piątek, 25 maja 2018

Rozdział ósmy

Ivy POV:
W klubie rozbrzmiewa cicha, zmysłowa muzyka. Dopiero teraz orientuję się, że oprócz dwunastu mężczyzn nie ma dzisiaj więcej gości. W dodatku scena odgrodzona jest od baru i nikt nas nie widzi. To wzmaga mój niepokój i mam koszmarnie złe przeczucia. Anthony mnie okłamał! To wcale nie niewinny pokaz, a zwykłe pieprzenie! Przekonuję się o tym w momencie, w którym dłonie mężczyzny wsuwają się pod moją bieliznę.

- N-nie to miałam dzisiaj robić - odsuwam się od niego, stając na nogach. Zostaje na dole, patrzę na niego z góry i natychmiast się wściekam - Szef powiedział, że to tylko pokaz, bez dotykania. Nie rób tego.
- Naprawdę? - mężczyzna uśmiecha się, rozpina guzik w marynarce i siada w fotelu - W porządku, więc czekam na mój pokaz, ślicznotko. Zacznij - kiwa głową na rurę, która stoi tuż obok mnie. Przełykam ślinę i chociaż nie potrafię tego robić, to zdecydowanie lepsze niż dotykanie. Poruszam się do rytmu wolnej piosenki, przypominam sobie wszystkie ruchy, jakich używa się podczas seksownego tańca i wczuwam się. Idzie mi całkiem nieźle, ocieram się o srebrną rurę, pochylam, a moje włosy opadają w dół. Kiedy się podnoszę, spojrzenie mężczyzny się zmienia. Bezwstydnie dotyka swojego krocza, a widoczna erekcja przebija się przez materiał spodni. Staram się nie zwracać na to uwagi, robię swoje nie patrząc mu w oczy. Odwracam się do niego tyłem i rozglądam po sali. Zamieram, kiedy widzę to, co się dzieje naokoło. Tańczę tylko ja, reszta dziewczyn robi coś zupełnie innego, obrzydliwego! Samira ociera się o krocze swojego gościa, Megan klęczy przed postawnym mężczyzną i rytmicznie porusza głową. Jednak kiedy patrzę na Sandy, mam ochotę zwymiotować. Opiera dłonie na scenie, a długowłosy mężczyzna posuwa ją od tyłu. Ten widok mnie paraliżuje, przerażenie przejmuje każdą cześć mojego ciała i podejmuję ostateczną decyzję. Muszę uciekać! Nie na to się pisałam, dlaczego do cholery Athnony tak perfidnie mnie okłamał?! - Dlaczego przestałaś, hmm? - słyszę szept przy uchu, mężczyzna dociska się do mojego ciała i przygniata do metalowej rury - Widzisz? Inni bawią się zdecydowanie lepiej, a ty nie pozwoliłaś się nawet dotknąć. Cóż, chyba twój szef przekazał ci błędne informacje, ponieważ zapłaciłem za coś więcej, kochanie. I wiesz co? Mam zamiar to dzisiaj dostać - gryzie mnie w płatek ucha, obejmuje w talii i schodzi ze sceny. Siada na fotelu, układa mnie na swoich kolanach i mocno przytula. Jego wargi atakują moją szyję, obojczyki, kierując się na piersi. Szarpię się, wiję na jego kolanach, a z jego ust ucieka seksowny, przeciągły jęk - Och, tak! Podniecasz mnie, jesteś przepiękna - unosi biodra, dociskając swojego kutasa do mojej kobiecości. Ponownie walczę, niestety mam marne szanse. Zakleszczył moje dłonie swoimi ramionami i ociera się o mnie. Mam ochotę strzelić sobie w twarz, jestem taką kretynką! Nie powinnam była ufać Athnony'emu, chociaż nie spodziewałam się, że mnie wykorzysta. Obiecał coś zupełnie innego, a rzucił mnie na pożarcie! - Chcę cię pieprzyć. Wstań, oprzyj dłonie o scenę i pochyl się - puszcza mnie, oddycham z ulgą i dzięki temu, że jestem wolna mam w planach zwiać. Słyszę brzęk rozpinanego paska i po chwili dźwięk rozsuwanego rozporka. Odwracam się, mężczyzna rozpina koszulę rzucając ją na bok. Jego ciało jest dobrze zbudowane, opalone i wytatuowane - Zsuń majtki, reszta ma zostać - wydaje rozkaz, jakbym była jego własnością. Sam szarpie spodnie w dół, szybko dołączają do nich bokserki, a dzięki temu jego nogi są skrępowane. Bez wahania wskakuję na scenę, a mężczyzna zostaje na dole - Wracaj tutaj, ty mała dziwko! Jeszcze z tobą nie skończyłem! - krzyczy niemiłosiernie, dziewczyny patrzą na mnie ukradkiem, a w oczach Samiry widzę przebłysk niedowierzania. Czego się kurwa spodziewała? Że rozłożę przed obcym facetem nogi, bo pieprzony Anthony zabawił się we mną i wcisnął kit o pokazie?
- Ivy! - jego głos roznosi się po korytarzu. Wchodzę do baru, rozglądam się za Cindy i kiedy tylko ją dostrzegam, wpadam w jej ramiona. Przytula mnie mocno głaszcząc po plecach. Nie płaczę, nie rozpaczam, po prostu jestem zszokowana - Co ty tutaj robisz, huh?! - słyszę go tuż za sobą. Nie odwracam się, nie reaguję i wcale nie chcę mierzyć się z jego złością - Dlaczego stamtąd wyszłaś, do cholery?! - podnosi głos, chwyta moje ramię i odwraca mnie w swoją stronę. Jasna cholera, ależ jest wściekły.
- Naprawdę mnie o to pytasz, ty cholerna świnio?! - wrzeszczę jak obłąkana, a moja dłoń spotyka się z jego twarzą. Zaciska szczękę i płonie ze złości. Jest nas dwójka - Nienawidzę cię, rozumiesz?! Okłamałeś mnie, miał być to zwykły pokaz, moja próba, a ty kazałeś mi się z nim pieprzyć?! Zaufałam ci, rozumiesz?!
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać, Ivy. Masz wrócić do gościa, przeprosić i zrobić to, co zechce.
- Pierdol się! Nie jestem twoją dziwką, nie masz prawa do mojego ciała! Nie wrócę tam, zwalniam się!
- Uważaj - wystawia palec na znak groźby i mruży oczy - Nie chcesz mieć we mnie wroga, kochanie. Jedno moje słowo, a jesteś skończona w tym mieście. Chcesz tego? Chcesz wylądować na ulicy z dzieckiem?
- To nie jest twoje zmartwienie, a moje! Nie będę pracować dla człowieka, który jest skurwysynem!
- Ze mną! - wyprowadza mnie z baru, prowadzi do swojego gabinetu i zamyka drzwi - Będziesz dla mnie pracować, bo tego właśnie chcę. Owszem, rzuciłem cię dzisiaj na głęboką wodę, jednak nie mam zamiaru cię niańczyć. Przed odejściem Megan musisz nabrać pewności siebie, umiejętności zadowalania klientów i nauczyć się tańczyć. Nie chcę słyszeć ani jednego słowa sprzeciwu, czy wszystko jest dla ciebie jasne?
- Możesz jedynie pomarzyć, że będę dla ciebie pracować. Widzisz mnie dzisiaj po raz ostatni, nie przekroczę progu tego klubu nigdy więcej! Możesz mówić ludziom na mój temat co tylko chcesz, mam to kompletnie w dupie! - krzyczę prosto w jego twarz, a po chwili czuję pieczenie na policzku. Ouć!
- Zrób to jeszcze raz, a zapierdolę cię gołymi rękoma - na dźwięk jego głosu gwałtownie przekręcam głowę i zszokowana gapię się na stojącego w drzwiach Justina. O mój boże, co on tutaj robi?!




Justin POV:
Nie zastaję Ivy w domu. W drzwiach wita mnie miła dziewczyna, wpuszcza do środka i pozwala przywitać się z moją córką. Jest późno, śpi w swoim łóżeczku i oddycha miarowo. Nie chcę jej przeszkadzać, więc wychodzę i wypytuję Shelly, gdzie jest Ivy. Szybko dowiaduję się, że pracuje dzisiaj na nocną zmianę i dostanę adres klubu. Nie jest daleko, po dziesięciu minutach jestem na miejscu, gdzie wita mnie ogromny, fioletowy neon z napisem "Prism". Wejście okazuje się trudniejsze niż się spodziewałem. Ochroniarz przeszukuje mnie, uważnie taksując wzrokiem moje ciemne jeansy, białą koszulkę i czarną, skórzaną kurtkę. Ostatecznie wpuszcza mnie do klubu, ale wcześniej wciskam w jego dłoń stu dolarowy banknot.
Ivy wspominała, że to nie 
"byle jaki" klub i chyba faktycznie miała rację, skoro trzeba dać w łapę ochronie.
Przemierzam ciemny korytarz i docieram do ogromnej sali, która podzielona jest na dwie części. Bar oświetlają kolorowe światła, a prawa strona zakryta jest czerwoną kotarą. Domyślam się, że zapewne po drugiej stronie odbywa się prywatny pokaz dla jakiegoś bogatego dżentelmena. Prycham pod nosem, kieruję się do baru, a do moich uszu dociera wściekły jak diabli głos Ivy. Nie dowierzam w to, jak jest ubrana, a jeszcze bardziej w to, co krzyczy do mężczyzny. Przyglądam im się z pewnej odległości i koduję w głowie każde słowo. Szybko dowiaduję się o co chodzi, a złość pomieszana z niedowierzaniem buzuje w moich żyłach niczym gejzer. Ivy miała się z kimś pieprzyć?! Co to ma kurwa być?! Czy nie jest barmanką?
Ruszam dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zabiera ją ze sobą. Dziewczyna przy barze zabrania wejść mi do środka, ale ignoruję ją i prawie biegiem przemierzam korytarz. Docieram do drzwi, z których dochodzi kłótnia i bez namysłu wchodzę do środka. Mężczyzna góruje nad Ivy, patrząc na nią jak na swoją własność. 

- Możesz jedynie pomarzyć, że będę dla ciebie pracować. Widzisz mnie dzisiaj po raz ostatni, nie przekroczę progu tego klubu nigdy więcej! Możesz mówić ludziom na mój temat co tylko chcesz, mam to kompletnie w dupie! - krzyczy prosto w jego twarz, a mężczyzna bez wahania ją policzkuje. Szlag!
-
 Zrób to jeszcze raz, a zapierdolę cię gołymi rękoma - zwijam dłonie w pięści, Ivy przekręca głowę i patrzy na mnie zszokowana. Mężczyzna wydaje się być zaskoczony moim widokiem - Chodź tutaj - wystawiam dłoń, Ivy bez namysłu podchodzi i chwyta mnie za ramię - Nigdy więcej nie podniesiesz ręki na moją kobietę, skurwielu - syczę przez zęby, ledwo nad sobą panując. Mam ochotę mu przypierdolić - Jasne?!
- Twoją kobietę? - facet prycha z pogardą i wybucha śmiechem - Czy twoja "kobieta" - robi cudzysłów z palców przy ostatnim słowie i patrzy wprost na mnie - Wspominała, czym zajmuje się w tym klubie? - zachowuję kamienną twarz nie dając mu się sprowokować. Na pewno porozmawiam z nią na ten temat, ale nie dam po sobie poznać, że zasiał mnóstwo wątpliwości - Za czerwoną kotarą, którą zapewne widziałeś, pieprzy się z klientami za grubą kasę - zaciskam zęby i nie wierzę w to, co mówi ten fiut - Co ty na to?
- Gówno! Moja dziewczyna zwalnia się z dniem dzisiejszym i czeka na zaległą zapłatę. Módl się, żebym nie poszedł na policję i nie złożył doniesienia za podniesienie ręki na kobietę - blednie. Przystępuje z nogi na nogę i chrząka - Jestem tego świadkiem, dziewczyna przy barze również, kiedy szarpałeś i spoliczkowałeś Ivy. W dodatku jeśli opowiedziałbym policji do czego ją zmusiłeś, poniesiesz surowe konsekwencje - bingo! Trafiam w sedno, bo facet dosłownie zamiera - Zachowaj się jak mężczyzna z honorem, odczep się od mojej dziewczyny i nigdy więcej nie wchodź mi w drogę. Żegnam! - ostatni raz obrzucam go obojętnym spojrzeniem i wychodzę z gabinetu ciągać za sobą Ivy - Gdzie możesz się przebrać? - wskazuje głową na koniec korytarza, wchodzimy do garderoby i szybko wskakuje w swoje ciuchy. Od razu lepiej - Czy to, co powiedział ten kutas to prawda? Pieprzysz się z klientami? - nie odpowiada, jednak wcale nie musi tego robić. Posyła mi takie spojrzenie, które miażdży moje serce i wyciska je jak cytrynę. Widzę w jej oczach strach, bezradność i zwątpienie. Dostrzegam również kila łez, które spływają po jej policzkach - Okej, zmywajmy się stąd - oddycha głęboko, bierze się w garść i ponownie przechodzimy długi korytarz. Kiedy docieramy do baru, ściska dziewczynę i coś szepcze jej na ucho. Widać, że szokują ją słowa Ivy, bo kręci głową i przykłada dłoń do ust. Żegnają się całusem, zmierzamy do wyjścia, jednak w ostatniej chwili zmieniam plan - Poczekaj na mnie - zostawiam ją przy wyjściu, a sam przechodzę dalej i odsuwam kotarę. To, co widzę wręcz mnie szokuje. Jestem świadkiem orgii. Patrzę na to z niedowierzaniem i przesuwam wzorkiem po zebranych. Każdy pieprzy się z każdym, tworzą trójkąty, czworokąty, a jęki mieszają się ze sobą wypełniając przestrzeń. Nawet nie chcę myśleć, że Ivy była tego częścią. To popieprzone. 


