piątek, 25 maja 2018

Rozdział ósmy

Ivy POV:
W klubie rozbrzmiewa cicha, zmysłowa muzyka. Dopiero teraz orientuję się, że oprócz dwunastu mężczyzn nie ma dzisiaj więcej gości. W dodatku scena odgrodzona jest od baru i nikt nas nie widzi. To wzmaga mój niepokój i mam koszmarnie złe przeczucia. Anthony mnie okłamał! To wcale nie niewinny pokaz, a zwykłe pieprzenie! Przekonuję się o tym w momencie, w którym dłonie mężczyzny wsuwają się pod moją bieliznę.

- N-nie to miałam dzisiaj robić - odsuwam się od niego, stając na nogach. Zostaje na dole, patrzę na niego z góry i natychmiast się wściekam - Szef powiedział, że to tylko pokaz, bez dotykania. Nie rób tego.
- Naprawdę? - mężczyzna uśmiecha się, rozpina guzik w marynarce i siada w fotelu - W porządku, więc czekam na mój pokaz, ślicznotko. Zacznij - kiwa głową na rurę, która stoi tuż obok mnie. Przełykam ślinę i chociaż nie potrafię tego robić, to zdecydowanie lepsze niż dotykanie. Poruszam się do rytmu wolnej piosenki, przypominam sobie wszystkie ruchy, jakich używa się podczas seksownego tańca i wczuwam się. Idzie mi całkiem nieźle, ocieram się o srebrną rurę, pochylam, a moje włosy opadają w dół. Kiedy się podnoszę, spojrzenie mężczyzny się zmienia. Bezwstydnie dotyka swojego krocza, a widoczna erekcja przebija się przez materiał spodni. Staram się nie zwracać na to uwagi, robię swoje nie patrząc mu w oczy. Odwracam się do niego tyłem i rozglądam po sali. Zamieram, kiedy widzę to, co się dzieje naokoło. Tańczę tylko ja, reszta dziewczyn robi coś zupełnie innego, obrzydliwego! Samira ociera się o krocze swojego gościa, Megan klęczy przed postawnym mężczyzną i rytmicznie porusza głową. Jednak kiedy patrzę na Sandy, mam ochotę zwymiotować. Opiera dłonie na scenie, a długowłosy mężczyzna posuwa ją od tyłu. Ten widok mnie paraliżuje, przerażenie przejmuje każdą cześć mojego ciała i podejmuję ostateczną decyzję. Muszę uciekać! Nie na to się pisałam, dlaczego do cholery Athnony tak perfidnie mnie okłamał?! - Dlaczego przestałaś, hmm? - słyszę szept przy uchu, mężczyzna dociska się do mojego ciała i przygniata do metalowej rury - Widzisz? Inni bawią się zdecydowanie lepiej, a ty nie pozwoliłaś się nawet dotknąć. Cóż, chyba twój szef przekazał ci błędne informacje, ponieważ zapłaciłem za coś więcej, kochanie. I wiesz co? Mam zamiar to dzisiaj dostać - gryzie mnie w płatek ucha, obejmuje w talii i schodzi ze sceny. Siada na fotelu, układa mnie na swoich kolanach i mocno przytula. Jego wargi atakują moją szyję, obojczyki, kierując się na piersi. Szarpię się, wiję na jego kolanach, a z jego ust ucieka seksowny, przeciągły jęk - Och, tak! Podniecasz mnie, jesteś przepiękna - unosi biodra, dociskając swojego kutasa do mojej kobiecości. Ponownie walczę, niestety mam marne szanse. Zakleszczył moje dłonie swoimi ramionami i ociera się o mnie. Mam ochotę strzelić sobie w twarz, jestem taką kretynką! Nie powinnam była ufać Athnony'emu, chociaż nie spodziewałam się, że mnie wykorzysta. Obiecał coś zupełnie innego, a rzucił mnie na pożarcie! - Chcę cię pieprzyć. Wstań, oprzyj dłonie