piątek, 29 czerwca 2018

Rozdział trzynasty


Nie mówię Justinowi o tej wiadomości. Kasuję ją, schodzimy na dół, a na widok dziadków Abbey i Jillian, która robi do niej śmieszne miny, na mojej twarzy pojawia się ogromny uśmiech. To niesamowicie rozczulający widok, Abbey wygląda na zachwyconą, a ja jestem wdzięczna, że może mieć dziadków. Takich prawdziwych, szczerych, dobrych. Którzy pokochają ją, otoczą troską, miłością, bezpieczeństwem. Właśnie tego dla niej chciałam - rodziny. Tego, czego sama nie posiadałam, a co jest najcenniejsze na świecie. Przez pewien czas bałam się, że nasze życie będzie puste, bez bliskich osób. Że Justin wścieknie się na mnie za to, że ukrywałam przed nim prawdę, okłamywałam go i nawet na mnie nie spojrzy. Z tym jakoś musiałabym sobie poradzić, gorzej, gdyby nie zaakceptował swojego dziecka. Abbey nie jest niczemu winna, to dzięki nam pojawiła się na świecie i musimy wziąć za to odpowiedzialność. 


Dziadkowie oferują pomoc przy Abbey. Odciągam trochę pokarmu, a Justin zabiera mnie w tajemnicze miejsce, którego nie chce zdradzić nawet po mojej próbie szantażu. Czekam cierpliwie, a po trzydziestu minutach docieramy do Mori Point. Miejsce jest niesamowite, rozglądam się jak zaczarowana, a mój uśmiech okręciłby się dookoła głowy, gdyby nie uszy. Rany! Co za piękne miejsce. Niewiele w swoim życiu widziałam, nie podróżowałam, ojciec nigdzie mnie nie zabierał. Widok klifu i spienionych fal robi na mnie ogromne wrażenie. Mogłabym zostać tutaj na zawsze i podziwiać ten niesamowity widok.
- Po twoim szerokim uśmiechu wnioskuję, że chyba ci się podoba, co? - szepcze do mojego ucha, przytulając się do mnie od tyłu. Zamykam oczy, delektując się ciepłym wiatrem i jego obecnością.
- Nie spodziewałam się, że zabierzesz mnie w tak wyjątkowe miejsce. Dziękuję, kolejna niespodzianka.
- Jeszcze nie raz cię zaskoczę, biedroneczko. Chciałem, żebyś nieco odpoczęła, odetchnęła świeżym powietrzem i zobaczyła to miejsce. Bardzo lubię tutaj przyjeżdżać, odpocząć od wszystkiego, pomyśleć.
- Tak, to miejsce jest wręcz do tego stworzone. Tak tu cicho, słychać jedynie szum wody. Coś wspaniałego.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. Jesteś podobna do mnie, też lubisz czasami uciec od ludzi, zamieszania.
- Zdecydowanie! Cisza jest lepsza, otula mnie niczym mięciutki kocyk, pozwalając wyłączyć myślenie.
- Nie chcę, żebyś się zadręczała. Masz cieszyć się spokojem, nowym miejscem, naszym nowym życiem.
- Chciałabym, uwierz mi. Mimo to jest jeszcze jedna niedokończona sprawa, która siedzi mi w głowie.
- Tata rozmawiał wczoraj, z kim trzeba - och, odwracam się w jego stronę, obejmuję w pasie i patrzę w te piękne, czekoladowe oczy, w których zakochałam się rok temu - Sprawa z zakazem zbliżania się jest nieco bardziej skomplikowana, niż myślałem. Trzeba udowodnić, że twój ojciec przekracza granicę, że czujesz się przez niego zagrożona. Tata ma znajomego sędziego, ale bez podstaw nawet on nic nie zdziała.
- To oczywiste, że nie są to proste sprawy. Ojciec siedział za przemoc domową, na razie nie pokazuje się na horyzoncie, ale przypuszczam, że nawet nie wie o moim wyjeździe. Kiedy się o tym przekona, wpadnie w szał, jestem pewna. Uderzył mnie ostatnio, ale nikt nie może tego poświadczyć. Nikt nie widział.
- Uderzył cię?! - Justin podnosi głos i chwyta moją brodę - Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej?
- To nie ma znaczenia, nic nowego. Nie miał dla mnie litości w przeszłości i nie mam jej teraz. Cały ojciec.
- Przepraszam, że mnie przy tobie nie było - przytula mnie do siebie, podpiera brodę na czubku mojej głowy i kołysze na boki. Nie chcę, żeby czuł się winny, to nie jest jego wina - Tutaj jesteś bezpieczna, spokojnie. Twój ojciec na pewno cię nie znajdzie, bo niby jak? Od Los Angeles dzieli nas kawał drogi.