Do domu docieramy w całkowitym milczeniu. Ivy idzie obok mnie, owija się ramionami i patrzy w dół. Nie jest rozmowna, ja również nie wiem, co powiedzieć. Chyba samemu zabrakło mi słów. Nie mam pojęcia,
co wydarzyło się w tym klubie, ale mam złe przeczucia. Czy było to coś, na co Ivy nie miała ochoty?
- Co tutaj robisz? Miałeś przylecieć jutro lub w poniedziałek? - szepcze cicho i otwiera drzwi kluczem.
- Wiem, ale zaliczyłem kolokwium i nie chciałem dłużej czekać. Więc wsiadłem w samolot i jestem.
- Rozumiem - odkłada klucze na małą komodę, zsuwa kurtkę i odwiesza ją na haczyk. Shelly wychodzi z salonu i patrzy na nas zaskoczona - Dziękuję ci, kochana. Dzisiaj skończyłam wcześniej, możesz wrócić do domu - cmokają się w policzki, dziewczyna wychodzi i zostajemy sami. Ponownie zapada cisza, przenosimy się do kuchni, Ivy robi po kubku gorącej herbaty i siedzimy przy stole w milczeniu. Nie chcę na nią naciskać, czekam aż sama zechce mi o wszystkim opowiedzieć. Jak się okazuje, wcale nie muszę na to zbyt długo czekać - Mój szef kilka dni temu zaproponował mi miejsce Megan, jednej z tancerek. Jest w ciąży i musi odejść, a on upatrzył sobie mnie. Wiedział, że tego nie zrobię, bo znał moje zdanie na ten temat. Najpierw zaczął kusić mnie pieniędzmi, a potem posunął się do szantażu. Musiałam brać pod uwagę dobro dziecka i zgodziłam się na próbę wystąpić. Anthony zapewnił mnie, że to tylko pokaz, nic więcej. Jak się okazało, z pokazem nie miało to nic wspólnego, jak sam chyba zauważyłeś, kiedy zerknąłeś za kotarę. Uciekłam, kiedy tylko się zorientowałam, a Anthony wpadł w szał. I tak zostałam bez pracy.
- Pieprzyć pracę, pieprzyć tego sukinsyna! Przecież we wszystkim ci pomogę, tak? - prycha rozbawiona chowając twarz w dłoniach - Jestem ci to winien, ponieważ nie było mnie przy tobie i przy Abbey przez cztery miesiące jak i przez całą ciążę. Pozwól sobie pomóc, Ivy. Błagam cię! Chcę to zrobić, naprawdę.
- Nie chcę od ciebie pieniędzy, Justin. Jestem dorosła, sama muszę zatroszczyć się o własne dziecko.
- Ale to jest też moje dziecko, prawda? Chcę mu zapewnić to, co najlepsze. Musisz się na to zgodzić.
- Okej, niech ci będzie - och! Tak łatwo się zgodziła? - Wiedz, że to pieniądze tylko na nią, Justin. Niebawem znajdę nową pracę i zacznę od nowa. Zależy mi tylko na Abbey, ona jest najważniejsza.
- Zgadzam się, jednak nie mów tak, jakbyś ty nie była. Dla mnie obie jesteście najważniejsze i chcę się o was zatroszczyć. Dlaczego do cholery musisz być tak kurewsko uparta, huh? Nie widzisz, że jest źle? - unosi głowę i posyła mi zdezorientowane spojrzenie - No co? To nie są odpowiednie warunki dla tak małego dziecka, w szczególności wcześniaka. Jest tutaj chłodno, nieprzyjemnie, Abbey może się rozchorować.
- Przestań, Justin. Mieszkam tutaj odkąd uciekłam z San Francisco. Żadna z nas nigdy nie chorowała.
- To wszystko do czasu, Ivy. Proszę, spakuj wasze rzeczy i wracajmy do San Francisco - mruży oczy i już chce coś powiedzieć, ale zasłaniam jej usta dłonią - Powiedziałem rodzicom o Abbey, o tobie - jej oczy są wielkie jak spodki i odchyla się ode mnie - Powiedziałem także Nolanowi i Dylanowi, ale mniejsza o to. Rodzice bardzo chcą cię zobaczyć, Jillian wręcz nie daje mi żyć i wszyscy chcą poznać małą. Czekają na nas w każdej chwili, w dodatku zaproponowali, abyśmy u nich zamieszkali. Mają ogromny dom, Ivy. Cała góra jest praktycznie nieużywana, tylko Jillian ma tam pokój. To jest miejsce dla ciebie i Abbey.

- N-nie mogę, Justin - kręci głową, podnosi się i opiera dłonie na blacie - To wszystko dzieje się za szybko.
- A na co chcesz czekać, huh? Aż Abbey złapie jakąś chorobę, czy może aż ta rudera się zawali, hmm?
- Przestań! Mówisz tak tylko po to, żebym się zgodziła z tobą wyjechać. Nic złego się przecież nie dzieje.
- Faktycznie! Oprócz tego, że warunki mieszkaniowe są koszmarne, twoja praca to porażka, a na dokładkę twój szef, który zmusił cię do tego, czego nie chciałaś. Proszę, nie każ wymieniać mi dalej, biedroneczko.
- I co? Fajnie czujesz się wypominając mi moje błędy? - wymierza we mnie palec i płonie ze złości.
- Kochanie, to nie tak! Niczego ci nie wypominam, ja wiem, że było ci bardzo ciężko samej i za to cię podziwiam. Ale wróciłem do ciebie, chcę otoczyć was opieką i wreszcie wejść w rolę ojca. To źle?
- Nie, Justin, wręcz przeciwnie, to wspaniałe z twojej strony. Po prostu jestem taka zgubiona. Wróciłeś tak nagle, niespodziewanie i wszystkie wspomnienia wróciły. Mam ochotę na ciebie nawrzeszczeć, posłać do diabła za to, co odwaliłeś, ale nie mogę - dyszy ciężko, patrzy na mnie ze smutkiem i wzdycha - Nie mogę, bo moje serce bije dla ciebie i dla Abbey. Wcale nie chcę cię kochać po tych wszystkich potwornościach.
- Kochasz mnie? - robię dwa kroki, ujmuję jej twarz w dłonie, a nasze oczy się spotykają. Nic nie mówi, jedynie lekko przytakuje głową. To, co czuję wręcz rozpieprza mnie od środka. Po dwunastu długich miesiącach ona nadal czuje do mnie to, co ja czuję do niej. Kocha mnie, kurwa mać! - Wiedz, że jestem najszczęśliwszym facetem pod słońcem - pocieram nosem o jej, pochylam się i wpijam w jej słodkie, kuszące usta. Nie opiera się, zarzuca dłonie na moją szyje, staje na palcach i pogłębia pocałunek. Nasze języki pieszczą się wzajemnie, stęsknione, złaknione dotyku - Tak długo na to czekałem - szepczę w jej usta, unoszę ją i wchodzę do małej sypialni, układając ją na łóżku. Nie tracę czasu, rozbieram najpierw siebie, a potem Ivy, chciwie przesuwając wzorkiem po jej idealnym ciele. Całuję jej szyję, obojczyk, piersi i schodzę niżej, napotykając po drodze bliznę. Odznacza się na jej skórze, ale nie wygląda źle. To po prostu kreseczka, pamiątka po przejściu na świat naszego dziecka. Nie wiem dlaczego, ale ta myśl mnie rozczula - Moja piękna - uśmiecham się, unoszę wzrok i spotykam jej wpatrzone we mnie oczy. Nie przerywając tego hipnotyzującego kontaktu rozchylam jej nogi i pieszczę tak, jak lubi. Natychmiast wsuwa palce w moje włosy, zaciska pięści i zagryza wargę, aby przypadkiem nie obudzić śpiącej tuż obok nas Abbey. Idzie jej całkiem dobrze, chociaż wije się pod wpływem pieszczot, próbuje zacisnąć nogi i wreszcie z jej usteczek ucieka przepełniony podnieceniem jęk. Odrywam się od niej, oblizuję usta i podsuwam w górę. Jej policzki pokrywają rumieńce, patrzy na mnie wyczekująco i wygląda tak pięknie! Mam ochotę kochać się z nią dzień i noc, pokazać, jak bardzo ją kocham i jak potwornie za nią tęskniłem - Chcesz tego?
- T-tak - jąka się, przykłada dłoń do mojego policzka i przesuwa palcem po ustach - Bardzo tego chcę.
- Ja też - cmokam jej pulchne usta, odsuwam się i wyjmuję gumkę z portfela. Zabezpieczam się raz dwa, moje dłonie drżą z ekscytacji i wręcz nie mogę doczekać się tego momentu, aż ponownie się połączymy. Kiedy wreszcie gumka jest na swoim miejscu, wracam do niej, wygodnie układając się między jej nogami. Opieram łokcie po bokach jej głowy, muskam jej usta i powoli wślizguję się w jej ciepłe wnętrze. Zaciska się na mnie, przyzwyczaja, a ja daję jej na to kilka sekund. Jest tak dobrze, tak mokro i ciasno! - Tak dobrze być w tobie ponownie, aniołku - uśmiecha się uroczo, układając dłonie na moich plecach.


Budzę się przed Ivy, która jeszcze smacznie śpi. Podnoszę tyłek z łóżka, biorę telefon i sprawdzam godzinę. Jest jeszcze wcześnie, dochodzi dopiero ósma trzydzieści i wpadam na pomysł zrobienia śniadania. Zaglądam jeszcze do Abbey, która wierci się, ale nie budzi. Cmokam ją w czoło i idę do kuchni. Niestety lodówka mojej ukochanej nie zapewnia odpowiednich produktów, więc przed śniadaniem wybieram się po zakupy. Robię je raz dwa i kiedy wracam do domu, rozmyślam nad tym, co nas czeka. Ivy nie może tutaj zostać, nie w tym mieszkaniu. Nie pozwolę, aby przebywała w tak obskurnym miejscu, w dodatku z dzieckiem. Myślę również o jej szefie, a złość rozlewa się po moim ciele niczym mgła. Wciąż ciężko uwierzyć mi w to, do czego próbował ją zmusić. Okłamał ją mówiąc, że to tylko pokaz, a ona miała zadowolić klienta. Kurwa, zrobił z niej dziwkę! Niech to szlag, mam ochotę obić mu za to parszywą mordę. Muszę ją stąd zabrać. Dom moich rodziców idealnie się do tego nadaje i bardzo miło mnie zaskoczyli, kiedy wyszli z taką propozycją. Byli potwornie zaskoczeni wiadomością, że zostali dziadkami. Zaraz po odejściu Ivy wyznałem im, co się wydarzyło i jak ogromny błąd popełniłem. Kazali mi ją odszukać i błagać o przebaczenie. Nasłuchałem się, jaki to jestem nieodpowiedzialny, dziecinny i w głowie mi jakaś zemsta, która nie przyniosła nic dobrego. Doskonale zdawałem sobie sprawę z popełnionego błędu, ale na wszystko było już za późno. Na szczęście Ivy jest znowu obok mnie, na dodatek mamy dziecko, a to wciąż nowa dla mnie sytuacja. Zależy mi na tej dziewczynie i zrobię wszystko, żebyśmy zamieszkali u rodziców.

Robię jajecznicę, tosty i wyjmuję ciepłe bułeczki. Do tego parzę herbatę, nalewam sok pomarańczowy do kubka i wszystko układam na tacy. Powoli człapię do pokoju, uchylam drzwi i uśmiecham się na widok Ivy, która właśnie się przeciąga. To wręcz nierealne, że tak szybko wylądowaliśmy w łóżku. Nie narzekam.
- Dzień dobry, biedroneczko - podsuwa się wyżej, patrzy na mnie lekko zaskoczona i spogląda na tacę, którą ustawiam na jej kolanach - Zrobiłem śniadanie. Mam nadzieję, że wybierzesz coś dla siebie.
- Wow, dziękuję - zawstydza się i odgarnia kosmyk włosów za ucho - Nie ukrywam, jestem mile zaskoczona.
- Kiedy już się stąd wyprowadzimy, będę cię częściej zaskakiwał. Obiecuję - cmokam ją w czubek nosa, przekrawam bułeczkę i smaruję dżemem truskawkowym - A teraz otwórz dla mnie swoje słodkie usteczka.
- Zboczeniec - przewraca oczami, ale posłusznie wgryza się w bułeczkę - Mmm, pycha - ociera usta i upija łyk soku - Wiesz, że jeszcze niczego nie postanowiłam, prawda? Miałeś na mnie nie naciskać.
- Mhm, tak powiedziałem. Jednak sytuacja nieco się zmieniła i nie ukrywam, jest beznadziejna.
- Masz rację, kolorowo nie jest. Jeszcze dzisiaj zacznę szukać czegoś nowego, ale już nie w klubie.
- Niczego nie będziesz szukała, opuszczamy Los Angeles, Ivy - mówię pewnie, zakłada ręce na piersiach i gapi się na mnie - No, co? Nie ma powodu, żebyś została tutaj dłużej. Jesteś wolna, możesz wyjechać.
- Mówiłam ci, że nie jestem jeszcze gotowa na tak wielki krok. Nie wiem, czy właśnie tego chcę, Justin.
- Wiem, skarbie, rozumiem to. Wiedz, że to tylko na pewien czas, aż nie znajdziemy czegoś odpowiedniego dla siebie. Rodzice nas przechowają, nacieszą się wnuczką, tobą, a potem się wyprowadzimy. Zacznę pracować dla taty, zarabiać dobre pieniądze, a ty zajmiesz się naszą małą córeczką. Proste? Proste.
- Właśnie tego bałam się najbardziej - oddycha głęboko i schyla głowę - Że będziesz chciał wziąć wszystko na siebie, a mnie zamkniesz w domu. Problem w tym, że ja też chcę zarabiać pieniądze, Justin.
- I będziesz je zarabiać, jak Abbey podrośnie. Ivy, ona ma tylko cztery miesiące, dociera to do ciebie? Jest strasznie mała, potrzebuje matki obok siebie, przecież wciąż ją karmisz. Nie miałaś wyboru tutaj w Los Angeles i musiałaś pójść do pracy. W San Francisco ja się wami zaopiekuję, a ty powinnaś być z dzieckiem. Nie mówię, że na zawsze, ale do czasu, aż przynajmniej skończy ze trzy lata. To rozsądne, prawda?