o scenę i pochyl się - puszcza mnie, oddycham z ulgą i dzięki temu, że jestem wolna mam w planach zwiać. Słyszę brzęk rozpinanego paska i po chwili dźwięk rozsuwanego rozporka. Odwracam się, mężczyzna rozpina koszulę rzucając ją na bok. Jego ciało jest dobrze zbudowane, opalone i wytatuowane - Zsuń majtki, reszta ma zostać - wydaje rozkaz, jakbym była jego własnością. Sam szarpie spodnie w dół, szybko dołączają do nich bokserki, a dzięki temu jego nogi są skrępowane. Bez wahania wskakuję na scenę, a mężczyzna zostaje na dole - Wracaj tutaj, ty mała dziwko! Jeszcze z tobą nie skończyłem! - krzyczy niemiłosiernie, dziewczyny patrzą na mnie ukradkiem, a w oczach Samiry widzę przebłysk niedowierzania. Czego się kurwa spodziewała? Że rozłożę przed obcym facetem nogi, bo pieprzony Anthony zabawił się we mną i wcisnął kit o pokazie?
- Ivy! - jego głos roznosi się po korytarzu. Wchodzę do baru, rozglądam się za Cindy i kiedy tylko ją dostrzegam, wpadam w jej ramiona. Przytula mnie mocno głaszcząc po plecach. Nie płaczę, nie rozpaczam, po prostu jestem zszokowana - Co ty tutaj robisz, huh?! - słyszę go tuż za sobą. Nie odwracam się, nie reaguję i wcale nie chcę mierzyć się z jego złością - Dlaczego stamtąd wyszłaś, do cholery?! - podnosi głos, chwyta moje ramię i odwraca mnie w swoją stronę. Jasna cholera, ależ jest wściekły.
- Naprawdę mnie o to pytasz, ty cholerna świnio?! - wrzeszczę jak obłąkana, a moja dłoń spotyka się z jego twarzą. Zaciska szczękę i płonie ze złości. Jest nas dwójka - Nienawidzę cię, rozumiesz?! Okłamałeś mnie, miał być to zwykły pokaz, moja próba, a ty kazałeś mi się z nim pieprzyć?! Zaufałam ci, rozumiesz?!
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać, Ivy. Masz wrócić do gościa, przeprosić i zrobić to, co zechce.
- Pierdol się! Nie jestem twoją dziwką, nie masz prawa do mojego ciała! Nie wrócę tam, zwalniam się!
- Uważaj - wystawia palec na znak groźby i mruży oczy - Nie chcesz mieć we mnie wroga, kochanie. Jedno moje słowo, a jesteś skończona w tym mieście. Chcesz tego? Chcesz wylądować na ulicy z dzieckiem?
- To nie jest twoje zmartwienie, a moje! Nie będę pracować dla człowieka, który jest skurwysynem!
- Ze mną! - wyprowadza mnie z baru, prowadzi do swojego gabinetu i zamyka drzwi - Będziesz dla mnie pracować, bo tego właśnie chcę. Owszem, rzuciłem cię dzisiaj na głęboką wodę, jednak nie mam zamiaru cię niańczyć. Przed odejściem Megan musisz nabrać pewności siebie, umiejętności zadowalania klientów i nauczyć się tańczyć. Nie chcę słyszeć ani jednego słowa sprzeciwu, czy wszystko jest dla ciebie jasne?
- Możesz jedynie pomarzyć, że będę dla ciebie pracować. Widzisz mnie dzisiaj po raz ostatni, nie przekroczę progu tego klubu nigdy więcej! Możesz mówić ludziom na mój temat co tylko chcesz, mam to kompletnie w dupie! - krzyczę prosto w jego twarz, a po chwili czuję pieczenie na policzku. Ouć!
- Zrób to jeszcze raz, a zapierdolę cię gołymi rękoma - na dźwięk jego głosu gwałtownie przekręcam głowę i zszokowana gapię się na stojącego w drzwiach Justina. O mój boże, co on tutaj robi?!