- Monica powiedziała mi, że był u niej. Przystawił jej nóż do szyi i wymusił od niej mój adres hotelu.
- Jasna cholera, ten człowiek jest nienormalny. Nie pojmuję, że ktoś wypuścił tego psychola z więzienia!
- Też się nad tym zastanawiam. Niestety on nie odpuści i prędzej czy później wpadnie na głupi pomysł.
- Do tej pory na pewno coś wymyślimy, nie zadręczaj się tym teraz. Dobrze? - odchyla głowę, głaszcze mój policzek i czule całuje w usta - Pragnę, żebyś była szczęśliwa, uśmiechnięta i zadowolona. Jesteśmy razem, Ivy. Po tym wszystkim, co przeszłaś, po tym cholernie ciężkim roku udało nam się zacząć od nowa. Tym chcę się cieszyć, wiesz? Tobą, naszym dzieckiem, nic innego nie dla mnie mnie znaczenia.
- Och, Justin. Nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłam - zarzucam dłonie na jego szyję i zamykam oczy.



Justin POV:
Po dwóch godzinach wracamy do domu. Ivy zaczęła się denerwować i wciąż powtarzała, że ma wyrzuty sumienia, zostawiając Abbey pod opieką dziadków. Tłumaczyłem jej milion razy, że to dla nich przyjemność, chcą się nacieszyć małą, bo czekali na nią od dnia, w którym im o niej powiedziałem. Jednak Ivy nie daje się przekonać, dodając, że jest złą matką. Przewracam oczami i mam ochotę przyłożyć jej w tyłek za takie głupie gadanie. Jest cudowną matką, może sobie mówić, co chce, ale ja wiem swoje. Mógłbym godzinami patrzeć jak ją karmi, tuli do siebie, całuje i grucha. Ten widok jest niesamowicie wyjątkowy i widzę tę miłość, którą ją darzy. Na początku byłem zszokowany, kiedy wyznała, że uciekła z myślą o pozbyciu się dziecka. Nie jestem pewny, jak zareagowałbym na wieść o ciąży rok temu, ale zapewne nie byłbym aż tak gotowy, jak jestem teraz. Wtedy przerosłaby mnie odpowiedzialność, tak nagła zmiana i być może powiedziałbym coś, czego od razu bym pożałował. Ten rok bez Ivy uświadomił mi, że życie bez niej nie jest takie samo. Brakowało mi jej, potwornie tęskniłem, a moja miłość nie słabła, wręcz przeciwnie, to właśnie ona napędzała mnie do działania i postanowiłem skorzystać z usług prywatnego  detektywa. Jej brak uświadomił mi, że tylko przy niej mogę być szczęśliwy, że jest tą jedyną, miłością mojego życia. Nie mogłem się poddać, czekałem cierpliwie i żałuję, że od razu nie trafiłem na Caleba, który jest zajebiście dobrym i rzetelnym detektywem. Gdybym znalazł ją wcześniej, miałbym szansę być blisko i uczestniczyć w rozwoju swojego dziecka. Jednak mama zawsze powtarza mi, że pewne rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. Tłumaczyła, że być może właśnie tak miało być, abyśmy dorośli, spojrzeli na pewne sprawy pod innym kątem. Rok temu moglibyśmy podjąć zupełnie inne decyzje, których teraz bardzo byśmy żałowali. Może wtedy nic by się nie ułożyło, Ivy była zraniona, zagubiona, po próbie samobójczej. Może było za wcześnie na wybaczenie, na nowy początek, na cokolwiek. Te dwanaście miesięcy dało nam po prostu czas, aby pójść dalej, zapomnieć o tym, co bolesne i mieć szansę na nowy, świeży start. Nie zamierzałem tego zmarnować. Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie stracę Ivy.




****
Czas mijał jak w przyśpieszonym tempie. Dzień za dniem przemijał, a ja czułem się, jakbym urodził się na nowo. Przywykłem do życia we trójkę, a raczej szóstkę, ale bardzo mi to odpowiadało. Rodzice pomagali nam, jednak nie wtrącali się i wychowanie dziecka pozostawili nam. Oferowali jedynie pomoc, a my mogliśmy wyjść do kina, na spacer, spotkać się z naszymi przyjaciółmi, którzy byli zachwyceni powrotem  Ivy. Nolan wręcz nie mógł się od niej odkleić, ale tym razem nie zżerała mnie zazdrość. Doskonale wiedziałem, że Ivy kocha tylko mnie i ufałem jej jak nikomu innemu. To była piękna przyjaźń i cieszyłem się, że moi kumple pokochali Ivy. Szkoda, że nie wiedziałem tego rok temu.