- Możliwe, ale ja nie chcę, żebyś mnie utrzymywał! Cholera, to strasznie krępujące i nieodpowiednie. 
- Przestań, nie chcę słyszeć marudzenia na ten temat, wszystko postanowione - mrugam okiem, uśmiecham się i cmokam jej słodkie usta - Zaczniemy wspólne życie we trójkę. Czyż to nie brzmi jak marzenie?
- Owszem, brzmi. Boję się jedynie, że to zbyt piękne, aby było możliwe i ponownie mnie zranisz.
- Przysięgam na wszystko, że nigdy tego nie zrobię. Mam zamiar dotrzymać tej obietnicy, Ivy - układam dłoń na jej policzku i głaszczę czule. Wtula się w nią, zamyka oczy i wygląda jak anioł. Mój anioł.












piątek, 18 maja 2018

Rozdział siódmy

Justin POV:
W pokoju zapada cisza, a ja jestem zszokowany tym, co widzę. Wpatruję się w Ivy, jednak ona jest spokojna. Przecieram twarz rękami, ale nie tego się spodziewałem. Liczyłem na to, że mamy szansę na nowy start, aż nagle wszystko się komplikuje. Dlaczego nie zapytałem jej od razu, czy ma chłopaka? Wróciłem z nadzieją, że jest wolna i będę mógł ją odzyskać. Ależ ze mnie idiota! Ivy jest piękna, wyjątkowa. To oczywiste, że jakiś chłopak kręci się obok niej i w dodatku mają dziecko. Jasna cholera! 
- J-jesteś z kimś związana? - pytam tak cicho, że sam siebie ledwo słyszę. Ivy kręci przecząco głową, składa ubranka unikając mojego spojrzenia - To twoje dziecko? - przytakuje twierdząco lecz nadal na mnie nie patrzy - Zrobił ci dziecko i odszedł? - wzdycha i opiera dłonie na desce do prasowania - Powiedz mi.
- Nie do końca, to ja odeszłam - och! Marszczę czoło, gapię się na nią, jednak nic z tego nie rozumiem.
- Dlaczego odeszłaś, skoro macie dziecko? - podchodzę do niej, odwracam w swoją stronę i unoszę jej głowę - Proszę, patrz na mnie jak do ciebie mówię, dobrze? Chcę widzieć twoje piękne oczy - uśmiecham się lekko, dotykam kciukiem jej dolnej wargi i delektuję się widokiem tej pięknej, uroczej buźki. Boże, tak potwornie za nią tęskniłem! Śniłem o niej, budziłem się z krzykiem i walącym z rozpaczy sercem. A teraz stoi przede mną, śliczna, zmęczona i w dodatku z dzieckiem - Gdzie jest ojciec twojego dziecka, Ivy?
- Stoi przede mną - te trzy słowa wypowiada szeptem. Zamieram, wpatruję się w jej oczy i chyba nie dotarło do mnie, co właśnie powiedziała. Nie, to niemożliwe. Ja, ona, nasze dziecko? - Masz córkę.
- C-córkę? - jąkam się, szok przejmuje nade mną całkowitą kontrolę i postanawiam podejść do wózka. Puszczam brodę Ivy, ruszam z miejsca i po chwili wpatruję się w dziecko. Jest maleńka, drobniutka, taka śliczna! To niewiarygodne, ale widzę w niej samego siebie! Te ciemne włoski, pełne usta, uroczy nosek. Wyglądałem tak samo, kiedy się urodziłem. Ivy widziała te zdjęcia, kiedy spędzaliśmy święta z moją rodziną. Choćbym chciał się wyprzeć, nie mogę. To dziecko to mała kopia mnie samego - Ile ma miesięcy? - Ivy nie odpowiada, wystawia cztery palce, a ja w głowie z szybkością karabinu maszynowego robię obliczenia. I ponownie, choćbym chciał się wyprzeć, wszystko się zgadza. Jej odejście, czas jaki upłynął - Kiedy dowiedziałaś się o ciąży? Po odejściu, czy przed odejściem? - podchodzi i staje przede mną.
- Dowiedziałam się w szpitalu, po próbie samobójczej. Nie wiem, jakim cudem wtedy nie poroniłam.
- Mój Boże! Więc wiedziałaś, że będziemy mieli dziecko i nie powiedziałaś na ten temat ani słowa?
- Tak, dokładnie tak. Zaplanowałam, że odejdę i nie urodzę dziecka. Obrałam za cel Los Angeles i kiedy tutaj przyjechałam, chciałam pozbyć się problemu - kurwa mać. Patrzę na nią i mam wrażenie, że jest obcą osobą. Moja kochana, wrażliwa Ivy nigdy nie pomyślałaby o czymś tak strasznym i okrutnym! - Nie patrz tak na mnie, Justin. Widzę wszystko w twoich oczach. Zaczynając od gniewu, a kończąc na rozczarowaniu. Nie byłam na tyle silna, aby poradzić sobie ze zmianami, jakie na mnie czekały. Zostałam przez ciebie zraniona, nie mogłam ci powiedzieć o dziecku. Zatrzymałbyś mnie siłą, a ja musiałam odejść. Zniszczyłeś mnie razem z tymi ludźmi, którzy szydzili ze mnie i obgadywali.
- To nie ma teraz znaczenia, rozumiesz? Byłaś w ciąży z moim dzieckiem, do kurwy nędzy! - krzyczę, szarpię za włosy, a dziecko nagle wybucha płaczem. Ivy karci mnie spojrzeniem, bierze małą na ręce i przytula do swojego ciała. Ten widok mnie paraliżuje. Wpatruję się w nie z uchylonymi ustami i z ręką na sercu muszę przyznać, że jest to najpiękniejszy widok na całym świecie! Moja kochana, mała Ivy  tuli do siebie nasze dziecko, które znika w jej ramionach. Mam ochotę się rozpłakać i nim mam szansę zablokować te cholerne łzy, już czuję je na policzkach. Toczą się w dół, mocząc mój t-shirt - Ivy, ja...
- Nie płacz, proszę - oddycha głęboko, podchodzi i chwyta moją dłoń - Przepraszam, że nie powiedziałam ci od razu. Nie zamierzałam jej urodzić, przysięgam. Dopiero po przyjeździe tutaj poszłam do ginekologa i zobaczyłam ją na badaniu usg. Wtedy wszystko się odmieniło i nie mogłam zdobyć się na skrzywdzenie własnego dziecka. Urodziłam i obiecałam sobie, że pewnego dnia ci o tym powiem. No i już wiesz.
- Mogę ją potrzymać? - ocieram łzy, Ivy uśmiecha się i przytakuje głową. Podaje mi to maleńkie ciałko, a ja zaczynam panikować - Nie wiem, jak się trzyma małe dziecko. Nie chcę zrobić jej krzywdy - Ivy szybko udziela mi instrukcji i moje dziecko ląduje w moich ramionach. Ssie smoczek, który jest prawie na pół jej drobnej twarzyczki i patrzy na mnie moimi oczyma. Są w takim samym kolorze - Jak ma na imię?
- Abbey - Abbey, powtarzam w myślach i zakochuję się w tym imieniu - Urodziła się miesiąc i szesnaście dni przed terminem. Jest wcześniakiem - marszczę czoło i zastanawiam się, co to oznacza - Nie wiedziałam, że jestem w ciąży przez pierwszy miesiąc i cóż, piłam alkohol, nie oszczędzałam się, nie uważałam. Potem wcale nie było lepiej, skoro chciałam się jej pozbyć miałam to w dupie - wzrusza ramionami i wraca do składania ubranek - Paliłam, piłam i szlajałam się po klubach. Nie zależało mi na dziecku i liczyłam, że problem rozwiąże się sam. A potem coś mnie podkusiło i polazłam do ginekologa. Zaszkodziłam jej i teraz mam o to do siebie ogromny żal. Na szczęście walczyła bardzo dzielnie.
- Walczyła? Opowiedz mi wszystko, proszę - siadam na kanapie i uważnie słucham. A opowiada rzeczy, od których mam gęsią skórkę. O ciężkim porodzie, owiniętej wokół jej szyi pępowinie, pobycie w inkubatorze, jej drobnym ciałku, które ważyło nieco ponad dwa kilogramy. O problemach z oddychaniem, karmieniem, utrzymaniem właściwej temperatury ciała. O tym, jak bardzo trzeba na nią uważać, że w czwartym miesiącu nie potrafi jeszcze sama utrzymać główki w pionie. W mojej własnej głowie wszystko się kotłuje i chociaż przed chwilą byłam na nią potwornie wściekły, teraz cholernie ją podziwiam. Zataiła przede wieść o dziecku, a sama musiała przejść przez ciężkie chwile - 
To straszne. Nie wiem, co powiedzieć. 
- Nic nie musisz mówić, Justin. Teraz jest już dużo lepiej, Abbey świetnie sobie radzi i najgorsze już dawno mamy za sobą. Jest silną dziewczynką, nie poddała się od samego początku. Dzielna kruszyna.
- Tak samo dzielna, jak jej mama - uśmiecham się, chwytam jej dłoń i całuję wierzch - Nie mogę pozwolić, abyście tutaj zostały, Ivy. To nie miejsca dla dziecka, szczególnie po takich przejściach. Rozumiesz?
- Tak, rozumiem. Wiedz jednak, że ja niczego od ciebie nie oczekuję. Mam pracę, a Abbey niczego nie brakuje. Troszczę się o nią i to, że mieszkanie nie jest willą niczego nie zmienia. Daję radę, naprawdę.
- Oczywiście, że dajesz radę, nawet przez chwilę w to nie wątpiłem. Po prostu pozwól sobie pomóc.
- Dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy. Och, nie zaproponowałam ci nic do picia, wybacz. Co sobie życzysz?
- Nic, nie zmieniaj tematu. Chyba sama nie wierzysz w swoje słowa. Jestem ojcem, chcę się zaangażować.
- Ależ proszę, przecież ci tego nie zabraniam. Możesz odwiedzać ją kiedy chcesz, zabierać na spacery.
- Ivy, ja nie chcę być "weekendowym tatusiem". Chcę być przy swoim dziecku codziennie, nie przegapić już ani chwili z jej życia. Chcę cię zabrać do San Francisco i stworzyć jej normalny dom. Proszę, zgódź się.
- Nie mogę - podnosi się, podchodzi do okna i owija ramionami. Dociera do mnie, że jest z tym wszystkim sama, a tak wiele musiała przejść. Ma dziecko, pracuje nocami w tym pieprzonym klubie, a nadal unosi się dumą i nie chce pomocy. Jest tak samo uparta jak rok temu! - To, że mamy dziecko między nami niewiele zmienia. Ty masz swoje życie, a ja mam swoje. Nie wrócę do San Francisco, Justin. Ani teraz, ani nigdy.
- Dlaczego, do cholery? Wcale nie musisz wracać na tamtą uczelnię, jest ich kilka i wybierzesz inną. Zamieszkamy razem, zaopiekuję się wami. Czy nie tak powinno to właśnie wyglądać? Jesteśmy rodziną.
- Uwierz mi, bardzo chciałam, aby tak to wyglądało. Nie zapominaj, że wydarzyło się sporo złych rzeczy.
- Wiem o tym, chociaż wolałbym abyśmy zapomnieli oboje. To był rok temu, warto do tego wracać?
- Och, Justin - odwraca się i patrzy na mnie tak, aż coś ściska mnie w sercu. Widzę w jej oczach ogromne zmęczenie, żal, udrękę i bezradność - Po raz pierwszy zaczęłam od nowa tuż po tym, jak ojciec trafił do aresztu. Po raz drugi, kiedy zaczęłam studiować i po raz trzeci, kiedy tutaj przyjechałam. Obiecałam sobie, że to mój ostatni "nowy początek". Dobrze mi tutaj, lubię Los Angeles i nie chcę niczego zmieniać.
- Tutaj już nie chodzi tylko o ciebie, ale i o nasze dziecko. Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia?
- Oczywiście, że masz, ale czego właściwie ode mnie oczekujesz? Że rzucę wszystko i się przeprowadzę?
- Oboje wiemy, że nic cię tutaj nie trzyma. Twoja praca jest do bani, mieszkanie to rudera. Ja chcę zapewnić wam lepsze życie, dlaczego mi na to pozwalasz? Uwierz mi, jestem w szoku po tym, czego się dowiedziałem, a nadal tutaj jestem, nie zwiałem. Czy to nie świadczy o tym, że mi na tobie zależy?
- Justin, wróciłeś po roku i na jakiekolwiek zmiany jest zdecydowanie za wcześnie. Nie oczekuj ode mnie, że wrócę do San Francisco i zamieszam z tobą. Owszem, chcę, aby moje dziecko miało ojca, który je pokocha i zatroszczy się o nie, jednak widzimy się trzeci raz, a ty snujesz wielkie plany. Szybko działasz.
- Znasz mnie, wiesz, że jeśli czegoś bardzo chcę to nie czekam. Teraz też nie chcę zwlekać ani chwili.
- Będziesz musiał trochę przystopować. Nie jestem gotowa na zmiany, Justin. Poza tym nadal jest we mnie mnóstwo żalu, rozczarowania i smutku. Paskudnie mnie potraktowałeś, a byłeś dla mnie wszystkim.
- Wiem, przykro mi - schylam głowę, wpatruję się w córkę i dotykam jej maleńkiej rączki - Nie będę na ciebie naciskał, bo wiem, że tego nie lubisz. Chcę dać ci czas na przemyślenie sprawy i poczekam na odpowiedź. Proszę jednak o kolejną szansę, ostatnią. Pomyśl o naszym dziecku, Ivy. O jej przyszłości.
- Myślę tylko i wyłącznie o niej. Nic innego nie ma dla mnie znaczenia, tylko jej zdrowie i bezpieczeństwo. Nie wiem, jak dalej potoczy się nasze życie, na razie jest jak jest i musisz to zaakceptować.
- Akceptuję, co nie znaczy, że nie będę się starał - uśmiecham się i mrugam okiem. Przewraca oczami, a na jej twarzy również pojawia się uśmiech. Szczery, radosny, taki, który uwielbiam - Odzyskam cię, Ivy.
- Nie bądź taki pewny siebie - prycha i uderza mnie w ramię. Atmosfera nagle ulega zmianie, jest swobodnie, a napięcie opada - Jak czujesz się z myślą, że masz dziecko? Niezły szok, prawda?
- Żebyś wiedziała. Kiedy ją zobaczyłem w życiu nie pomyślałbym, że to właśnie ja jestem ojcem. Bałem się, że ktoś mi ciebie ukradł i przez moment straciłem wszelkie nadzieje na kolejną szansę.
- Przepraszam, że nie powiedziałam ci wcześniej. Chyba nie miałam odwagi się odezwać, chociaż próbowałam kilka razy. Sytuacja mnie przerosła, a zasługiwałeś na to, aby wiedzieć, że jesteś tatą.
- Cholera, będę musiał się do tego przyzwyczaić - spoglądam na Abbey, która zwija maleńkie paluszki w piąstki i przymyka oczy. Jest naprawdę prześliczna i słodka - Miałem w planach cię odzyskać, a w pakiecie dostała mi się również córka. Nie ukrywam, to dziwne, ale i niesamowite. Myślisz, że mnie polubi?
- Już to zrobiła. Śpi jak aniołek, a nie przepada za obcymi osobami. Wie, że jest w ramionach tatusia.
- Boże, nie wierzę w to, co się właśnie dzieje. Jestem ojcem - przełykam ślinę, Ivy chwyta moją dłoń i ściska pocieszająco. Teraz za nic w świecie z niej nie zrezygnuję. Zabiorę je stąd obie.