Justin POV:
Nie zastaję Ivy w domu. W drzwiach wita mnie miła dziewczyna, wpuszcza do środka i pozwala przywitać się z moją córką. Jest późno, śpi w swoim łóżeczku i oddycha miarowo. Nie chcę jej przeszkadzać, więc wychodzę i wypytuję Shelly, gdzie jest Ivy. Szybko dowiaduję się, że pracuje dzisiaj na nocną zmianę i dostanę adres klubu. Nie jest daleko, po dziesięciu minutach jestem na miejscu, gdzie wita mnie ogromny, fioletowy neon z napisem "Prism". Wejście okazuje się trudniejsze niż się spodziewałem. Ochroniarz przeszukuje mnie, uważnie taksując wzrokiem moje ciemne jeansy, białą koszulkę i czarną, skórzaną kurtkę. Ostatecznie wpuszcza mnie do klubu, ale wcześniej wciskam w jego dłoń stu dolarowy banknot.
Ivy wspominała, że to nie 
"byle jaki" klub i chyba faktycznie miała rację, skoro trzeba dać w łapę ochronie.
Przemierzam ciemny korytarz i docieram do ogromnej sali, która podzielona jest na dwie części. Bar oświetlają kolorowe światła, a prawa strona zakryta jest czerwoną kotarą. Domyślam się, że zapewne po drugiej stronie odbywa się prywatny pokaz dla jakiegoś bogatego dżentelmena. Prycham pod nosem, kieruję się do baru, a do moich uszu dociera wściekły jak diabli głos Ivy. Nie dowierzam w to, jak jest ubrana, a jeszcze bardziej w to, co krzyczy do mężczyzny. Przyglądam im się z pewnej odległości i koduję w głowie każde słowo. Szybko dowiaduję się o co chodzi, a złość pomieszana z niedowierzaniem buzuje w moich żyłach niczym gejzer. Ivy miała się z kimś pieprzyć?! Co to ma kurwa być?! Czy nie jest barmanką?
Ruszam dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zabiera ją ze sobą. Dziewczyna przy barze zabrania wejść mi do środka, ale ignoruję ją i prawie biegiem przemierzam korytarz. Docieram do drzwi, z których dochodzi kłótnia i bez namysłu wchodzę do środka. Mężczyzna góruje nad Ivy, patrząc na nią jak na swoją własność. 