Ivy podjęła również kolejną, ważną decyzję. Postanowiła wrócić na uczelnię, z czego byłem niezmiernie dumny. Oczywiście nie na tę samą, na której przeżyła te straszne chwile, ale było ich w okolicy kilka. Zdecydowała się na tę najbliżej naszego domu, od którego dzieliło ją zaledwie piętnaście minut. Była podekscytowana, widziałem ogromny uśmiech na jej twarzy i ogólną zmianę. Była szczęśliwa i można było dostrzec to na pierwszy rzut oka. Na jej policzkach gościły rumieńce, jej ciało nie było już tak wychudzone, ciut przytyła i wyglądała jak moja Ivy sprzed roku. Wszystko szkło w odpowiednim kierunku i to skłoniło mnie do następnego kroku. Potwornie się stresowałem, nie wiedziałem, jak zareaguje Ivy, ale postanowiłem zaryzykować. Wigilia była już jutro, a to była wręcz idealna do tego okazja.



Ivy POV:
Siedzę w ogromnym, przepięknym ogrodzie i popijam kawę. Przed chwilą ulepiłam chyba  milion uszek, razem z mamą Justina i Jillian. Było to strasznie fajne doświadczenie i poczułam magię zbliżających się świąt. To kolejne, które dane będzie spędzić mi z tymi wyjątkowymi ludźmi. Byli dla mnie tacy dobrzy, traktowali wręcz jak swoje trzecie dziecko i uwielbiali Abbey. Czasami kłócili się, kto ma wyjść z nią na spacer lub przewinąć jej pieluszkę, a ja nie mogłam powstrzymać śmiechu. Potem sytuacja się uspokoiła, rodzice Justina wrócili do pracy, Jillian do szkoły i większość dnia spędzaliśmy razem, oczywiście, jeśli Justin nie miał zajęć na uczelni. Na szczęście była przerwa świąteczna i mogłam się nim nacieszyć. 


Kilka razy napisała do mnie Monica. Pytała, jak się czuję, czy wszystko w porządku i czy mała jest zdrowa. Zaczynałam przyzwyczajać się do naszego stałego kontraktu i poniekąd cieszyłam, że stara się być na bieżąco. Zaprosiła mnie nawet na święta do Dubaju, niestety musiałam odmówić. Było jeszcze za wcześnie, poza tym Dubaj jest strasznie daleko, a Abbey zbyt mała na tak długi lot. Obiecałam jej, że pewnego dnia odwiedzimy ją i Amira, ponieważ osobiście chciałam podziękować mu za wsparcie finansowe.
Na szczęście o ojcu było cicho. Od kiedy uciekłam z Los Angeles, nie miałam od niego żadnego znaku, mama również. Pytała mnie kilka razy, czy się odzywał, ale skąd miałby mieć mój numer? Był bez grosza przy duszy, inteligenty też nie był i poczułam się bezpieczniej. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. 


Do ogrodu wchodzi Justin, stawia przede mną talerzyk z ciastem i siada naprzeciwko mnie. Wygląda seksownie w dresowych spodniach, które zwisają z jego bioder i czarnej koszulce na ramiączkach.
- Dlaczego paradujesz tak ubrany? Jest chłodno - unoszę brew, a Justin seksownie oblizuje usta - Hej, no!
- Hej, co? Nie robię nic złego, prawda? - przysuwa się, sunie nosem po mojej szyi i liże ją językiem - Nie jest mi zimno, jestem gorącym chłopakiem, który ma na ciebie ochotę. Wyglądasz pięknie w tej sukience.
- Po pierwsze; w domu jest twoja mama oraz siostra. Po drugie; obok nas właśnie śpi nasze dziecko.
- Na obie rzeczy coś poradzimy, nie martw się. Więc jak? Pozwolisz mi cię porwać na chwilę?
- Musisz wytrzymać do wieczora, kochanie. Na pewno jest jeszcze całkiem sporo pracy przed wigilią.
- Mama zwolniła mnie i stwierdziła, że na razie robimy przerwę. Tata musi dostarczyć resztę zakupów. Poza tym mama przed chwilą powiedziała mi coś, co mi się za cholerę nie podoba - burczy pod nosem i wygląda jak nadąsane dziecko - Quinn będzie - och! - Wręcz sami się wprosili, po prostu bosko! Nie znoszę go.
- Justin, twoja ciocia to siostra twojej mamy, czyli rodzina. Daliśmy sobie radę rok temu, teraz też damy.