Odkładam małą do wózka i rozmawiamy do czwartej rano. Opowiadam jej o rodzicach, którzy byli bardzo rozczarowani moim zachowaniem. O Jillian, która nawrzeszczała na mnie i zwyzywała od skończonych idiotów i nieudaczników. O sesji po jej odejściu, którą prawie zawaliłem. Nie zdałem czterech egzaminów, jej brak kompletnie mnie rozpieprzył i nie byłem w stanie się uczyć. O chłopcach, którzy martwili się o mnie i bali, że coś głupiego może przyjść mi do głowy. Opowiadam nawet o Meredith. O jej bezczelnym zachowaniu, kiedy odeszła. Stała się natrętna, wręcz nie odstępowała mnie na krok i próbowała się wybielić. Po kilku dniach, kiedy nieco doszedłem do siebie odwiedziłem wujka, powiedziałem mu wszystko, a na koniec rozpłakałem. Był w szoku, wiele osób potwierdziło moją wersję i w końcu Meredith wyleciała. Oczywiście wykrzyczała, jak bardzo mnie nienawidzi i jak zniszczyłem jej życie tym, do czego się posunąłem. Wcale nie było mi jej żal, bo zasłużyła sobie na to swoimi czynami. Za błędy się płaci i Meredith również poniosła karę za swoje wybryki, a ja odetchnąłem z ulgą, że wreszcie jej już nie ma.
Opowiadam o Dylanie i Alaynie, którzy nie odstępowali siebie na krok! Mieszkali w jednym pokoju, a ich miłość rozwinęła się w zawrotnym tempie. Mój przyjaciel był nią zauroczony i wpadł po uszy! Cieszyłem się jego szczęściem, chociaż miałem żal do dziewczyny za to, że uknuła z Meredith ten koszmarny plan, który przekreślił moje własne szczęście. Nie byłem w stanie pójść dalej, zatrzymałem się w miejscu. Tęskniłem za Ivy, jej uśmiechem, rozgadaniem, widokiem jej ślicznej buzi z samego rana, budzenia się obok niej. Coś wywnętrz mnie rozrywało moje biedne serce i z każdym dniem było coraz gorzej. Dlatego po kilku miesiącach postanowiłem zawalczyć i ją odnaleźć. Zanim trafem na Caleba, który odnalazł Ivy w zaledwie dwa tygodnie, użerałem się z czterema innymi detektywami. Teraz wiem, że nie chciało im się pracować, za to chętnie wzięli wynagrodzenie. Caleb stanął na wysokości zadania i przekazał mi to, co wiedział. Zastanawiam się, dlaczego nie wspomniał słowem o dziecku. Nie wiedział tego, czy może specjalnie to ukrył? Przebiega mi też przez myśl to, że podrywał Ivy. Miał trzymać się z daleka, zachować pełen profesjonalizm, a on odwiedzał ją w klubie i chciał się z nią umówić? Ma szczęście, że go polubiłem i nie doniosę jego szefowi, że przekroczył pewną granicę. Odnalazł Ivy, tylko to się liczyło. 

W środę budzi mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Biorę telefon, uchylam jedno oko i czytam.

     Nolan: Justin, ty jełopie! Miałeś się do mnie wczoraj odezwać, tak? Obiecałeś! Jak poszło z Ivy?          Czy to, że milczysz oznacza, że jednak miałem rację i postanowiła cię zabić? Odezwij się!

Prycham rozbawiony i przecieram twarz rękami. Bawi mnie troska mojego przyjaciela, który od razu założył, że jak tylko pojawię się w drzwiach, Ivy zatrzaśnie mi przed nosem lub zamorduje. Cóż, byłem na to przygotowany, a ona jak zawsze mnie zaskoczyła. Może nasza pierwsza rozmowa po tak długim czasie nie przebiegał tak, jak zaplanowałem, ale cud, że w ogóle udało nam się pogadać. Jest niesamowita!

    Wal się, ciulu! Żyję i mam się świetnie! Przegadałem z Ivy praktycznie całą noc i  wydaje mi się,        że jesteśmy na dobrej drodze ku lepszemu. Muszę dać jej czas i nie naciskać. Dowiedziałem się          jednak czegoś, co zwali cię z nóg, stary! Opowiem ci jak wrócę. Do jutra, nara!

Podnoszę tylek z łózka, idę do łazienki i biorę prysznic. Żałuję, że muszę jutro wyjechać, jednak w piątek mam do oddania pracę i kolokwium. Gdyby nie to, zostałbym tutaj jak najdłużej. I cholernie martwi mnie fakt, że będę musiał latać między San Francisco, a Los Angeles. Chcę odzyskać Ivy, stworzyć dom dla naszego dziecka, ale latania z miejsca na miejsce nie jest w takiej sytuacji dobrym rozwiązaniem. Mimo to muszę uzbroić się w cierpliwość, bo Ivy to twarda sztuka i tak łatwo nie da się złamać. Chciałem ją namówić na przeprowadzkę, wykorzystałem do tego naszą córkę, jednak wiem, że moja mała biedroneczka ma w sobie mnóstwo żalu. Muszę zapracować na jej zaufanie, miłość i dać jej na to wszystko czas.
Poza tym, jasna cholera, jestem ojcem! Gdyby ktoś powiedział mi o tym wcześniej, roześmiałbym mu się prosto w twarz! Nigdy nie spodziewałbym się czegoś takiego, a ta wiadomość prawie zwaliła mnie z nóg. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu i szokowi, jaki przeżyłem, zareagowałem dość spokojnie. Fakt, wciąż to do mnie nie dociera, jednak uwielbiam dzieci i przypominam sobie, jak chętnie opiekowałem się moją młodszą siostrą. Boję się jedynie tego, że znowu coś spieprzę i na dobre zniechęcę do siebie Ivy. Muszę się bardzo postarać. Dla niej i dla naszego dziecka. Gdybym znowu dał ciała, rodzice by mnie zabili!


Spotykam się z Ivy na alejkach przy plaży. Wygląda obłędnie w białej, krótkiej, letniej sukience i butach na koturnie. Pcha przed sobą wózek, wystawia twarz do słońca i poprawia okulary słoneczne. Przysięgam, że gdybym nie wiedział, że cztery miesiące temu urodziła dziecko, nigdy nie powiedziałbym, że kiedykolwiek była w ciąży. To możliwe, aby kobieta wyglądała tak dobrze, w tak krótkim czasie? Zastanawiam się, jak w ogóle Ivy wyglądała w ciąży. Jestem pewien, że była równie piękna, jak teraz. Szkoda, że mnie nie było.
- Hej - uśmiecham się, witam ją całusem w policzek i wręczam kubeczek jagodowego smoothie - Nadal lubisz, prawda? - przytakuje i upija kilka łyków - Jak się dzisiaj ma moja maleńka kruszynka, hmm?
- D-dobrze - Ivy jąka się i patrzy na mnie zaskoczona - Jest przebrana, nakarmiona i zaraz zaśnie.
- Duuużo śpi, takiej to dobrze. Właściwie, co ona je? - spoglądam na Ivy, która się czerwieni. Och!
- Karmię ją piersią, Justin - odpowiada niepewnie i wiem, dlaczego się zawstydziła - Na szczęście mam pokarm i chciałabym to robić jak najdłużej - patrzy na małą i widzę w jej oczach rozczulenie.
- To musi być niesamowity widok. Obiecaj, że będę mógł to zobaczyć! Najlepiej zanim wyjadę, okej?
- Wyjeżdżasz? - marszczy brwi i zaciska usta - Znaczy, to zrozumiałe, tam jest twój dom. Kiedy?
- Jutro w południe mam lot, a w piątek kolokwium. Gdyby nie to, zostałbym zdecydowanie dłużej. Nie martw się, wrócę w niedzielę lub w poniedziałek i przedłużę pobyt jak długo się tylko będzie dało.
- Wiesz, że będzie ci ciężko? Nie możesz opuszczać aż tylu zajęć, narobisz sobie zaległości.
- Dam radę, biedroneczko - spina się, schyla głowę i doskonale wiem, że właśnie uderzają w nią wspomnienia - Czy to przezwisko źle ci się kojarzy? Jeśli tak, powiedz mi, a wymyślę jakieś inne.
- Nie, nie kojarzy mi się źle, wręcz przeciwnie, przypomina te wspaniałe chwile w których byłam szczęśliwa - siada na ławce, zajmuję miejsce obok niej i wpatruję się w jej twarz - To był niesamowity czas, Justin. Nigdy w swoim życiu nie czułam się komuś tak potrzebna. A potem, tak nagle...
- Wszystko koncertowo spierdoliłem - dodaję za nią i kręcę głową - Wiem, to był błąd. Wiedz, że sporo się na nim nauczyłem i nie zamierzam go więcej popełniać. Ten rok bez ciebie był dla mnie surową karą.
- Dlatego teraz boję się obdarzyć cię zaufaniem na nowo. Obiecałam sobie, że będę trzymać się od facetów z daleka, żeby oszczędzić sobie niepotrzebnego cierpienia i rozczarowania. Idealnie mi się to udawało, bo będąc ciąży nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dopiero po urodzeniu Abbey i po powrocie do pracy goście klubu zagadywali mnie, flirtowali, czarowali. Wielu chciało zaprosić mnie na randkę, na kolację, a nawet do swojego domu. A ja ponownie zamknęłam się w swoim świecie i nie pozwalam sobie na wytknięcie z niego nawet nosa. Nie potrzebowałam mężczyzny, zresztą nigdy nie byłabym w stanie zostać z nim na sam. Moje serce już do kogoś należy i zawsze tak będzie. Szkoda, że wtedy mi nie uwierzyłeś.
- Jezu, Ivy - gwałtownie przyciągam ją do siebie, tulę mocno, a ona moczy moją koszulkę łzami. Drży, wczepia się we mnie jak rzep i wylewa z siebie wszystkie negatywne emocje. Tak dobrze znowu móc ją mieć w swoich ramionach - Od teraz zawsze będę przy tobie, przysięgam na wszystko. Nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Odzyskam cię i dam szczęście, na które tak bardzo zasługujesz. Kocham cię, biedroneczko.
- W-wiem - wtula głowę w zagłębienie mojej szyi, całuje ją czule i nie padają już żadne słowa.




Ivy POV:
Justin wyjeżdża, a sobota przychodzi szybciej niżbym tego chciała. Zostawiam Abbey z Shelly i zjawiam się w klubie kilka minut przed północą. Mam zaledwie kilka minut na podjęcie ważnej decyzji, chodzę w kółko po zapleczu i nerwowo wyginam palce. Mój brzuch zaciska się z nerwów i strachu. Właściwie sama nie wiem, co ja tutaj w ogóle robię! Powinnam dać Athnony'emu w twarz i posłać go do diabła. Dlaczego więc rozważam jego propozycję? To szalone, takie nie w moim stylu, w dodatku przekraczam swoje własne granice! Niech to szlag! Mam dziecko do wychowania, pieniądze nie spadają z nieba więc jakoś muszę dać radę. Od czternastego roku życia jestem zdana sama na siebie, jestem matką i chociaż wcale nie podoba mi się to, co robię, nie mam wyjścia. Jeśli stracę pracę zostanę bez pieniędzy. Nie wiem, kiedy coś mi się trafi, a Anthony może zniszczyć moją opinię nie tylko w branży klubowej. Gorzej, jak rozpowie jakieś bzdury i każdy je łyknie. Wtedy będę skończona! Razem z dzieckiem wyląduję na ulicy!
Oczywiście Justin zapewne chciałby zabrać mnie do San Francisco, może nawet dalby mi pieniądze, ale jakbym się z tym czuła? Nie chcę, żeby pomyślał sobie, że zależy mi tylko na jego kasie, a raczej na kasie jego rodziców. Są bogaci, mają wszystko, o czym zamarzą, ale ja sama chcę zatroszczyć się o córkę.
- Jesteś gotowa? - do środka wchodzi Anthony, zakłada ręce na piersiach i wlepia we mnie wzrok.
- T-tak, chyba tak. Wiedz, że to będzie próba, jeśli mi się nie spodoba nie zrobię tego nigdy więcej.
- Rozumiem to. Decyzja należy do ciebie - mruga okiem, wystawia dłoń i czeka aż ją chwycę. Przełykam ślinę, podchodzę do niego i chociaż nie chcę, wsuwam swoją drobną dłoń w jego męską i dużą. Delikatnie pociąga mnie za sobą, opuszczamy zaplecze i idziemy do garderoby, w której byłam kilka dni temu. Dziewczyny krzątają się wokoło, panuje chaos, i ogromne zamieszanie - Samira, zaopiekuj się Ivy i zrób ją na bóstwo. Ma być idealna - Anthony przekazuje mnie wysokiej, szczupłej brunetce i wychodzi. 