- Możesz jedynie pomarzyć, że będę dla ciebie pracować. Widzisz mnie dzisiaj po raz ostatni, nie przekroczę progu tego klubu nigdy więcej! Możesz mówić ludziom na mój temat co tylko chcesz, mam to kompletnie w dupie! - krzyczy prosto w jego twarz, a mężczyzna bez wahania ją policzkuje. Szlag!
-
 Zrób to jeszcze raz, a zapierdolę cię gołymi rękoma - zwijam dłonie w pięści, Ivy przekręca głowę i patrzy na mnie zszokowana. Mężczyzna wydaje się być zaskoczony moim widokiem - Chodź tutaj - wystawiam dłoń, Ivy bez namysłu podchodzi i chwyta mnie za ramię - Nigdy więcej nie podniesiesz ręki na moją kobietę, skurwielu - syczę przez zęby, ledwo nad sobą panując. Mam ochotę mu przypierdolić - Jasne?!
- Twoją kobietę? - facet prycha z pogardą i wybucha śmiechem - Czy twoja "kobieta" - robi cudzysłów z palców przy ostatnim słowie i patrzy wprost na mnie - Wspominała, czym zajmuje się w tym klubie? - zachowuję kamienną twarz nie dając mu się sprowokować. Na pewno porozmawiam z nią na ten temat, ale nie dam po sobie poznać, że zasiał mnóstwo wątpliwości - Za czerwoną kotarą, którą zapewne widziałeś, pieprzy się z klientami za grubą kasę - zaciskam zęby i nie wierzę w to, co mówi ten fiut - Co ty na to?
- Gówno! Moja dziewczyna zwalnia się z dniem dzisiejszym i czeka na zaległą zapłatę. Módl się, żebym nie poszedł na policję i nie złożył doniesienia za podniesienie ręki na kobietę - blednie. Przystępuje z nogi na nogę i chrząka - Jestem tego świadkiem, dziewczyna przy barze również, kiedy szarpałeś i spoliczkowałeś Ivy. W dodatku jeśli opowiedziałbym policji do czego ją zmusiłeś, poniesiesz surowe konsekwencje - bingo! Trafiam w sedno, bo facet dosłownie zamiera - Zachowaj się jak mężczyzna z honorem, odczep się od mojej dziewczyny i nigdy więcej nie wchodź mi w drogę. Żegnam! - ostatni raz obrzucam go obojętnym spojrzeniem i wychodzę z gabinetu ciągać za sobą Ivy - Gdzie możesz się przebrać? - wskazuje głową na koniec korytarza, wchodzimy do garderoby i szybko wskakuje w swoje ciuchy. Od razu lepiej - Czy to, co powiedział ten kutas to prawda? Pieprzysz się z klientami? - nie odpowiada, jednak wcale nie musi tego robić. Posyła mi takie spojrzenie, które miażdży moje serce i wyciska je jak cytrynę. Widzę w jej oczach strach, bezradność i zwątpienie. Dostrzegam również kila łez, które spływają po jej policzkach - Okej, zmywajmy się stąd - oddycha głęboko, bierze się w garść i ponownie przechodzimy długi korytarz. Kiedy docieramy do baru, ściska dziewczynę i coś szepcze jej na ucho. Widać, że szokują ją słowa Ivy, bo kręci głową i przykłada dłoń do ust. Żegnają się całusem, zmierzamy do wyjścia, jednak w ostatniej chwili zmieniam plan - Poczekaj na mnie - zostawiam ją przy wyjściu, a sam przechodzę dalej i odsuwam kotarę. To, co widzę wręcz mnie szokuje. Jestem świadkiem orgii. Patrzę na to z niedowierzaniem i przesuwam wzorkiem po zebranych. Każdy pieprzy się z każdym, tworzą trójkąty, czworokąty, a jęki mieszają się ze sobą wypełniając przestrzeń. Nawet nie chcę myśleć, że Ivy była tego częścią. To popieprzone. 


