! Praca nocami wcale nie jest łatwa, a w domu czeka na ciebie Abbey, którą musisz się zająć. Weź wolne.
- Wezmę, ale jeszcze nie teraz. Może pod koniec miesiąca, aby spędzić święta z moim małym krasnalkiem.
- Jest początek grudnia, do końca miesiąca zamienisz się w zombie! W dodatku schudłaś, na przerwie prawie w ogóle nic nie jesz. Masz jakieś problemy? Wiesz, że możesz mi o nich powiedzieć, prawda?
- Oczywiście, dziękuję ci - przytulam się do niej i zamykam oczy - Po prostu życie to nie bajka, Cindy. Muszę tyrać, żeby zarabiać pieniądze i zapewnić swojemu dziecku normalne życie i móc opłacić rachunki.
- Wiem coś o tym. Mimo wszystko powinnaś odrobinę wyluzować, tryb nocny naprawdę ci nie służy.
- Obiecuję, że wyluzuję - odchylam głowę i cmokam ją w policzek - Dziękuję za twoją troskę, mała.
- Och, Ivy - bierze moją głowę w dłonie, głaszcze kciukami policzki i patrzy na mnie inaczej, niż zwykle - Wiem, że nie powinnam, ale chrzanić to! - nim mam szansę zrozumieć, o co jej chodzi, pochyla się, a nasze usta się spotykają. Jestem zaskoczona jej ruchem, stoję jak słup soli i wstrzymuję oddech. Nigdy w życiu nie całowałam się z dziewczyną, a jest to całkiem fajne. Cindy zna się na rzeczy, ostrożnie muska moje usta, a w
 moją głowę uderzają wspomnienia, które zalewają mnie niczym fala tsunami. Niemal czuję dłonie Justina na moim ciele, jego usta, które rozpalały mnie do czerwoności. Słyszę w głowie jego sprośne słowa, kiedy kochaliśmy się namiętnie. Przez ten rok nawet na sekundę nie opuścił moich myśli. 

Wracam do domu kilka minut po piątej rano. Cmokam Shelly w policzek i zaglądam do łóżeczka, w którym smacznie śpi moja mała kruszyna. Uśmiecham się, składam delikatnego całusa na jej czole i wlokę nogi do łazienki. Prawie na śpiąco biorę prysznic, wycieram się, zakładam na siebie białą koszulkę Justina, którą wciąż posiadam i wślizguję się do łóżka. Cindy ma rację, muszę zwolnić, bo nocna zmiana mnie wykończy.

Budzi mnie ciche kwilenie. Gwałtownie otwieram oczy, mrugam kilka razy i wyskakuję z łóżka. Podchodzę do łóżeczka i wpatruję się w twarzyczkę Abbey. Wierci się, macha rączkami i krzywi, jakby była niezadowolona. Uśmiecham się na ten widok, biorę ją na ręce i wracam do łóżka. Karmię ją, głaskam po główce bawiąc się jej ciemnymi włoskami. To niesamowite, jak bardzo przypomina mi Justina. Za każdym razem, kiedy tylko patrzę w jej piękne, czekoladowe oczy widzę właśnie jego. To nie tak, że o nim zapomniałam, a moje uczucie wygasło zbiegiem czasu, ponieważ wciąż jest obecny w moim życiu, tęsknię za nim i często wspominam nasze wspólne chwile. Mam świadomość, jak wielki błąd popełniłam nie powiadamiając go o tym, że został ojcem. Nie zrobiłam tego od razu, ponieważ nie miałam zamiaru urodzić dziecka. Chciałam się go pozbyć, zacząć od nowa i odbudować swój rozwalony świat. A potem coś mnie skłoniło i wybrałam się do ginekologa. To właśnie tego dnia, w dwunastym tygodniu ciąży wszystko się zmieniło. Zwlekałam z usunięciem ciąży, a kiedy zobaczyłam ją na monitorze rozpłakałam się, nie mogąc uspokoić przez godzinę. Doktor Liz pocieszała mnie, dodawała otuchy, ale ja wcale nie płakałam z rozpaczy, tylko ze szczęścia. Zobaczyłam swoje własne dziecko, które było w moim brzuchu i to właśnie ode mnie zależało jego życia. Jedna moja decyzja, a jego los byłby przesądzony. Wiedziałam, że muszę urodzić i nie brałam pod uwagę zrobienia czegoś głupiego, jak upadek ze schodów, aby problem zniknął. Tego dnia ją pokochałam i tak zostało do dzisiaj. Była moim światełkiem, trzymała mnie w ryzach i dawała kopa, aby iść przed siebie i nie poddawać się. Gdybym to zrobiła, kto by się nią zajął? Trafiłaby do domu dziecka, tak jak ja i jej życie byłoby odbiciem mojego własnego. Nie mogłam zgotować jej tak okrutnego losu, ponieważ była dla mnie wszystkim. Moja mała kopia Justina na własność.