Dwadzieścia minut później Samira kończy swoją pracę. Stawia mnie przed lustrem, uśmiecha się szeroko i obie podziwiamy moją osobę. Moje włosy wyglądają o wiele lepiej, niż ostatnio. Ich końce są delikatnie podkręcone, opadają na moje ramiona i tworzą jasną aureolę. Moje stopy odziane są w wysokie, seksowne szpilki, a nogi okrywają czarne zmysłowe pończochy, które zapięte są do koronkowego pasa na biodrach. Nie mam dzisiaj gorsetu, jego miejsce zajął stanik, który wypycha moje piersi i robią się jeszcze większe mimo tego, że małe nie są przez pokarm. Na mojej szyi jest skórzana, gruba obroża, a na nadgarstkach skórzane bransolety. Mam wrażenie, że to kajdanki i faktycznie czuję się uwięziona. Mój brzuch opada gwałtownie, a żółć podchodzi mi do gardła. Wciąż nie wierzę, że naprawdę jestem do tego zdolna. Nie umiem nawet tańczyć, ale Anthony zapewnił mnie, że dzisiaj nie będzie mi to potrzebne. Każda z nas będzie zabawiać własnego gościa, który będzie siedział pod sceną. Nie wiem, co miał przez to na myśli, ale wcale mi się to nie spodobało. Byłam gotowa uciec w każdej chwili jeśli przekroczy granicę.

Równo o północy ustawiamy się za czerwoną kotarą, która oddziela nas od widowni. Serce chce wyskoczyć mi gardłem, moje wnętrzności zaciskają się z nerwów i mam ochotę zwymiotować. Samira ściska moją dłoń dodając mi otuchy, jednak nie przynosi to oczekiwanego rezultatu. Jestem przestraszona, tak cholernie tutaj nie pasuję i kiedy dociera do mnie ta myśl, robię krok w tył chcąc stąd odejść. Niestety za mną niczym duch pojawia się Anthony, układa dłonie na moich ramionach i szepcze do ucha.
- Nie waż się uciekać w ostatniej chwili, Ivy. Obiecałaś mi, że to próba, tak? Bądź dzielna, przekonaj się jakie to przyjemne i spełnij swoje zadanie. Wszystkie napiwki, które dzisiaj zbierzesz będą twoje. Postaraj się, to bogaci mężczyźni - jego oddech odbija się od mojego ucha, zamykam oczy i czuję łzy pod powiekami - Do dzieła, dziewczęta! Sprawcie, abym i dzisiaj mógł być z was dumny, moje perełki.
Po tych słowach znika, a kotara się rozsuwa. Nieco oślepiają mnie reflektory, które padają centralnie na nas i wychodzimy na scenę. Ustawiamy się na samym jej skraju, każda w odpowiedniej odległości. Przed nami, w wygodnych czerwonych fotelach siedzą mężczyźni przeznaczeni specjalnie dla nas. Niepewnie podnoszę głowę i spotykam piękne, błękitne oczy mojego gościa. Jest ubrany w dopasowany, zapewne drogi garnitur, białą koszulę i grafitowy krawat. Jest piekielnie przystojny i myślę sobie, co u licha taki facet robi w takim miejscu?! Przecież mógłby mieć każdą kobietę, jakiej tylko zapragnie.
- Podejdź do mnie - jego głos brzmi nisko i wyczuwam w nim nutkę podniecenia. Robię krok w przód, siadam na skraju sceny i czuję jego dłonie na moich łydkach. Czule przesuwa po nich w górę i dociera do moich ud. Boję się, że moja praca wyjdzie daleko poza granice, o których mówił Anthony - Jesteś gotowa na dzisiejszą noc? - unos brew, oblizuje usta i nie spuszcza ze mnie wzroku. Mam ochotę spieprzać!










piątek, 11 maja 2018

Rozdział szósty

Wracam do domu, gdzie czeka na mnie moje dziecko i Shelly. Dziewczyna widzi wyraz mojej twarzy, całuje mnie w policzek i zostawia samą. Nie jestem pewna czy to dobry pomysł, ponieważ od razu myślę o rozmowie z Justinem. Mam totalny mętlik w głowie, przeczesuję nerwowo włosy i zastanawiam się, dokąd ponownie zaprowadzi nas nasza znajomość. Pojawił się po roku, wiele się zmieniło, ja się zmieniłam, i nie jestem pewna, czy w ogóle jest szansa na świeży start. Oczywiście czas pozwolił mi się uspokoić, wyleczyć, odrobinę zapomnieć o przykrych wydarzeniach, co nie znaczy, że to wciąż mnie nie dręczy. Wiele razy po ciężkim dniu w pracy, siadałam z kubkiem gorącej herbaty i wracałam wspomnieniami wstecz. Zastanawiałam się, co wtedy poszło nie tak, skoro ponownie spadłam na samo dno. Może i zaczęło się od perfidnej intrygi Meredith, jednak zakończyło się na chłopaku, którego, mimo popieprzonej przeszłości, potrafiłam pokochać. Nie sądziłam, że w ogóle jestem do tego zdolna, ale on coś we mnie obudził, uruchomił. Moje serce nie zamieniło się w kamień, potrzebowałam uczucia, troski, odrobiny uwagi i to wszystko dostałam właśnie od niego. Pamiętam każdą wspólnie spędzoną razem chwilę i z ręką na sercu mogę przysiąc, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Dlatego boli mnie myśl, iż posunął się tak daleko i stanął po stronie bandy dzieciaków, która szydziła ze mnie na każdym kroku. Spodziewałabym się takiego zagrania po każdym, ale na pewno nie po nim. Ufałam mu, oddałam mu swoje serce, ciało, a nawet duszę. Zaryzykowałam, aby móc choć na chwilę poczuć się szczęśliwa. Dał mi to, czego nigdy nie dostałam od własnych rodziców - miłość. Pokochał mnie mimo mojej przeszłości, dziwnych zachowań, strachu. Utworzył wokół mnie dziwny rodzaj kokonu bezpieczeństwa i chronił przed każdym, kto wszedł nam w drogę. Oboje dodawaliśmy sobie siły, aby stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którym nasz związek się nie spodobał. Byłam pewna jego uczuć, jego samego, tego, co nas łączyło, a potem wbił mi nóż w serce i wiele razy z premedytacją go przekręcał. Zadawał ból słowami, uśmieszkami, które miały pokazać mi, że już nic dla niego nie znaczę. Wrócił do swojego dawnego życia, otaczał się dziewczynami, perfidnie śmiejąc się ze mnie. On. Chłopak, który był moim "wszystkim". Potwornie mnie zranił, zachował się jak szczeniak, nagrywając ten żałosny film. Wciąż przed oczami mam jego ciało na moim, jego twarz, na której wymalowane było czyste pożądanie. Mimo tego, iż ten seks był dość surowy, doskonale widziałam, jak wiele sprawiał mu przyjemności. Nie patrzył na mnie jak na dziwkę, patrzył na mnie jak na kobietę, którą kocha. Mimo tego, jak gwałtownie pracowały jego biodra, jak wbijał się we mnie raz za razem, przez cały czas obsypywał moją szyję pocałunkami, powtarzał słowa miłości. Nie jestem jednak pewna, czy powinnam się tym pocieszać. Zachowałam to nagranie do dzisiaj, oglądałam je wiele razy i już sama nie wiedziałam, co powinnam o nim myśleć. Spojrzałam na to innym okiem dopiero dzisiaj, po rozmowie z Justinem. Może to nie ma znaczenia, jednak cieszę się, że przedstawił swoją wersję. Może faktycznie poczułam się ciut lepiej wiedząc, że to miało dla niego znaczenie. Fakt, nagrał to, a nigdy nie powinien posuwać się aż tak daleko, jednak wtedy kochał się ze mną, nie pieprzył mnie z zemsty, chęci pokazania mi swojej przewagi. Cały czas myślałam, że właśnie taki był jego cel. Chciał mnie upokorzyć, i chociaż zrobił to upubliczniając film, nie potrafił do końca wyzbyć się uczuć, nawet w tamtej chwili.
Zaskoczył mnie dzisiejszym wyznaniem, łzami, chwilą słabości. Rozpłakał się jak małe dziecko i trwaliśmy tak na środku chodzika wtuleni w siebie i zapłakani. Czułam jego ciało, które drżało i dłonie, które mocno mnie obejmowały. Poczułam się bezpiecznie, tak, jak rok temu, kiedy jego ramiona były dla mnie ostoją, pocieszeniem. W głębi serca wiedziałam, że Justin żałuje tego, co zrobił. Był dobrym człowiekiem, miał cudownych rodziców, którzy porządnie go wychowali. Niestety rok temu był gówniarzem, dla którego ważniejsza była opinia i zemsta, zamiast uczucia. Dobrze, że czas pomógł mu dorosnąć i zrozumieć.
Biorę Abbey w ramiona, tulę do siebie i całuję w czoło. Jest do niego taka podobna, ma ten sam kolor oczu, mały nosek i te urocze usteczka w kształcie serca. To mała kopia Justina, którą mam tylko dla siebie. I właśnie o niej muszę teraz myśleć, bo to ona jest najważniejsza, nie ja. Nie mogę odebrać jej ojca, a obiecałam sobie po porodzie, że pewnego dnia Justin dowie się, że na świat przyszła jego śliczna, urocza córeczka. Bałam się jego reakcji, tego, że mógłby jej nie zaakceptować. Wiedziałam, że mimo wszystko był dobrym człowiekiem, jednak okłamałam go i ukryłam przed nim fakt, iż urodziłam mu dziecko. Nie potrafię nawet przewidzieć jego reakcji, kiedy już się o niej dowie. Może mnie znienawidzi? Przeklnie? Ponownie zrani słowami? Muszę być na to przygotowana, ale nie jestem już tą samą Ivy sprzed roku, jestem kimś zupełnie innym. Poradzę sobie z odrzuceniem, w końcu przechodziłam to wiele razy. Bardziej zaboli mnie odrzucenie Abbey, ponieważ ona najmniej tutaj zawiniła. Może ukarać mnie, nie ją.


Popołudniu wybieram się na spacer. Pogoda jest piękna, Abbey ssie smoczek i rozgląda się dookoła.
- Podoba Ci się, prawda? Wiem, że leżenie w wózku jest strasznie nudne, a z tej pozycji możesz pooglądać więcej świata - grucham do niej wesoło i pocieram nosem o jej. Jest taka śliczna, drobniutka, aż mam chęć schrupać ją w całości. Jestem ogromnie szczęśliwa, że mimo mojej nieostrożności w ciąży, jednak udało jej się zawalczyć. Chyba już zawsze będę mieć o to do siebie żal - No dobrze, pójdziemy się przejść, a potem do domu na karmienie - wkładam ją do wózka, idę wzdłuż alejki i wzdycham świeże powietrze. Nagle czuję wibrację w telefonie, wyjmuję go z kieszeni szortów i czytam wiadomość od Cindy - Zmiana planów, malutka. Odwiedzimy ciocię - uśmiecham się, zmieniam kierunek i idę w stronę klubu.


Docieram do niego w przeciągu ośmiu minut. Cindy stoi przed wejściem, pali papierosa i uśmiecha się szeroko, kiedy tylko mnie widzi. Tak naprawdę jest mi najbliższą osobą w Los Angeles, nie licząc Shelly.
- Hej! - cmoka mnie w policzek, gasi papierosa i wkłada od ust gumę - Jak się ma nasz kwiatuszek?

- Bardzo dobrze, rośnie. Robi się coraz ciekawsza, jest o wiele silniejsza i strzela zniewalające uśmiechy.
- To prawda, śliczna z niej dziewczynka. Złamie nie jedno serce - och, tak! - A co u ciebie, mała?
- W porządku. Mam wolne do końca tygodnia, chociaż sama nie wiem, co będzie dalej. Boję się.
- Jesteś dla Anthony'ego cennym pracownikiem, ale co miała oznaczać twoja obecność na scenie?
- Nie wspominałam ci o tym, ale zaproponował mi miejsce Megan - Cindy wybałusza oczy i patrzy na mnie z niedowierzaniem - Tsa, też byłam w szoku. Wiele razy mówiłam mu, co o tym sądzę, a on dalej swoje.
- Więc już wiem, dlaczego chodzi taki nabuzowany. Wciąż się wydziera, wiecznie coś mu nie pasuje i zastanawialiśmy się z Marko, czy jego żona przestała mu dawać i jest sfrustrowany seksualnie.
- Chciałabym, aby to był powód. Naciska na mnie, wywiera presję, a nawet zaszantażował, że stracę pracę, jeśli nie przyjmę jego propozycji. Nie chcę tego robić, Cindy. To paskudne! Co mam zrobić?
- Cholera, nie wiem! Anthony to gruba ryba, ma znajomości. Dlaczego upatrzył sobie akurat ciebie?
- A bo ja wiem? Bredzi, że idealnie pasuję do dziewczyn, mam świetne ciało i idealne jasne włosy.
- I właśnie to jest dziwne, ponieważ wszystkie dziewczyny są brunetkami. Będziesz się wyróżniać.
- Chyba o to mu chodzi. Jestem na niego wkurzona za to, że odwala taki cyrk. Świetnie mi się tutaj pracuje, nie chcę niczego zmieniać, a tym bardziej odchodzić. Jeśli nie będę miała wyjścia, zrobię to.