- Oni są spoko, ale ten dupek znowu wlepi w ciebie oczy i będzie się gapił jak ciele w malowane wrota.
- Naprawdę się tym przejmujesz? - unoszę palcem jego głowę i cmokam w usta - Kocham tylko ciebie, ten człowiek może się gapić do woli. Spędzimy cudowne święta, nic innego się nie liczy. Czyż nie?
- Masz rację, chrzanić Quinn'a - uśmiecha się, przenosi mnie na swoje kolana i ściska pupę - I tak jesteś tylko moja, on może sobie jedynie popatrzeć, bo nic innego zrobić nie może. A ja mogę, ha!
- Przysięgam, czasami zachowujesz się jak dziecko - chichoczę i czochram jego idealnie ułożone włosy.


Wieczorem po kąpieli przebieram Abbey, zmieniam pieluszkę i czeszę miękką szczoteczką jej ciemne włoski. Jillian leży na brzuchu, macha nogami i wpatruje się w małą jak zaczarowana. Jest niesamowicie słodka, uwielbia się nią zajmować. Nie wszystkie nastolatki lubią płaczące niemowlaki, jednak ona pozytywnie mnie zaskoczyła. Szybko nauczyła się ją przewijać, ubierać i nawet śpiewa jej kołysanki. Jest cudowną ciocią, jak i świetną dziewczyną. Polubiłam ją, ale dzieli nas zaledwie dwa lata.
- Wiesz, Victor ostatnio zaprosił mnie do siebie - zaczyna cicho, niepewnie spoglądając w stronę drzwi - Jesteśmy ze sobą pół roku, chociaż tego nie powiedziałam Justinowi. Jest na niego strasznie cięty i chce wziąć go na przesłuchanie, dasz wiarę? - przewraca oczami i siada po turecku - Zachowuje się gorzej niż tata, on przynajmniej nie robi mi takich akcji. Przesadza, przez co odstrasza mi chłopka, Ivy.
- Tak, rozmawialiśmy o tym, kiedy był u mnie w Los Angeles. Wiesz, jaki jest Justin. Jesteś jego młodszą siostrzyczką, martwi się o ciebie i chroni, niestety przekraczając granicę. Mogę jakoś pomóc?
- Tak, pogadaj z nim i zabroń mu ingerować w mój związek, okej? Mnie nie posłucha, ale ciebie tak.
- Postaram się go nieco przystopować. Cieszę się, że ma na ciebie oko, jednak czasami nieźle go ponosi.
- Tsa! Czasami aż za bardzo. Gdyby wiedział, że idę do Victora i to w dodatku wieczorem, a jego rodziców nie będzie wtedy w domu, chyba urwałby mi łeb. Znając jego, od razu założy, że pójdziemy do łóżka.
- A pójdziecie? - pytam niepewnie i zaciskam usta. Jillian zawstydza się, schyla głowę i bawi się palcami.

- Cóż, możliwe - o kurka wodna! - Chodzimy ze sobą pół roku, na razie nie zrobiliśmy nic więcej oprócz pieszczot, a to z czasem przestaje wystarczać. Mam osiemnaście lat, do cholery. Jestem odpowiedzialna.
- Jeśli jesteście tego pewni, jesteście gotowi, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie. Tylko błagam, zabezpieczcie się - patrzę jej w oczy, jednak nie sądziłam, że będę udzielać jej rad odnośnie seksu.
- Nie obawiaj się, Victor wie co do czego. To nie jest jego pierwszy raz, ale to chyba lepiej. Wiesz, jak to jest, jeśli spotyka się dwóch amatorów w tym temacie. Wolę kogoś, kto ma to za sobą i zna się na rzeczy.
- Kto się, na czym zna? - do pokoju wchodzi Justin, wyciera dłonie w ściereczkę i spogląda na Jillian.
- Victor - odpowiada pewnie, a mój chłopak się krzywi, jakby zjadł cytrynę. Chyba naprawdę będę musiała na poważnie z nim porozmawiać i poprosić, aby wyluzował - Świetnie zna się na przyrządzaniu krewetek. Kocham krewetki, są przepyszne! - zaciskam usta i próbuję nie wybuchnąć śmiechem. Boże, co za cyrk.
- Poważnie? Pierwsze słyszę, siostrzyczko. Mama kiedyś zrobiła, to plułaś chyba z pół godziny. Dziwne.
- Wcale nie, dobra? Victor robi wyśmienicie i dlatego je polubiłam. Zresztą, i tak się na tym nie znasz.
- Ale znam się na innych rzeczach - porusza brwiami, siada za mną i przytula się do moich pleców - Prawda, skarbie? Mogłabyś jej udzielić kilku cennych rad, ale jest na to zdecydowanie za młoda.
- Och, goń się! Nawet nie zaczynaj - karci go spojrzeniem, podnosi się i wychodzi z naszego pokoju.
- Auć, co ona taka drażliwa, hmm? - muska mój kark i muszę przyznać, że jest to bardzo przyjemne.
- Ma okres, nic wielkiego - wzruszam ramionami, na szczęście Justin już nie drąży tematu - Muszę nakarmić małą, prawie zasypia - Justin wzdycha ciężko, niechętnie się ode mnie odkleja i kiedy układam się wygodnie, robi to samo i wlepia we mnie wzrok - Czy patrzenie to twoje nowe hobby, kochanie?
- Owszem, uwielbiam na ciebie patrzeć, kiedy karmisz Abbey. Zakochuję się w tobie wciąż na nowo.
- Nie wiedziałam, że tak można. Wychodzi więc na to, że ja również zakochuję się w tobie na nowo.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo mnie to cieszy - mruga okiem, cmoka mnie w nos i skupia uwagę na dziecku.