Do domu docieramy w całkowitym milczeniu. Ivy idzie obok mnie, owija się ramionami i patrzy w dół. Nie jest rozmowna, ja również nie wiem, co powiedzieć. Chyba samemu zabrakło mi słów. Nie mam pojęcia,
co wydarzyło się w tym klubie, ale mam złe przeczucia. Czy było to coś, na co Ivy nie miała ochoty?
- Co tutaj robisz? Miałeś przylecieć jutro lub w poniedziałek? - szepcze cicho i otwiera drzwi kluczem.
- Wiem, ale zaliczyłem kolokwium i nie chciałem dłużej czekać. Więc wsiadłem w samolot i jestem.
- Rozumiem - odkłada klucze na małą komodę, zsuwa kurtkę i odwiesza ją na haczyk. Shelly wychodzi z salonu i patrzy na nas zaskoczona - Dziękuję ci, kochana. Dzisiaj skończyłam wcześniej, możesz wrócić do domu - cmokają się w policzki, dziewczyna wychodzi i zostajemy sami. Ponownie zapada cisza, przenosimy się do kuchni, Ivy robi po kubku gorącej herbaty i siedzimy przy stole w milczeniu. Nie chcę na nią naciskać, czekam aż sama zechce mi o wszystkim opowiedzieć. Jak się okazuje, wcale nie muszę na to zbyt długo czekać - Mój szef kilka dni temu zaproponował mi miejsce Megan, jednej z tancerek. Jest w ciąży i musi odejść, a on upatrzył sobie mnie. Wiedział, że tego nie zrobię, bo znał moje zdanie na ten temat. Najpierw zaczął kusić mnie pieniędzmi, a potem posunął się do szantażu. Musiałam brać pod uwagę dobro dziecka i zgodziłam się na próbę wystąpić. Anthony zapewnił mnie, że to tylko pokaz, nic więcej. Jak się okazało, z pokazem nie miało to nic wspólnego, jak sam chyba zauważyłeś, kiedy zerknąłeś za kotarę. Uciekłam, kiedy tylko się zorientowałam, a Anthony wpadł w szał. I tak zostałam bez pracy.
- Pieprzyć pracę, pieprzyć tego sukinsyna! Przecież we wszystkim ci pomogę, tak? - prycha rozbawiona chowając twarz w dłoniach - Jestem ci to winien, ponieważ nie było mnie przy tobie i przy Abbey przez cztery miesiące jak i przez całą ciążę. Pozwól sobie pomóc, Ivy. Błagam cię! Chcę to zrobić, naprawdę.
- Nie chcę od ciebie pieniędzy, Justin. Jestem dorosła, sama muszę zatroszczyć się o własne dziecko.
- Ale to jest też moje dziecko, prawda? Chcę mu zapewnić to, co najlepsze. Musisz się na to zgodzić.
- Okej, niech ci będzie - och! Tak łatwo się zgodziła? - Wiedz, że to pieniądze tylko na nią, Justin. Niebawem znajdę nową pracę i zacznę od nowa. Zależy mi tylko na Abbey, ona jest najważniejsza.
- Zgadzam się, jednak nie mów tak, jakbyś ty nie była. Dla mnie obie jesteście najważniejsze i chcę się o was zatroszczyć. Dlaczego do cholery musisz być tak kurewsko uparta, huh? Nie widzisz, że jest źle? - unosi głowę i posyła mi zdezorientowane spojrzenie - No co? To nie są odpowiednie warunki dla tak małego dziecka, w szczególności wcześniaka. Jest tutaj chłodno, nieprzyjemnie, Abbey może się rozchorować.
- Przestań, Justin. Mieszkam tutaj odkąd uciekłam z San Francisco. Żadna z nas nigdy nie chorowała.
- To wszystko do czasu, Ivy. Proszę, spakuj wasze rzeczy i wracajmy do San Francisco - mruży oczy i już chce coś powiedzieć, ale zasłaniam jej usta dłonią - Powiedziałem rodzicom o Abbey, o tobie - jej oczy są wielkie jak spodki i odchyla się ode mnie - Powiedziałem także Nolanowi i Dylanowi, ale mniejsza o to. Rodzice bardzo chcą cię zobaczyć, Jillian wręcz nie daje mi żyć i wszyscy chcą poznać małą. Czekają na nas w każdej chwili, w dodatku zaproponowali, abyśmy u nich zamieszkali. Mają ogromny dom, Ivy. Cała góra jest praktycznie nieużywana, tylko Jillian ma tam pokój. To jest miejsce dla ciebie i Abbey.