- Porozmawiaj z nim jeszcze raz. Powiedz o swoich obawach, na pewno cię zrozumie. Pracujesz tutaj od początku ciąży, jesteś dobrym pracownikiem i Anthony cię docenia. Nie może cię do tego zmusić!
- Wiem, albo i nie wiem. Nic już nie wiem, Cindy. Jestem pewna, że wyleje mnie jak się nie zgodzę.
- Popieprzona sytuacja - kręci głową i opiera się o ścianę budynku - Jak Anthony się uprze, nie ma przebacz. Tak samo było z Rebecą, pamiętasz? Chciał ją i zrobił wszystko, aby dołączyła do zespołu.
- Do tej pory nie chce powiedzieć, dlaczego się jednak ugięła. Wciąż mówiła, że nigdy tego nie zrobi.
- Obawiam się, że szef musiał mieć na nią jakiegoś paskudnego haka albo dał jej za to mnóstwo forsy.
- To ma sens. Rebeca ledwo wiązała koniec z końcem, tak samo jak ja. Pieniądze mogły być mobilizacją.
- Zawsze będą, ponieważ to one rządzą światem. Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale to gówno prawda. Chyba powiedział to ktoś, kto ma ich pod dostatkiem. To oczywiste, że zapewniają komfort, bezpieczeństwo i człowiek nie musi się martwić, że zaraz ich zabraknie i nie będzie co włożyć do garnka.
- A ja się właśnie martwię. Moje oszczędności są śmieszne, niby zarabiam, ale życie i rachunki kosztują.
- Wiem coś o tym. Co nie zmienia faktu, że harujesz prawie codziennie i musisz zwolnić, mała.
- To prawda. Chyba zaczynam odczuwać skutki nocnej pracy, wciąż jestem zmęczona i śpiąca.
- Och, Ivy! - naszą rozmowę przerywa Anthony, który nagle wyłania się zza rogu - Jak miło cię widzieć.
- Dzień dobry, szefie - wysilam się na uśmiech, chociaż jest to niezmiernie trudne. Mam do niego uraz.
- Jak się ma twoja mała córeczka? - zagląda do wózka i dotyka jej rączki - Jest tak piękna, jak ty.
- D-dziękuję - chrząkam niezręcznie i spoglądam na Cindy, która przewraca oczami - Mała ma się dobrze.
- Świetnie! Co cię do nas sprowadza? - marszczy brwi i wlepia we mnie te ciemne oczy - Podjęłaś decyzję?
- N-nie, jeszcze nie. Po prostu wpadłam odwiedzić Cindy i chwilę pogadać. Zaraz muszę uciekać.
- Poświęcisz mi sekundkę? - chcę odmówić, już uchylam usta, ale ucisza mnie gestem dłoni - Wiem, co chcesz powiedzieć. To nie zajmie dużo czasu. Cindy popilnuje dziecka, chodź - chwyta mnie za rękę, jestem zaskoczona jego ruchem, jednak idę za nim. Mijamy bar, wchodzimy do jego gabinetu, a atmosfera nagle gęstnieje - Wiedz, że nie chcę cię zwalniać, Ivy. Cenię twoją pracę, jesteś świetną barmanką i cieszę się, że dla mnie pracujesz - przytakuję głową, bawię się palcami i czekam na puentę jego wypowiedzi. Na pewno do czegoś zmierza - Nasza wcześniejsza rozmowa nie poszła tak, jak tego oczekiwałem, odrobinę mnie poniosło. Oczywiście sobota nadal jest aktualna i liczę na to, że się pojawisz - patrzy na mnie uważnie, stoję jak słup soli i nie wypowiadam nawet słowa. Cóż mam mu powiedzieć? Że jest skurwielem, skoro wymusza na mnie coś, czego nie chcę? I tak ma to w dupie - No dobrze, zróbmy tak. To będzie próba, co ty na to? - podchodzi do mnie, układa dłonie na moich ramionach i wreszcie unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Uśmiecha się lekko i w tej chwili przypomina tego Anthony'ego, którego polubiłam - Zobaczysz, z czym to się wiąże i wtedy podejmiesz decyzję. Może tak być? - nie ukrywam, jestem nieco zaskoczona.
- Próba, tak? - wystawia dwa palce na znak obietnicy i chcąc nie chcąc, łamię się - W porządku.
- Cudownie! Zadzwonię do ciebie niebawem, a teraz uciekaj, bo córka na ciebie czeka. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - szepczę do siebie i czym prędzej opuszczam jego biuro. W drodze do wyjścia besztam samą siebie, klnę pod nosem i mam ochotę szarpać za włosy. Głupia, głupia, głupia idiotka! - Kurwa mać.
- Ivy? - Cindy patrzy na mnie zdziwiona, kiedy wypadam na zewnątrz jak z procy - Co się stało?
- Nic wielkiego, poza tym, że jestem kompletną kretynką, bo zgodziłam się wystąpić na próbę!

- Wow, naprawdę? - Cindy uśmiecha się szeroko i porusza brwiami - Może wcale nie będzie tak źle, co?
- Chyba sama nie wiesz, co mówisz - przewracam oczami i mam świadomość, że to nie skończy się dobrze. 


Staram się odgonić myśli od Anthony'ego i skupić uwagę na czymś innym. Nakarmiłam Abbey, która właśnie ucina sobie drzemkę, i sama próbuję wcisnąć w siebie posiłek. Niestety apetyt gdzieś uciekł, pozostawiając w moim brzuchu wielką pustkę i skręcający się z nerwów żołądek. Kiedy właściwie moje życie zrobiło się tak skomplikowane? Do tej pory wszystko układało się całkiem dobrze, niczym nie musiałam się martwić, byłam spokojna, zadowolona. Teraz moje ciało przejmuje stres i nerwy, których za cholerę nie mogę opanować. Boję się przyszłości, tego, co jeszcze się wydarzy. Wiem, że jeśli wdepnę w to gówno związane z tańcem tak łatwo się już z tego nie wykaraskam, więc dlaczego do cholery w ogóle zgodziłam się na ów próbę? Wcale nie chcę tego robić, chociaż zapewne większe pieniądze mogą mnie do tego popchnąć. Kim się stanę, jeśli faktycznie wyląduję na scenie? Dziwką, która pokazuje obcym facetom swoje ciało?Niestety tutaj chodzi o coś więcej, a mianowicie o zapewnienie dziecku dobrego życia. Anthony chce zapłacić mi cztery tysięce dolarów, a o takiej kwocie gdziekolwiek mogę pomarzyć! I tego się właśnie boję. Nie chcę, aby pieniądze mnie do tego przekonały, a skoro wciąż mi ich brakuje, tak może się stać.

Wieczorem biorę długą, odprężająca kąpiel z ogromną ilością wody i pachnącej wanilią piany. Chwila spokoju, ciszy jest w tym momencie idealnym pomysłem i mogę delektować się tym błogim uczuciem. Zamykam oczy, rozluźniam napięte mięśnie i staram się wyłączyć myślenie. Po prostu nie zadręczać się problemami i móc choć przez chwilę oddać się w ramiona gorącej, otulającej mnie z każdej strony gorącej wodzie. Nawet mi się to udaje, do czasu, aż mój telefon postanawia zawiadomić mnie o nadejściu wiadomości. Zaciskam usta z frustracji, postanawiam zignorować brzęczenie i olewam adresata. Niestety przychodzi kolejna wiadomość, która całkowicie burzy nastrój i sięgam po telefon, który leży tuż obok. 
Odblokowuję ekran i marszczę czoło na widniejący nieznany numer. Czytam sms'y i wszystko jest jasne.
    

         Witaj, biedroneczko. Wiem, że dochodzi już dwudziesta pierwsza, ale jest szansa,                         żebym mógł cię jeszcze dzisiaj zobaczyć? Obiecuję, że nie zajmę ci  dużo czasu.

         Ps. Może masz ochotę na twoje ulubione wino? Nie upiję cię, obiecuję ;)

Uśmiecham się na wzmiankę o winie i wbijam zęby w wargę. Och, marzę o tym cierpkim, głębokim smaku, jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Mimo wszystko mam ochotę się z nim spotkać, porozmawiać.

      Hej. Nie przeszkadza mi godzina, przestawiłam się na tryb nocny przez pracę w klubie.             Jeśli chcesz wpaść, zapraszam. Ps. Nie przynoś wina, nie będę mogła go wypić ;)

Wysyłam wiadomość, odkładam telefon i kończę kąpiel. Nie mam zamiaru przywitać go w szlafroku! Jeszcze mógłby potraktować to jako zaproszenie i dopiero wtedy narobiłabym sobie większych kłopotów. 

Przebieram się w jeansy z dziurami, zakładam białą bluzkę z kieszonką na piersi i rozczesuję wilgotne włosy. Chwytam końcówki w palce, oglądam je z zainteresowaniem i dochodzę do wniosku, że wizyta u fryzjera to dobry pomysł. Przydałoby się podcięcie, odżywienie, aby wyglądały na nieco mniej zniszczone.
Opuszczam łazienkę, a po mieszkaniu roznosi się ciche pukanie do drzwi. Oddycham głęboko, próbuję uspokoić szalejące serce i otwieram. Justin uśmiecha się uroczo i ogląda mnie z góry na dół, oblizując usta. Boże! Mam ochotę rzucić się na niego i pocałować, jednak jakimś cudem się powstrzymuję. To nie jest odpowiednia pora, o ile w ogóle do tego dojdzie, ponieważ zaraz przeżyje spory szok, poznając swoje dziecko. Modlę się w duchu, żeby nie spanikował na widok małej i nie chciał mnie zamordować!
- Wejdź - chwytam go za koszulkę, ciągnę do środka i zamykam drzwi, przekręcając dwa zamki.
- Och, zamykasz nas? - droczy się ze mną, popycham go i prowadzę wprost do salonu - O rany,  nie wiedziałem, że aż tak się za mną stęskniłaś, biedroneczko - 
przystaje praktycznie w progu, odwraca się w moją stronę i puszcza mi oczko - Ja bardzo tęskniłem - ujmuje moją głowę w dłonie, głaszcząc policzki. Mój żołądek wywija koziołka i mam wrażenie, że właśnie mnie sparaliżowało. Jest tak blisko, niemal czuję jego oddech na ustach! - Pięknie pachniesz, twoje włosy są wilgotne, a to oznacza kąpiel. Przeszkodziłem?
- Szczerze? Tak - wzruszam ramionami, a Justin posyła mi szeroki, zadziorny uśmiech - Co cię tak bawi?
- Mogłaś na mnie zaczekać, chętnie bym dołączył - przełykam ślinę i gapię się w te piękne, brązowe oczy.
- Pff, chciałbyś - pstrykam go palcem w nos i odsuwam się. Czar pryska, a moje ciało napina się jak struna. Chwila prawdy - Wpuściłam cię do mojego mieszkania, jednak nie chcę słyszeć na jego temat ani słowa.
- Przysięgam - przykłada dłoń do serca, udając wielce poważnego. Marnie mu to wychodzi, przewracam oczami i wchodzę do pokoju. Justin człapie za mną, podchodzę do wciąż rozłożonej deski do prasowania i składam ubranka. Kiedy zbieram się na odwagę i spoglądam na niego, widzę na jego pięknej twarzy szczery szok. Nerwowo przerzuca spojrzenie z wózka, który stoi pod ścianą na mnie i to, czym się zajmuję - N-nie rozumiem, Ivy. T-to dziecko? Twoje? - jest blady jak ściana i zaczynam się bać, że zaraz zemdleje.
 




*************************************
Hello!
No to dla Justina chwila prawdy :)

Tak sobie myślę... dodaję te rozdziały tutaj, jak i na Vivi i dochodzę do wniosku, że robię to już bez większego entuzjazmu. Jakoś coraz mniej was tutaj, więc nie jestem pewna, czy to ma jakiś sens.
Chyba dopadł mnie jakiś kryzys, no nic. Zobaczymy, jak to dalej będzie :)

Miłego weekendu!
Ściskam
Kasia







czwartek, 3 maja 2018

Rozdział piąty


Justin POV:

Stoimy naprzeciwko siebie, zapada idealna cisza i słychać jedynie nasze głośne, mieszające się ze sobą oddechy. Nie widziałem jej dwanaście pieprzonych miesięcy, a teraz stoi przede mną i wygląda tak, jak ją zapamiętałem. Drobne ciało, idealne jasne włosy, pulchne usta i te oczy, które uwielbiałem. Nie zmieniła się nawet o gram, może trochę schudła i wygląda na porządnie zmęczoną. Dopiero teraz myślę, jak daje sobie radę w życiu. Oczywiście posiadam pewne informacje, inaczej nawet by mnie tutaj nie było. Tylko dzięki prywatnemu detektywowi, który ją dla mnie wyśledził, mogę teraz spojrzeć w jej piękne oczy.
- Witaj, Ivy - oblizuję usta, wpatrując się w nią jak zaczarowany. To niesamowite, że minął rok, a moje uczucia względem niej w ogóle się nie zmieniły. Tęskniłem każdego dnia, wspominałem nasze wspólnie spędzone chwile i próbowałem się z nią skontaktować. Uciekła, urwała wszelki kontakt i nie usłyszałem o niej aż do wczoraj, kiedy detektyw zdał mi raport - Miło cię znowu widzieć, biedroneczko - zaciska usta na ostatnie słowo i schyla głowę - Nie wpuścisz mnie? Jest późno, ale mamy sobie sporo do powiedzenia.
- Jak sam powiedziałeś, jest późno. Jestem zmęczona i nie mam siły na rozmowę, która będzie trudna.
- Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. Nie odejdę stąd, dopóki z tobą nie porozmawiam.
- Czyli nic się nie zmieniło, nadal jesteś jak wrzut na tyłku - przewraca oczami, przesuwa się i wpuszcza mnie do środka. Marszczę brwi, ponieważ mieszkanie jest bardzo skromne i chłodne. Cholera, mieszka w nieciekawych warunkach, to rudera! - Chcesz coś do picia? - kręcę przecząco głową, wchodzimy do salonu, siadam na kanapie, a Ivy na fotelu naprzeciwko mnie - Zacznij, skoro chciałeś porozmawiać.
- Okej - chrząkam i biorę się w garść. Jest tego całkiem sporo - Szukałem cię, Ivy. Szukałem każdego dnia, a ty po prostu uciekłaś, zostawiając po sobie jedynie list. Coś ty sobie do cholery myślała, huh? - prycham ze złością, wbija zęby w wargę i bawi się palcami. To jej oznaka zdenerwowania - Nie odezwałaś się, nie napisałaś, nie zapewniłaś mnie, że u ciebie wszystko w porządku. Nie masz bladego pojęcia, jak bardzo się o ciebie bałem! Że jesteś gdzieś sama, może przestraszona, zagubiona. Dlaczego to zrobiłaś?
- A co według ciebie miałam zrobić, huh? - unosi głowę, zwija dłonie w pieści i patrzy na mnie ze złością - Zostać i pozwolić, aby ci ludzie nadal mnie gnębili i wyżywali się? Byłam załamana, Justin! Ja nie miałam tak świetnej opinii jak ty, nie byłam również najpopularniejszą osobą, żeby szanowali mnie i podziwiali. Dręczyli mnie, doprowadzili na sam skraj, gdzie w ostateczności chciałam ze sobą skończyć. Miałam zostać?
- Nie, oczywiście, że nie! Miałaś mi jedynie zaufać, bo miałem dla nas plan. Poszukałem mieszkania niedaleko uczelni, chciałem, żebyś tam zamieszkała i mogła spokojnie studiować, a ty wolałaś uciec.
- Przestań pieprzyć! Naprawdę uważasz, że wolałam uciec? - zrywa się z miejsca, chodzi tam i z powrotem, nerwowo przeczesując włosy - Zależało mi na tych studiach jak na niczym innym w moim życiu. Mieszkanie nic by nie dało, bo codziennie musiałabym mierzyć się z nimi i patrzeć im w oczy. Poza tym nie zapominaj, jaki wywinąłeś mi numer - przystaje, patrzy mi w oczy i wchodzimy w temat, którego się obawiałem - Nagrałeś cholerny film, na którym uprawiamy seks, a ja nawet tego nie pamiętam. Człowiek, którego kochałam zniszczył mnie jak ta banda dzieciaków. Ufałam ci, ale ty mnie zawiodłeś. Czego oczekiwałeś?
- Nie wiem, Ivy. Naprawdę nie wiem. Chciałem, żeby wszystko dobrze się ułożyło, chciałem się o ciebie zatroszczyć i wynagrodzić ci swoje szczeniackie zachowanie. Żałuję tego, do czego się posunąłem i uwierz mi, nigdy nie będę sobie w stanie tego wybaczyć. To był cios poniżej pasa i chociaż byłem wkurwiony po imprezie, na której mnie upokorzyłaś, nie zasłużyłaś na coś tak poniżającego. Przesadziłem.
- Zdecydowanie przesadziłeś. Użyłeś idealnego słowa; poniżenie. Ci ludzie mieli dzięki tobie świetną  zabawę, kiedy szydzili ze mnie, oceniali moje ciało, jakbym była dziewczyną na telefon. Zrobiłeś mi wręcz idealną reklamę, Justin. Byłem niewidzialna, niewiele osób oprócz twoich byłych się mną interesowało, a tu proszę! Jeden numerek i nagle stałam się sławna. Chyba powinnam ci za to podziękować.
- Przestań, dobrze? Doskonale wiem, jak wielki popełniłem błąd. Pokutuję za niego, bo żyję bez ciebie.
- Za błędy trzeba płacić, takie jest właśnie życie - mówi smutno i ponownie siada naprzeciwko.
- Pięknie wyglądasz - uśmiecham się, Ivy przewraca oczami i odwraca wzrok - Przez ten rok praktycznie się nie zmieniłaś, nadal jesteś tą śliczną dziewczyną. Jedynie widzę przemęczenie na twojej twarzy.
- Praca mnie męczy, muszę odespać. Na szczęście mam kilka dni wolnego, więc będę miała do tego okazję. A teraz powiedz mi, skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać? Czy to Nolan ci powiedział? Obiecał mi!
- Spokojnie, nie on. Wiedziałem tylko, że się do niego odezwałaś, czym byłem cholernie zaskoczony. Postanowiłem cię odszukać, na początku robiłem to na własną rękę, aż wreszcie się poddałem. Wynajmowałem co rusz nowego detektywa, ale byli strasznie słabi i rezultat był nijaki. Dopiero niedawno trafiłem na świetne biuro i tak oto siedzę przed tobą - uchyla usta i patrze na mnie z niedowierzaniem.
- Więc wynająłeś cholernego detektywa, żeby mnie odnalazł? Matko boska, czy ty upadłeś na mózg, Justin?
- Chciałem cię po prostu odszukać i już! Musiałem cię znowu zobaczyć, Ivy. Caleb okazał się świetnym...
- Caleb?! - podnosi nieco głos i ponownie gwałtownie zrywa na nogi - C-Caleb? Nie, to niemożliwe.
- Ale co niemożliwe? Tak, detektyw miał na imię Caleb, dlaczego tak bardzo cię to dziwi? Znasz go?
- A to cholerny gnojek - burczy pod nosem, oddycha ciężko i znowu siada - Dlatego był dla mnie taki miły.
- O czym ty mówisz? - jestem zdezorientowany, chociaż coś zaczyna mi świtać - Możesz mi to wyjaśnić?
- Poznałam go w barze, w którym pracuję. Zagadał do mnie jeden raz, drugi, trzeci i polubiłam go.
- Zdecydowanie zbyt szybko ufasz ludziom, Ivy. Caleb miał dowiedzieć się tylko gdzie jesteś i ewentualnie gdzie pracujesz. Do jego obowiązków nie należała rozmowa z tobą ani zaprzyjaźnienie się.
- Sam mnie na niego nasłałeś, więc teraz masz za swoje - karci mnie spojrzeniem, opiera głowę o oparcie kanapy i zamyka oczy - Cholera, żałowałam nawet, że wyjeżdża, a on pracował dla ciebie. Dlatego pieprzył, że nie może się ze mną umówić, bo jego szef byłby niezadowolony. Gadka o kupnie wydawnictwa to była ściema. Dupek - kręci głową, szarpie za włosy, a ja słucham tego i natychmiast się złoszczę.
- Świetnie! Płaciłem mu kupę kasy, a on po prostu cię podrywał? Już ja sobie z nim o tym porozmawiam.
- Och, daj spokój - burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Caleb to nie problem, lepiej wyjaśnij mi, co tutaj robisz, po co mnie odszukałeś? Minął długi rok, a ty nagle zjawiasz się w moich drzwiach.
- A propo drzwi, nie powinnaś mieszkać w takim miejscu. To osiedle jest dziwne, a mieszkanie okropne.
- Sorry, nie mam pieniędzy na nic lepszego, więc przestań kwestionować to, gdzie mieszkam. Jasne?
- Nie miałem na myśli nic złego. Nie zasługujesz, żeby mieszkać w takim miejscu, zasługujesz na więcej.
- Daruj sobie, błagam cię. Nie chce mi się słuchać tego gówna. Po co przyjechałeś? Czego chcesz?
- Chcę, żebyś wróciła ze mną do San Francisco - po moich słowach zapada cisza. Ivy marszczy brwi i patrzy na mnie podejrzanie - Myślałem o tobie przez ten rok, tęskniłem. Nie potrafiłem spojrzeć na inną kobietę.
- To, co było między nami to już przeszłość, Justin. Nie ma szans, żeby to kiedykolwiek naprawić.
- Więc nie naprawiajmy, zacznijmy od nowa. Przysięgam, że się zmieniłem, Ivy, dorosłem. Zrozumiałem, że moje uczucie do ciebie nadal jest bardzo mocne i nie chcę nikogo innego. Będę o ciebie walczył.
- Co powiedział ci o mnie Caleb? Oprócz tego, gdzie mieszkam i gdzie pracuję. Dodał coś jeszcze?
- Właściwie nie. Zdobył twój adres i wiem, że pracujesz w klubie. Wiesz, że to nie jest praca dla ciebie?
- Wręcz przeciwnie, uwielbiam tę pracę. Daje mi mnóstwo satysfakcji, a niedawno awansowałam.
- Awansowałaś? No cóż, gratuluję. To nie zmienia faktu, że klub dla takiej ślicznej, młodej dziewczyny to nie jest odpowiednie miejsca do pracy. Zdajesz sobie sprawę, że to może być bardzo niebezpieczne?
- Mamy ochronę, jeśli to cię uspokoi. To nie jest byle jaki klub, gdzie ludzie piją na umór. Przychodzą tam zamożni mężczyźni, aby kulturalnie wypić drogiego drinka i obejrzeć pokaz. Możesz spać spokojnie.
- Pokaz? Jaki znowu pokaz? - przesuwam się bliżej niej, a Ivy natychmiast się spina - To striptiz?
- Mhm, coś w tym rodzaju. Jednak nie wyuzdany, wulgarny, wręcz przeciwnie, seksowny i zmysłowy.
- Jezu, Ivy! Czyś ty zwariowała? Dlaczego do cholery pracujesz w takim miejscu? Nie masz pewności, że tym facetom nic głupiego nie przyjdzie do głowy, a przecież są podnieceni przez ten głupi striptiz! Nie powinnaś tam pracować choćby ze względu na swoją przeszłość. Tą pracą sama prosisz się o kłopoty.
- Wynocha - zrywa się na równe nogi, podchodzi do drzwi i czeka, aż wyjdę. Niech to szlag, nie tak miała wyglądać nasza pierwsza rozmowa po roku! - Nie zmieniłeś się, jesteś dokładnie taki sam. Zostaw mnie, wyjdź i nie wracaj - podnoszę tyłek z kanapy i staję przed nią. Nie patrzy na mnie, schyla głowę i wlepia wzrok w podłogę. Powiedziałem o kilka słów za dużo i teraz mam za swoje - No idź! Na co czekasz?
- Nie zrezygnuję z ciebie, Ivy - unoszę palcem jej głowę, a nasze oczy się spotykają. Widzę w nich łzy, ale i coś jeszcze. Patrzy na mnie dokładnie tak samo, jak patrzyła wtedy. Mam pewność, że nadal coś do mnie czuje, z niczym nie można pomylić tego spojrzenia - Wrócę tutaj i zrobię wszystko, żebyś mi wybaczyła. Kocham cię - pochylam się, zaskakuję ją i całuję w usta. Jest to krótki pocałunek, ale nie chcę się rozpędzać i ją denerwować. Uśmiecham się czule, głaszczę jej policzek i wychodzę.




Ivy POV:
Zamykam drzwi, opieram się o nie i zsuwam w dół. Moje serce tłucze się w piersi, dotykam ust palcami i zapamiętuję jego smak. Nie wierzę, że jest tutaj, na dodatek przyszedł do mnie i wyznał, że nadal mnie kocha. Powinnam skakać ze szczęścia, rzucić się na niego i powiedzieć, że ja czuję to samo. Niestety nie mogę tego zrobić. Obiecałem sobie, że nigdy więcej mu nie zaufam i mam zamiar dotrzymać słowa. Jedyne, o czym muszę mu powiedzieć to Abbey. Skoro już tutaj jest, powinien znać prawdę. 


Nazajutrz budzi mnie dzwonek telefonu. Moja maleńka kruszynka porusza się niespokojnie obok mnie, jednak na szczęście się nie budzi. Biorę telefon ze stolika i marszczę brwi, bo dochodzi jedenasta. Cholera! Co gorsza, dzwoni Anthony i trochę boję się odebrać telefon. Czego ten człowiek znowu ode mnie chce?
- Ivy! - podnosi głos, zanim mam okazję cokolwiek z siebie wydukać - Zjaw się w klubie za godzinę.
- C-co? Jak to za godzinę? Przecież mam wolne do końca tygodnia, tak? Dzisiaj jest dopiero wtorek. 

- Wiem o tym, mam kalendarz. Potrzebuję cię, to nie zajmie dużo czasu. Czekam na ciebie w południe.
I tyle. Rozłącza się, a ja jestem zdezorientowana tą rozmową. Nie wiem, o co chodziło, ale skoro zależy mi na tej pracy i nie chcę mu podpaść, muszę się tam zjawić. Dzwonię do Shelly i błagam ją, aby popilnowała małej. Na szczęście ma czas i ratuje mi życie. Oby to naprawdę nie trwało zbyt długo.


W klubie melduję się pięć minut przed czasem. Jest spokojnie, dziewczyny sprzątają, rozkładają towar i rozmawiają. Kiedy tylko Cindy mnie widzi, macha dłonią i puszcza całusa. Podchodzę do niej, przytulam się i rozglądam. Bar ma nowe oświetlenie przez co wygląda o wiele korzystniej. Jest też kilka nowych kanap.
- Anthony się rozszalał. Wymienił nawet rury na bardziej odpicowane. Jest dzisiaj strasznie nerwowy.
- Dzwonił do mnie i kazał się zjawić. Nie powiedział nic więcej. Wiesz może, o co mu znowu chodzi?
- Nie mam pojęcia, czeka na ciebie w biurze. Leć, zanim się wkurzy i ponownie zacznie się wydzierać.
- Tsa - przewracam oczami i kieruję się korytarzem wprost do jego biura. Kiedy tylko wchodzę do środka, ponosi głowę i klaszcze w dłonie, jakby cieszył go mój widok - Dzień dobry, Anthony. Jestem, jak chciałeś.
- Ogromnie się cieszę! Chodźmy - podnosi się z fotela, chwyta mnie pod ramię i idziemy do pomieszczenia na końcu korytarza. Spinam się, bo doskonale wiem, co jest za drzwiami. Otwiera je, wpuszcza mnie do środka, a ja gwałtownie zatrzymuję się w połowie kroku - Okej, dziewczyny mają małą próbę, w której weźmiesz udział - odwracam się w jego stronę, wybałuszam oczy gapiąc się na niego z niepowierzaniem! - Przebierz się, rozpuść włosy i zapraszam na scenę. Dalej, dziewczęta! Pomóżcie nowej koleżance.
- Przecież ja jeszcze na nic się nie zgodziłam, Anthony! Co to wszystko ma znaczyć, do jasnej cholery?!
- Uspokój się i nie podnoś głosu. To tylko próba nowych ubrań, nic wielkiego. Czekam na was na scenie.
Wychodzi, a ja zostaję z dziewczynami, które dobrze znam. Patrzą na mnie ze współczuciem i zabierają się do pracy. Malują mnie mocniej, kręcą moje długie, jasne włosy i wciskają w... coś. Nie mogę nazwać tego ubraniem, ponieważ są to jedynie czarne pończochy, wysokie szpilki i gorset, który tak koszmarnie mnie opina, aż ciężko mi oddychać. Spoglądam na siebie w lustrze, ale to nawet nie jestem ja. Makijaż nie pasuje do mojej jasnej cery, a z włosów zrobiło się siano. To tylko próba, pocieszam się w myślach.