Po odprężającym prysznicu, pod którym Justin nawet mnie nie dotknął, co jest bardzo dziwne i nie w jego stylu, myję zęby, wklepuję w twarz odrobinę kremu i rozczesuję wilgotne włosy. Kiedy wchodzę do pokoju, zastygam w miejscu. Justin stoi na środku, nagi i patrzy na mnie jak na zwierzynę do upolowania. Natychmiast się zawstydzam i ściskam w palcach biały ręcznik. Znam ten wzrok i doskonale wiem, co zwiastuje. Jest napalony, a ja go dzisiaj solidnie przetrzymałam. Czuję, że mi się za to oberwie!
- Załóż to - podaje mi cieniutki materiał, marszczę brwi i uważnie mu się przyglądam. Jestem nieco zaskoczona, bo jest to prześwitująca, biała koszulka. Jest bardzo delikatna i miła w dotyku. Posłusznie zrzucam ręcznik, zakładam ją na siebie, a Justin mruży oczy - Hmm, muszę przyznać, że wyglądasz obłędnie - przechyla głowę i ogląda mnie uważnie - Kiedy zamieszkamy sami, będziesz spała w takiej codziennie - och! W życiu! Jest bardzo kusa, praktycznie nic nie zakrywa i ma wycięcie na pupie!
- Na takie atrakcje musisz sobie zasłużyć - chichoczę, ale jemu do śmiechu nie jest. Wow, cóż za powaga.
- Zasłużę, nie obawiaj się - uśmiecha się chytrze, wygodnie układa na łóżku i kiwa palcem, abym do niego podeszła. Człapię przez pokój i po kilku krokach stoję przed nim. Pociąga mnie za dłoń, sadzając na sobie - Nie zdejmę jej dzisiaj, jest niesamowicie seksowna - szepcze cichutko, czuje jego ciepły oddech na skórze i dłonie, które układa na moich biodrach - Kazałaś mi dzisiaj czekać cały dzień, nie myśl, że tak szybko z tobą skończę - jednym ruchem przerzuca mnie na plecy i całuje zachłannie.


Rano budzi mnie cichy dźwięk przychodzącej wiadomości. Uchylam powieki, przecieram oczy i spoglądam na Justina, który wciąż śpi, tak samo, jak Abbey. Biorę telefon ze stolika, ziewam i odblokowuję wyświetlacz. Nie znam numeru, jest mi nieznany i myślę, czy to przypadkiem nie kolejna reklama. Kiedy przesuwam wzrokiem po treści, serce podskakuje mi do gardła i gwałtownie siadam. To on.

     Witaj, córeczko.
Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo za tobą tęsknię. Wiesz, rozczarowałaś mnie swoją ucieczką. Czyżby nasze spotkanie po latach nie przypadło ci do gustu? Wybacz, gwiazdeczko, następnym razem postaram się bardziej.
Wesołych Świąt, kochanie! 
 

Gapię się w telefon i przykładam dłoń do serca. Nasze następne spotkanie? Czułam, że nie odpuści i nie mam pojęcia, skąd zdobył mój numer. Czy to znaczy, że zna również miejsce mojego pobytu? 





************************************
Hello :)
Przypominam, że jutro i w niedzielę pojawią się dodatkowe rozdziały na obu opowiadaniach :)
Dziękuję tym, którzy oddali głos na Show Me The Way.
Całusek dla każdego z osobna :*

Ściskam
Kasia





piątek, 22 czerwca 2018

Rozdział dwunasty

Nie wiem, ile mija czasu, zanim wreszcie biorę się w garść i otwieram drzwi. Na szczęście to tylko obsługa hotelowa, a dokładniej młody chłopak, który usłyszał hałas i postanowił to sprawdzić. Przepraszam go, zrzucam winę na zbyt głośną muzykę, chociaż mam ochotę dziękować mu za to, że postanowił przerwać mój koszmar. Gdyby nie on, nie wiem, ile trwałoby nękanie ojca. Mam wrażenie, że dopiero się rozkręcał.