- N-nie mogę, Justin - kręci głową, podnosi się i opiera dłonie na blacie - To wszystko dzieje się za szybko.
- A na co chcesz czekać, huh? Aż Abbey złapie jakąś chorobę, czy może aż ta rudera się zawali, hmm?
- Przestań! Mówisz tak tylko po to, żebym się zgodziła z tobą wyjechać. Nic złego się przecież nie dzieje.
- Faktycznie! Oprócz tego, że warunki mieszkaniowe są koszmarne, twoja praca to porażka, a na dokładkę twój szef, który zmusił cię do tego, czego nie chciałaś. Proszę, nie każ wymieniać mi dalej, biedroneczko.
- I co? Fajnie czujesz się wypominając mi moje błędy? - wymierza we mnie palec i płonie ze złości.
- Kochanie, to nie tak! Niczego ci nie wypominam, ja wiem, że było ci bardzo ciężko samej i za to cię podziwiam. Ale wróciłem do ciebie, chcę otoczyć was opieką i wreszcie wejść w rolę ojca. To źle?
- Nie, Justin, wręcz przeciwnie, to wspaniałe z twojej strony. Po prostu jestem taka zgubiona. Wróciłeś tak nagle, niespodziewanie i wszystkie wspomnienia wróciły. Mam ochotę na ciebie nawrzeszczeć, posłać do diabła za to, co odwaliłeś, ale nie mogę - dyszy ciężko, patrzy na mnie ze smutkiem i wzdycha - Nie mogę, bo moje serce bije dla ciebie i dla Abbey. Wcale nie chcę cię kochać po tych wszystkich potwornościach.
- Kochasz mnie? - robię dwa kroki, ujmuję jej twarz w dłonie, a nasze oczy się spotykają. Nic nie mówi, jedynie lekko przytakuje głową. To, co czuję wręcz rozpieprza mnie od środka. Po dwunastu długich miesiącach ona nadal czuje do mnie to, co ja czuję do niej. Kocha mnie, kurwa mać! - Wiedz, że jestem najszczęśliwszym facetem pod słońcem - pocieram nosem o jej, pochylam się i wpijam w jej słodkie, kuszące usta. Nie opiera się, zarzuca dłonie na moją szyje, staje na palcach i pogłębia pocałunek. Nasze języki pieszczą się wzajemnie, stęsknione, złaknione dotyku - Tak długo na to czekałem - szepczę w jej usta, unoszę ją i wchodzę do małej sypialni, układając ją na łóżku. Nie tracę czasu, rozbieram najpierw siebie, a potem Ivy, chciwie przesuwając wzorkiem po jej idealnym ciele. Całuję jej szyję, obojczyk, piersi i schodzę niżej, napotykając po drodze bliznę. Odznacza się na jej skórze, ale nie wygląda źle. To po prostu kreseczka, pamiątka po przejściu na świat naszego dziecka. Nie wiem dlaczego, ale ta myśl mnie rozczula - Moja piękna - uśmiecham się, unoszę wzrok i spotykam jej wpatrzone we mnie oczy. Nie przerywając tego hipnotyzującego kontaktu rozchylam jej nogi i pieszczę tak, jak lubi. Natychmiast wsuwa palce w moje włosy, zaciska pięści i zagryza wargę, aby przypadkiem nie obudzić śpiącej tuż obok nas Abbey. Idzie jej całkiem dobrze, chociaż wije się pod wpływem pieszczot, próbuje zacisnąć nogi i wreszcie z jej usteczek ucieka przepełniony podnieceniem jęk. Odrywam się od niej, oblizuję usta i podsuwam w górę. Jej policzki pokrywają rumieńce, patrzy na mnie wyczekująco i wygląda tak pięknie! Mam ochotę kochać się z nią dzień i noc, pokazać, jak bardzo ją kocham i jak potwornie za nią tęskniłem - Chcesz tego?
- T-tak - jąka się, przykłada dłoń do mojego policzka i przesuwa palcem po ustach - Bardzo tego chcę.
- Ja też - cmokam jej pulchne usta, odsuwam się i wyjmuję gumkę z portfela. Zabezpieczam się raz dwa, moje dłonie drżą z ekscytacji i wręcz nie mogę doczekać się tego momentu, aż ponownie się połączymy. Kiedy wreszcie gumka jest na swoim miejscu, wracam do niej, wygodnie układając się między jej nogami. Opieram łokcie po bokach jej głowy, muskam jej usta i powoli wślizguję się w jej ciepłe wnętrze. Zaciska się na mnie, przyzwyczaja, a ja daję jej na to kilka sekund. Jest tak dobrze, tak mokro i ciasno! - Tak dobrze być w tobie ponownie, aniołku - uśmiecha się uroczo, układając dłonie na moich plecach.