Wychodzimy na scenę, światła w klubie gasną, a reflektory padają tylko na scenę. Rozglądam się po klubie i płonę w środku. Czuję się koszmarnie, jak rzecz na wystawie. Kiedy spoglądam na Cindy, jej oczy mówią wszystko. Jest w szoku, jak ja. Za to Anthony wygląda na zachwyconego, patrzy na mnie, a na jego twarzy widnieje szeroki uśmiech. Wiem, że nie odpuści i będzie chciał zmusić mnie do tego, czego nie chcę robić.
- Ivy, wyglądasz cudownie! - podnosi się, podchodzi bliżej sceny i układa dłonie na moich łydkach. Robię krok w tył, posyłając mu mordercze spojrzenie. Wydaje się tym kompletnie nie przejmować - Idealnie pasujesz do dziewcząt, uzupełniasz je. W dodatku twój jasny kolor włosów robi ogromne wrażenie. Będziesz atrakcją wieczoru, goście oszaleją na twój widok. Ach! Już nie mogę się tego doczekać!
- Nie podniecaj się, proszę. Jak wspomniałam, jeszcze na nic się nie zgodziłam i wątpię, abym to zrobiła.
- Dam Ci cztery tysiące - gwałtownie wciągam powietrze, a gdzieś obok słyszę szepty dziewczyn. Chyba zszokował nas wszystkie. Jestem ciekawa czy zarabiają mniej, skoro są zaskoczone 
- Do tego dojdą napiwki, których będzie od groma, będą twoje. Czy nie chciałaś dla córki wszystkiego, co najlepsze?
- Przestań mieszać do tego moją córkę! Nie podoba mi się to, wiedz o tym. Owszem, chcę dla niej wszystkiego, co najlepsze, ale nie takim kosztem. Nie będę twoją zabaweczką, dzięki której ci obrzydliwi faceci będą sobie trzepać! - krew gotuje się w moim ciele, Anthony układa dłonie na mojej talii i zdejmuje mnie ze sceny. Piszczę zaskoczona, ciągnie mnie do swojego biura i kiedy tylko wchodzimy do środka, trzaska drzwiami opierając o nie moje plecy - C-co ty wyprawiasz? - jąkam się i zaczynam bać.
- Po pierwsze; jestem twoim szefem i nie życzę sobie, żebyś zwracała się do mnie w ten sposób. Zrozumiałaś? - syczy przez zęby, natychmiast przytakuję głową, jednak faktycznie trochę się rozpędziłam - Świetnie! Po drugie; chyba nie chcesz stracić tej pracy, prawda? Jeśli odmówisz, będę zmuszony cię zwolnić - zaciskam usta, patrzę mu w oczy i mam ogromną chęć walnąć go w twarz. Pierdolony fiut! - Dopilnuję, abyś w żadnym klubie nie dostała posady, to będzie taka mała kara za odmowę - o mój boże! Jestem zszokowana tym, co mówi i mam świadomość, że naprawdę jest do tego zdolny. Anthony to gruba ryba, jego klub jest popularny, znany na całe Los Angeles. Kiedy szepnie słówko tu i tam, będzie po mnie! - Zastanów się nad tym, co wychodzi z twoich ust, kochanie. Proponuję ci dużo więcej pieniędzy niż pozostałym dziewczętom. Czy nie powinnaś mi za to podziękować? - przechyla głowę i uważnie mi się przygląda. Chce mi się beczeć, jestem wściekła i mam chęć coś rozpieprzyć - Możesz być bogata, zamieszkać w pięknym domu, a twojej córce niczego nie zabraknie. Możesz też zostać bez środków do życia, a praca, jakby się mogło wydawać, wcale nie leży na ulicach. Dobrze się zastanów, Ivy.
- Puść mnie - szepczę cicho, uwalnia mnie ze swojego uścisku i robi krok w tył - Uważałam Cię za życzliwego, porządnego człowieka, który pomógł mi w trudnej sytuacji. Starałam się ciebie nie zawieść, poświęcałam się pracy, rzadko brałam wolne. Lubiłam pracę barmanki, kolegów z pracy. A teraz nagle wyskakujesz mi z szantażem? Dlaczego zależy ci akurat na mnie? Cindy jest piękniejsza ode mnie.
- Masz niską samoocenę, skarbie. Cindy nie dorasta ci do pięt mimo tego, że ma większe cycki. Jednak to nie wszystko, ty masz do zaoferowania o wiele więcej. Piękne, smukłe ciało, oczy, usta. Pasujesz do dziewcząt, jesteś idealna - wzruszam ramionami, jakby mówił o pogodzie, a nie o moim ciele.
- Idealna? - prycham z kpiną, podsuwam nieco gorset i pokazuję mu bliznę po cesarskim cięciu - Nadal uważasz, że jestem idealna? Mam pokazać się tak gościom? Wątpię, aby ten widok im się spodobał.
- Nie obawiaj się, makijaż jest w stanie to ukryć. Jak się spiszesz, zainwestuję w ciebie i pozbędziemy się tej blizny poprzez operację plastyczną. Jednak musisz mi pokazać, że się starasz i ci zależy.
- Pieprz się! - spluwam z pogardą, otwieram drzwi i idę wprost do garderoby. W ekspresowym tempie zrzucam z siebie te wyuzdane fatałaszki, wsuwam na siebie ubrania i opuszczam klub.

Robię szybkie zakupy i wracam do domu. Przez cały czas myślę o tym, co wydarzyło się w klubie i o słowach Anthony'ego. Co to znaczy, że jak się spiszę, zainwestuje we mnie? Wyśle mnie na operację, abym robiła na gościach lepsze wrażenie? Boże, od kiedy stałam się dla niego przedmiotem, a nie człowiekiem? Kusi mnie ogromnymi pieniędzmi, ale ma w tym swój własny cel. Doskonale wiem, że tymi pokazami zarabia krocie, bo sam wstęp kosztuje majątek! Zrobi ze mnie tancerkę, zmusi, żebym rozbierała się dla nieznajomych mężczyzn. Może sam taniec nie byłby jeszcze taki zły, ale dochodzi do tego cała reszta. Dziewczyny rozbierają się, zrzucają z siebie seksowny gorset i świecą gołym biustem. Kuszą ich, podniecają i przez to sami, na ich oczach robią sobie dobrze. Żeby tego było mało, same używają zabawek. Siadają wokół sceny, tuż przed widownią i... bawią się. Miałabym robić to samo? Pieprzyć się wibratorem? Po co? Nie upadłam aż tak nisko, żeby zrobić z siebie dziwkę, chociaż właściwie nikt nie dotyka tych dziewczyn nawet palcem. To nie dla mnie. Anthony wie, że to dla mnie obrzydliwie, a mimo wszystko i tak chce mnie do tego zmusić. Najgorsza jest jednak utrata pracy, a tak się stanie, kiedy odmówię. Przeraża mnie to, do czego posunie się Anthony. Nie znajdę pracy w klubie, nie mam żadnego doświadczenia, ukończonych studiów, niczego! Mogę jedynie sprzątać, chociaż i takiej pracy nie ma zbyt wiele. Postawił mnie w koszmarnie trudnej sytuacji i przez chwilę myślę, żeby przyjąć tę ofertę, wyłączyć myślenie i raz w tygodniu robić swoje. Zgarniać kupę kasy i nie zadręczać się tym, co z siebie zrobiłam.


Dziękuję Shelly za opiekę nad Abbey i od razu jej płacę. Zostaję sama, odkładam zakupy i wzdycham ciężko. Ostatnio było tak dobrze, spokojnie, bez problemów. Teraz wszystko zwaliło mi się na głowę, w dodatku wróciła moja matka oraz Justin. O ile matka nie pojawiła się od ostatniego razu, tak czuję, że z Justinem będzie o wiele trudniej. Skoro wyznał, że będzie o mnie walczył powinnam opracować jakiś plan. Kiedy go zobaczyłam, moje serce chciało dosłownie wyskoczyć, wręcz rwało się do niego. Potwornie mnie zaskoczył, nigdy w życiu nie spodziewałam się, że stanie w drzwiach mojego skromnego mieszkania. Wkurzył mnie swoją pouczającą gadką, krytyką mojej pracy i miejsca zamieszkania. Justin ma bogatych rodziców, zapewne niczego mu nie brakuje. Ja jestem sama i powinnam być dumna, że w miarę dobrze sobie radzę. Uczciwie zarabiam na życie, odkładam ile mogę i staram się zapewnić Abbey wszystko, co potrzebne. Na razie jest bardzo malutka, wystarczy kilka ubranek, pieluchy i moje mleko. Potem będzie zdecydowanie gorzej, ale na razie nie chcę się tym zadręczać. Coś wymyślę, jakoś się z tego wykaraskam.

Abbey śpi w wózku, włączam telewizor i korzystając z chwili czasu, prasuję ubranka. Towarzystwa dotrzymuje mi Shelly, która wpadła na kawę. Nawija jak katarynka, opowiada o nowo poznanym chłopaku, a ja uśmiecham się pod nosem. Jest taka szczęśliwa, rozemocjonowana, że aż udziela się to mnie i mój humor się poprawia. Lubię Shelly, jest nieco zakręcona, wiecznie rozgadana, ale bardzo pozytywna.
Jej monolog przerywa dzwonek do drzwi. Marszczę brwi, odkładam żelazko i idę otworzyć. Spodziewam się dwóch osób, albo matki, albo Justina. 
Nie mylę się, bo po drugiej stronie stoi chłopak. Nie jestem gotowa na kolejną rozmowę i na pokazanie mu córki. To zdecydowanie za wcześnie, muszę jakoś wybrnąć.
- Wiem, że tam jesteś, Ivy. Proszę, otwórz! - jego głos brzmi ostro i poważnie. W dodatku jest głośny i znając moich szurniętych sąsiadów, zaraz się zlecą i będą gapić jak ciele w malowane wrota. Otwieram, bo nie mam innej opcji - Och, cześć - uśmiecha się szeroko i wręcza mi bukiet pięknych, kolorowych tulipanów. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek dostała kwiaty - Masz chwilę czasu? Chcę pozmawiać.
- Znowu? - burczę pod nosem i wpuszczam go do środka. Kiwa głową, dając mi do zrozumienia, jak bardzo niezadowolony jest z mojego uporu. Prowadzę go do kuchni, wkładam kwiaty do kufla z logiem "Prism" i nalewam wody - Dziękuję za kwiaty, są naprawdę piękne. O czym tym razem chcesz rozmawiać?

- O nas - wzrusza ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - Poświęcisz mi chwilę?
- Poczekaj - zostawiam go, czmycham do pokoju i przymykam drzwi - Shelly, muszę na momencik wyjść, czy mogłabyś zostać z małą? Obiecuję, że to nie potrwa dłużej niż godzinkę. Przyszedł ojciec malej.
- O kurka wodna - wybałusza oczy i zerka w stronę drzwi - Jasne, leć. Nie mam dzisiaj nic do roboty.
- Dziękuję, jesteś kochana - cmokam ją w policzek, Abbey w czoło i wracam do Justina - Możemy pogadać, przejdźmy się - przytakuje głową, opuszczamy moje mieszkanie i powoli idziemy w stronę plaży - Więc?
- Wybacz, zamyśliłem się - chrząka i zerka na mnie przelotnie - Nasza wczorajsza rozmowa nie poszła tak, jak oczekiwałem. Nie powinienem mówić takich rzeczy, za co cię przepraszam. Po prostu boli mnie myśl, że mieszkasz w tak biednym mieszkaniu, bo chciałbym dla ciebie jak najlepiej. Martwię się, Ivy.
- Niepotrzebnie, nie dzieje mi się żadna krzywda. Wiem, że moje mieszkanie nie jest super gniazdkiem, jednak w tej chwili tylko na to mnie stać. Może z czasem dorobię się i będę mogła je zmienić. Teraz musi zostać tak, jak jest - uśmiecham się smutno, a Justin oddycha głośno i kręci głową - O co chodzi?
- O nic, po prostu wciąż nie wierzę, że tutaj jestem, że ty tutaj jesteś. Mam ochotę krzyczeć ze szczęścia, przytulić cię, pocałować - och! Schylam głowę, gapię się w dół i wbijam zęby w wargę. Moje serce przyśpiesza, budzi się do życia jakby doskonale wyczuwało obecność Justina. On naprawdę idzie obok mnie, po długim roku ponownie możemy spojrzeć sobie w oczy, porozmawiać. Jakim cudem do tego doszło?
- Tak, to dość nieoczekiwany obrót sprawy. Myślałam, że raczej nigdy więcej cię już nie zobaczę, a jednak.
- Szukałbym cię do skutku, ja naprawdę kocham cię z całego serca, Ivy - jasna cholera! Zatrzymuję się w połowie kroku, unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Jak to możliwe, że jego, nasze, uczucie przetrwało taki czas? - Wiem, że popełniłem masę błędów, nie zaufałem ci, a powinienem. Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro i przepraszam za to, że cię zraniłem. Nigdy sobie tego nie daruję, ponieważ byłaś dla mnie najważniejsza na świecie - oblizuje usta, niepewnie sięga po moją dłoń i splata nasze place. Natychmiast czuję, jak przez moje ciało przebiegają znajome dreszcze, które zawsze wywoływał dotyk jego skóry - Film, który nagrałem był moją największą pomyłką. Wciąż nie wierzę, że posunąłem się tak daleko, wiesz? - patrzymy sobie w oczy i nie jestem pewna, co widzę w jego własnych. Wyrzuty sumienia, złość, rozczarowanie? - Zachowałem się karygodnie, wiem o tym. Poprosiłem Samuela, żeby dodał ci do drinka narkotyk, żebyś nieco odleciała. To była podła zagrywka, dzięki której miałem nad tobą całkowitą kontrolę - żołądek podjeżdża mi do gardła, zbiera mi się na płacz i muszę przekręcić głowę, aby nie rozkleić się na środku chodnika - Wiedz jedno, biedroneczko. Mimo tego, że na tym nagraniu seks był dość ostry, robiłem to z ogromną miłością i oddaniem. Bylem wkurwiony po tym, co powiedziałaś przy wszystkich i chciałem cię za to ukarać. Mimo wszystko nie potrafiłem być taki, jaki chciałem wtedy być. Zimny, brutalny, nie okazujący krzty uczucia. Jednak patrzyłem na twoją twarz i widziałem ciebie, dziewczynę, którą kocham i która odmieniła moje życie - wreszcie na niego spoglądam, a ten widok mnie zaskakuje. Justin wbija wzrok w dół, a po jego policzkach leją się łzy. Kiedy widzę jego smutek, sama wybucham płaczem i przytulam się do jego ciała. Stoimy na środku chodnika, wtuleni w siebie i oboje płaczemy - P-przepraszam, za to, że cię skrzywdziłem. Będę żałował tego do końca swojego życia - wtula nos w moje włosy i jedyne, co do nas dociera to szmer tętniącego życiem miasta.