Odkładam Abbey do leżaczka i włączam karuzelę. Kiedy ona próbuje złapać króliczka, ja wysilam się i staram się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Za nic w świecie nie mogę tutaj zostać, inaczej ojciec wróci i stanie się coś o wiele gorszego. Nie oszczędzi mnie, tym bardziej Abbey i zapewne skończę podobnie, jak w dzieciństwie. W dodatku jestem dorosła, a ojciec chętnie sprzeda mnie do pierwszego z brzegu burdelu, aby tylko zarobić parę dolców. I mimo tego, że przeraża mnie jeszcze bardziej niż sześć lat temu, nie pozwolę mu ponownie wkroczyć do mojego życia i zrobić z niego piekło. Już dość się wycierpiałam, chcę być szczęśliwa, przestać się w końcu bać. Czy kiedykolwiek się od niego uwolnię?


Kiedy w miarę się uspokajam, postanawiam zadzwonić do Justina. Może on wpadnie na jakiś pomysł?
- Hej, biedroneczko! Właśnie miałem do ciebie dzwonić i powiedzieć, że będę o północy. Cieszysz się?
- O-oczywiście, że się cieszę. Bardzo za tobą tęsknię i potrzebuję cię, Justin. Cholernie się boję.
- Boisz? Ale czego? Chyba nie tego, co nas wspólnie czeka, prawda? Obiecuję, że sobie poradzimy.
- Nie, nie o to chodzi. Boję się ojca - kiedy tylko wypowiadam ostatnie słowo, słyszę, jak głośno wciąga powietrze - Był u mnie dzisiaj i groził, że zrobi mi krzywdę, jeśli nie dam mu stu tysięcy. Oszalał!
- Co takiego?! - wrzeszczy, aż muszę odchylić telefon od ucha. Coś stuka w tle, puka i strzela - To są chyba jakieś jaja! Ten człowiek nie ma za grosz wstydu, żeby po tym wszystkim do ciebie przychodzić!
- W-wiem, ale nie chcę się tym teraz przejmować. Będzie tutaj jutro, a ja nie chcę go widzieć. Jeśli zostanę w hotelu, dorwie mnie i Abbey. On mówił straszne rzeczy, wiesz? Że sprzeda moje ciało! Że jestem mu winna mnóstwo pieniędzy za to, że mnie wychował. Nie zmienił się, jest przerażający! Boję się!
- Ciii, obiecuję, że nie dotknie was nawet palcem. Będę u ciebie za kilka godzin, pozamykaj wszystkie drzwi, te od tarasu również i miej przy sobie telefon. W razie czego masz natychmiast dzwonić na recepcję lub policję, dopóki nie dotrę na miejsce. Zabiorę was stamtąd, Ivy. Wracamy do San Francisco.
- Tak, chciałam ci to powiedzieć w cztery oczy, ale chrzanić to. Muszę wyjechać jak najdalej od niego.
- I tak właśnie zrobisz. Nie obawiaj się, mój tata jest adwokatem, ma mnóstwo kolegów po fachu, jak i w policji. Jeśli będzie taka potrzeba, załatwimy zakaz zbliżania się do ciebie. To go przyhamuje.
- Wątpię, aby cokolwiek go przyhamowało. Mam wrażenie, że on jest chory psychicznie, Justin. Wspominał moje dzieciństwo to, co mi robił. Nawet przypomniał mi jego ulubioną zabawę w podduszanie.
- O czym ty mówisz, Ivy? Jego ulubioną zabawę? W podduszanie? Chcesz powiedzieć, że cię dusił?!
- Tak, odcina dopływ tlenu, aż prawie tracę przytomność, a potem przestaje i zaczyna zabawę od nowa.
- Jezu, to chore! Teraz wiem, że bez zakazu się nie obejdzie. Zaraz zadzwonię do taty i pogadam z nim.
- Nie chcę, żeby twoi rodzice patrzyli na mnie jak na wariatkę. Nie chcę, żeby ojciec tam dotarł! On znajdzie mnie wszędzie, gdziekolwiek nie ucieknę! Boże, ja nie mogę u ciebie zamieszkać, Justin.
- Musisz! Nie chcę słyszeć ani słowa na ten temat, Ivy. Nie będę się z tobą kłócił, w dodatku przez jebany telefon! Jestem zdenerwowany, nie każ mi się wkurzyć jeszcze bardziej i po prostu spakuj siebie, Abbey i czekaj na mnie. Zaraz zarezerwuję lot dla naszej trójki, a kiedy tylko dotrę, zmienimy hotel.
- N-nie wiem, co mam robić - schylam głowę, przykładam dłoń do ust i czuję ciepłe łzy na policzkach. To dla mnie zbyt wiele, wszystko wraca od nowa i ponownie muszę się bać. Dlaczego, teraz kiedy poszłam do przodu, Justin wrócił, Abbey ma ojca i szansę, żeby dorastać w normalnych warunkach, wśród dobrych i życzliwych osób? - Nawet nie wiem, jak udało mu się mnie znaleźć! Przecież siedział w Green Village.
- Mało mnie to obchodzi, kochanie. Postaram się, żeby ten człowiek trzymał się z dala od mojej dziewczyny i córki. Tata naprawdę ma niezłe wtyki, pogada, gdzie trzeba i uda mu się zdobyć nakaz.
- Nie rozumiesz, że mojego ojca nie powstrzyma głupi papierek? Ten człowiek rości sobie do mnie prawo, uważa, że jestem jego własnością i może zrobić ze mną, co tylko zechce. Mogę mieć tysiąc zakazów.
- Nikt nie ma do ciebie żadnych praw, jesteś dorosła i ty decydujesz o własnym życiu. Jeśli tego nie rozumie, trzeba będzie mu to przekazać. Proszę, pozamykaj się i czekaj na mnie, dobrze? Niestety nie znalazłem lotu na wcześniejszą godzinę, co teraz cholernie utrudnia sprawę. Miejmy nadzieję, że ten frajer naprawdę przyjdzie jutro i nie zmieni nagle zdania. A jutro już nas tam nie będzie.