Popołudniu wybieramy się na spacer i małe zakupy, lodówka zaczyna świecić pustkami. Na razie z Abbey mam spokój, ponieważ wciąż karmię ją piersią, jednak jestem na siebie zła, bo moje zdrowe odżywianie kiepsko mi wychodzi i to tylko kwestia czasu, aż mój pokarm szlag trafi. W nocy w pracy nie jem prawie nic, w dzień jestem zmęczona i apetyt nie dopisuje. Jeśli tego nie zmienię, marnie to widzę.
Wchodzę do supermarketu, szybko kupuję kilka rzeczy i kieruje się w moje ulubione miejsce. Alejki przy plaży to wręcz idealne miejsce do spacerowania, a Abbey dzięki temu zażyje trochę powietrza. Właśnie powoli zasypia, siadam na ławce i wyjmuję książkę. Mam dobre dwie godziny dla siebie, powinnam wrócić do domu i też się przespać, mimo to szkoda marnować tak pięknej pogody i trzymać dziecko w domu.
Oddycham głęboko, wystawiam twarz do słońca, a promienie słoneczne ogrzewają moja twarz. Lubię Los Angeles. Zawsze jest ciepło, ludzie są życzliwi i szybko się tutaj zadomowiłam. Na początku było ciut ciężko, ale musiałam przestać się nad sobą użalać, wziąć w garść i ruszyć dalej. Solidnie zabrałam się za poszukiwanie pracy oraz mieszkania. Znalazłam dwu pokojowe mieszkanko niedaleko plaży i klubu, do którego trafiłam przypadkiem. Skusiło mnie ogłoszenie, weszłam do środka i tak zostałam barmanką. Cindy wzięła mnie pod swoje skrzydła, wprowadziła i szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Zawsze mogłyśmy na siebie liczyć i czułam się dzięki temu pewniej. Dobrze mieć obok siebie bratnią duszę, która w razie problemu przyjdzie, pomoże, przytuli. Podświadomie czułam, że podobam się Cindy, bo jej częste podchody jasno o tym świadczyły. Lubiłam ją, ale nic więcej nie mogłam jej od siebie dać. Wciąż kochałam Justina, nie potrafiłam wyrzucić go ze swojej głowy i chcąc nie chcąc, tęskniłam za nim. Bywały dni, kiedy chciałam do niego napisać, powiedzieć, że ma cudowną córeczkę, która jest do niego tak bardzo podobna. Zasłużył na to, aby poznać prawdę i miałam świadomość, że muszę mu to w końcu powiedzieć. A potem tchórzyłam, odkładam telefon i wracałam do swojego codziennego życia. Minął rok, Justin na pewno poszedł dalej, być może miał dziewczynę. Nie chciałam psuć mu życia, mieszać w jego związku. Mimo wszystko moja córeczka zasługiwała na to, żeby mieć ojca. Pytanie, czy ów ojciec byłby gotowy ją zaakceptować?


O piętnastej wracam do domu. Mała domaga się jedzenia, ja również jestem głodna jak wilk, na szczęście park jest blisko mojego osiedla. Przechodzę przed ulicę, rozglądam się i zatrzymuję w połowie kroku. Niedaleko mnie, pod drzewem stoi mężczyzna, którego już wcześniej widziałam. Był wczoraj w klubie, bajerował mnie i chciał się zabawić. Cholera, co on tutaj robi?! I dlaczego patrzy wprost na mnie?




8 komentarzy:

  1. Cudowny ten pierwszy rozdział 😍 ciekawie mnie ten facet! Mam tylko nadzieje ze nie skrzywidzi Ivy, jestem ciekawa jak rozwianie się sprawa z Cindy 😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny rozdział. W głębi serca wiedziałam, że Ivy urodzi. Ciekawe kim jest ten facet?
    Pozdrawiam ,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa jestem co dalej bedzie 😲 żeby tylko im nic nie zrobił😞 czekam na nastepny💋💕😍😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Widziałam że Ivy nie usunie ciąży , nie potrafiłaby . Intryguje mnie ten facet , hmmm ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mogę sie doczekać rozdzialu z, perspektywy Justina. Ciekawe jak to wszystko ulozylo sie u niego

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział genialny i bardzo jestem ciekawa kim jest ten mężczyzna. ..nie moge SIĘ DOCZEKAC Az Justin JA znajdzie😘😘😘 Kiedy Nasteony Rozdział? ❤ nie mogę się doczekać 😘

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że wszystko dobrze z Ivy i jej córeczką. Tylko szkoda, że Justin o niczym nie wie... super rozdział. Buziaki 💋

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszę się że Ivy urodziła i widać że zalezy jej na małej;) trochę obawiam się tego gościa...
    Super rozdział;*

    OdpowiedzUsuń