Budzę się przed Ivy, która jeszcze smacznie śpi. Podnoszę tyłek z łóżka, biorę telefon i sprawdzam godzinę. Jest jeszcze wcześnie, dochodzi dopiero ósma trzydzieści i wpadam na pomysł zrobienia śniadania. Zaglądam jeszcze do Abbey, która wierci się, ale nie budzi. Cmokam ją w czoło i idę do kuchni. Niestety lodówka mojej ukochanej nie zapewnia odpowiednich produktów, więc przed śniadaniem wybieram się po zakupy. Robię je raz dwa i kiedy wracam do domu, rozmyślam nad tym, co nas czeka. Ivy nie może tutaj zostać, nie w tym mieszkaniu. Nie pozwolę, aby przebywała w tak obskurnym miejscu, w dodatku z dzieckiem. Myślę również o jej szefie, a złość rozlewa się po moim ciele niczym mgła. Wciąż ciężko uwierzyć mi w to, do czego próbował ją zmusić. Okłamał ją mówiąc, że to tylko pokaz, a ona miała zadowolić klienta. Kurwa, zrobił z niej dziwkę! Niech to szlag, mam ochotę obić mu za to parszywą mordę. Muszę ją stąd zabrać. Dom moich rodziców idealnie się do tego nadaje i bardzo miło mnie zaskoczyli, kiedy wyszli z taką propozycją. Byli potwornie zaskoczeni wiadomością, że zostali dziadkami. Zaraz po odejściu Ivy wyznałem im, co się wydarzyło i jak ogromny błąd popełniłem. Kazali mi ją odszukać i błagać o przebaczenie. Nasłuchałem się, jaki to jestem nieodpowiedzialny, dziecinny i w głowie mi jakaś zemsta, która nie przyniosła nic dobrego. Doskonale zdawałem sobie sprawę z popełnionego błędu, ale na wszystko było już za późno. Na szczęście Ivy jest znowu obok mnie, na dodatek mamy dziecko, a to wciąż nowa dla mnie sytuacja. Zależy mi na tej dziewczynie i zrobię wszystko, żebyśmy zamieszkali u rodziców.