Czas dłuży się niemiłosiernie. Każda sekunda, minuta, godzina to wieczność! Pozamykałam wszystkie drzwi na każdy zamek, pozaciągałam rolety, trzymam telefon blisko siebie i nie wychylam nosa z domu. Na wszelki wypadek powiadomiłam portiera, aby od razu dał mi znać, jeśli przyjdzie do mnie starszy mężczyzna i pod żadnym pozorem nie wpuszczał go do mnie. Wpisał go na czarną listę i obiecał, że zatrzyma go ochrona, jeśli będzie się awanturował. Trochę mnie to uspokoiło, chociaż każdy hałas w pobliżu przyprawiał mnie o ciarki. Modliłam się, żeby Justin już dotarł i czekałam na niego jak na zbawienie. Co rusz spoglądałam na zegarek, chodziłam tam i z powrotem i wreszcie się doczekałam. Piętnaście minut po północy Justin pojawił się w drzwiach domku, a ja wpadłam w jego ramiona i rozpłakałam się jak dziecko. Długo nie mogłam dojść do siebie, jednak poczucie bezpieczeństwa i jego dłonie skutecznie odgoniły strach. Przynajmniej chwilowo.

Spakowałam wszystkie rzeczy, których było całkiem sporo. Justin decyduje, że połowę zostawimy, w tym łóżeczko, wózek i większe rzeczy. Zabieramy ubrania, rzeczy Abbey i opuszczamy hotel. Nie wiem, czy Justin ma jakiś plan, ale jedziemy w stronę lotniska. Och, czyżbyśmy wylatywali już teraz?
- O czwartej trzydzieści mamy lot - a jednak! - Udało mi się zarezerwować najbliższy, ale nie ma na co czekać. Nie mam zamiaru narażać cię nawet na minimalne niebezpieczeństwo. Myślisz, że Abbey dobrze zniesie lot? Trwa zaledwie godzinę z hakiem - spogląda na nią, śpi w foteliku, wyglądając jak aniołek.
- Mam nadzieję, że tak. Jest jeszcze malutka, sporo śpi i jeśli nie jest jej mokro i jest najedzona, reszta świata mało ją obchodzi - uśmiecham się i przytulam do jego ramienia - Mamy jeszcze trzy godziny.
- Planowałem pojechać do innego hotelu, ale nie widzę sensu. Poczekamy na lotnisku, szybko zleci, a potem będziemy daleko stąd. Akurat zdążymy coś zjeść i nakarmisz małą przed lotem, Może tak być?
- Jasne, skarbie - cmokam go w usta, przytrzymuje pocałunek i przytula mnie do siebie mocno.