Robię jajecznicę, tosty i wyjmuję ciepłe bułeczki. Do tego parzę herbatę, nalewam sok pomarańczowy do kubka i wszystko układam na tacy. Powoli człapię do pokoju, uchylam drzwi i uśmiecham się na widok Ivy, która właśnie się przeciąga. To wręcz nierealne, że tak szybko wylądowaliśmy w łóżku. Nie narzekam.
- Dzień dobry, biedroneczko - podsuwa się wyżej, patrzy na mnie lekko zaskoczona i spogląda na tacę, którą ustawiam na jej kolanach - Zrobiłem śniadanie. Mam nadzieję, że wybierzesz coś dla siebie.
- Wow, dziękuję - zawstydza się i odgarnia kosmyk włosów za ucho - Nie ukrywam, jestem mile zaskoczona.
- Kiedy już się stąd wyprowadzimy, będę cię częściej zaskakiwał. Obiecuję - cmokam ją w czubek nosa, przekrawam bułeczkę i smaruję dżemem truskawkowym - A teraz otwórz dla mnie swoje słodkie usteczka.
- Zboczeniec - przewraca oczami, ale posłusznie wgryza się w bułeczkę - Mmm, pycha - ociera usta i upija łyk soku - Wiesz, że jeszcze niczego nie postanowiłam, prawda? Miałeś na mnie nie naciskać.
- Mhm, tak powiedziałem. Jednak sytuacja nieco się zmieniła i nie ukrywam, jest beznadziejna.
- Masz rację, kolorowo nie jest. Jeszcze dzisiaj zacznę szukać czegoś nowego, ale już nie w klubie.
- Niczego nie będziesz szukała, opuszczamy Los Angeles, Ivy - mówię pewnie, zakłada ręce na piersiach i gapi się na mnie - No, co? Nie ma powodu, żebyś została tutaj dłużej. Jesteś wolna, możesz wyjechać.
- Mówiłam ci, że nie jestem jeszcze gotowa na tak wielki krok. Nie wiem, czy właśnie tego chcę, Justin.
- Wiem, skarbie, rozumiem to. Wiedz, że to tylko na pewien czas, aż nie znajdziemy czegoś odpowiedniego dla siebie. Rodzice nas przechowają, nacieszą się wnuczką, tobą, a potem się wyprowadzimy. Zacznę pracować dla taty, zarabiać dobre pieniądze, a ty zajmiesz się naszą małą córeczką. Proste? Proste.
- Właśnie tego bałam się najbardziej - oddycha głęboko i schyla głowę - Że będziesz chciał wziąć wszystko na siebie, a mnie zamkniesz w domu. Problem w tym, że ja też chcę zarabiać pieniądze, Justin.
- I będziesz je zarabiać, jak Abbey podrośnie. Ivy, ona ma tylko cztery miesiące, dociera to do ciebie? Jest strasznie mała, potrzebuje matki obok siebie, przecież wciąż ją karmisz. Nie miałaś wyboru tutaj w Los Angeles i musiałaś pójść do pracy. W San Francisco ja się wami zaopiekuję, a ty powinnaś być z dzieckiem. Nie mówię, że na zawsze, ale do czasu, aż przynajmniej skończy ze trzy lata. To rozsądne, prawda?

- Możliwe, ale ja nie chcę, żebyś mnie utrzymywał! Cholera, to strasznie krępujące i nieodpowiednie. 
- Przestań, nie chcę słyszeć marudzenia na ten temat, wszystko postanowione - mrugam okiem, uśmiecham się i cmokam jej słodkie usta - Zaczniemy wspólne życie we trójkę. Czyż to nie brzmi jak marzenie?
- Owszem, brzmi. Boję się jedynie, że to zbyt piękne, aby było możliwe i ponownie mnie zranisz.
- Przysięgam na wszystko, że nigdy tego nie zrobię. Mam zamiar dotrzymać tej obietnicy, Ivy - układam dłoń na jej policzku i głaszczę czule. Wtula się w nią, zamyka oczy i wygląda jak anioł. Mój anioł.












9 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że Anthony wywinie jakiś numer. Co za perfidny dziad. Dobrze, że Justin się tam zjawił.
    Justin chyba jest w gorącej wodzie kąpany, ale w pełni Go rozumiem. Oby wszystko poszło po jego myśli.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Awwww💕💕 kocham ten rozdział😍😘💕

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko wraca do normy 🐻

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowny rozdział :)
    Anthony zachował się jak skurwiel! Justin powinien obić mu mordę za to. Moim zdaniem Justin powinien zaakceptowac to ze Ivy nie chce wyjechac z nim i nie powinien naciskać sam spieprzył niech teraz płaci za to, zresztą wie ze Ivy ma źle wspomnienia z tamta i do tego jej ojciec wychodzi..
    Ivy powinna go jeszcze potrzymać na dystans po tym wszystkim 😁😉

    OdpowiedzUsuń
  5. Ivy miała duże szczęście że zjawił się Justin.
    Może w końcu stworzą normalną rodzinne.
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale skurwiel z tego Anthonego... ciesze się ze justin wkroczył do akcji szkoda tylko że go nie zabił. ..fajnie ze chce pomóc ale boję się że ojciec Ivy jak wyjdzie to ja znajdzie i będzie chciał się zemścić...

    OdpowiedzUsuń
  7. Justin w końcu wziął sprawy w swoje ręce... Super rozdział 😍😁😚

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham ten rozdział :)

    OdpowiedzUsuń