Trzy godziny mija szybciej, niż się tego spodziewałam. Raz dwa przechodzimy przez odprawę, wsiadamy na pokład, zajmując swoje miejsca. Ja siadam pod oknem, Abbey układamy w środku, a Justin od strony przejścia. Kto by pomyślał, że zaledwie rok później będę wracać w to samo miejsce, z którego przyszło mi uciekać? Obiecałam sobie, że moja noga nigdy nie postanie w San Francisco, a sama podjęłam decyzję o powrocie. Jednak sytuacja bardzo się zmieniła i nie chodzi tylko o mój bunt i udowodnienie Justinowi, że wcale nie muszę się przeprowadzać. Chodzi o nasze dziecko, które może ucierpieć przez swojego szurniętego dziadka. Nikt nie powinien był wypuszczać go z więzienia. Dobre sprawowanie nie ma tutaj nic do rzeczy, wyrok to wyrok i powinien odsiedzieć go w całości, w szczególności za znęcanie się nad własnym dzieckiem. Czy ktokolwiek przebadał jego stan psychiczny? Czy nie zachowywał się tak podczas odbywania kary? Cholera, jest dobrym aktorem i mógł ich wszystkich oszukać, robić dobrą minę, być potulny jak baranek i czekać na swoją szansę. Doczekał się, wyszedł i od razu mnie odwiedził. Jakim cudem wiedział, gdzie się znajduję? Nie jest sprytny, nie posiada znajomości i pieniędzy, więc jak?! 

Na lotnisku w San Francisco lądujemy kilka minut po szóstej rano. Abbey na szczęście przetrwała lot bez pobudek, nadal śpi i ja również marzę o kawałku łóżka. Odbieramy bagaże, kierujemy się w stronę wyjścia, a na parkingu czeka na nas tata Justina oraz Jillian, na której widok jestem nieco zaskoczona.
- Ivy! - jej głos brzmi płaczliwie, rzuca się na mnie i przytula do siebie - Tak bardzo się cieszę, że do nas wróciłaś. Boże, tak się martwiłam, kiedy Justin opowiadał o tym, co cię spotkało. Wszystko okej?
- Tak, wszystko okej, siostrzyczko. Ivy jest zmęczona, jedźmy do domu. Wyśpicie się, to pogadacie, tak?
- Jasne - ociera łzy, siada ze mną na tylnym siedzeniu, a Justin przypina fotelik - O rany, nie wierzę, że mój brat ma dziecko. Jest taka śliczna i mała. Mogę dotknąć jej rączki? - patrzy na mnie niepewnie, przytakuję głową i wreszcie chwyta małą rączkę Abbey - Mama oszaleje, jak ją zobaczy. Jest urocza, taka drobinka.
- I podobna do ciebie, synu - tata Justina spogląda z siedzenia kierowcy i posyła mi spojrzenie pełne rozczulenia - Dobrze cię widzieć, kochanie. O nic się nie martw, u nas będziecie bezpieczne. 


Docieramy na miejsce w momencie, w którym moje oczy zaczynają się zamykać. Tata Justina parkuje przed domem, z którego wychodzi znajoma mi już kobieta i zapala światło na werandzie. Wychodzę z samochodu, Justin bierze fotelik z Abbey, a jego tata walizki. Czuję się trochę niepewnie. Widziałam jego rodziców zaledwie dwa razy, w tym spędziłam z nimi przecudowne i najlepsze święta w moim życiu. Mieszkanie pod jednym dachem to jednak ciut inna sprawa i ciekawa jestem, jak to będzie wyglądać.
- Och, Ivy - mama Justina tuli mnie do siebie, troskliwie głaszcząc po plecach. Mam ochotę rozpłakać się, chociaż nie mam na to najmniejszych sił. Jej ramiona coś we mnie odblokowują i czuję się, jakbym wróciła do domu, a nie do prawie obcych mi ludzi - Cieszę się, że znowu jesteś z nami, kochanie. Justin potwornie za tobą tęsknił - szepcze mi na ucho, a ja uśmiecham się lekko - Był zdruzgotany twoim odejściem, a my załamani jego dziecinnym zachowaniem. Jestem ci wdzięczna, że zdołałaś mu to wybaczyć.
- Kocham go - odsuwam się lekko i ściskam jej dłoń - Było między nami różnie, ale wychodzimy na prostą.
- Teraz będzie już tylko lepiej, wejdźmy do środka. Koniecznie muszę poznać moją wnuczkę - klaszcze w dłonie, wchodzimy do domu i natychmiast czuję tę domową, rodzinną atmosferę. Mogłabym ją chłonąć garściami! - Och, słodki Boże! Ależ to cudo! - szepcze ze łzami w oczach, kuca przy foteliku i patrzy na Abbey, jak zaczarowana - Jakaś ty śliczna - dotyka jej rączki, nóżki i kręci głową, jakby nie dowierzała, że naprawdę tutaj jest - Jest taka podobna do Justina, ma nawet jego ciemne włoski i mały nosek.
- Mamo - Justin burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Ja wiem, że jestem super przystojnym gościem, ale ledwo stoję i marzę o odrobinie snu. Dochodzi szósta rano, możemy przełożyć to na potem?
- Oczywiście, syneczku! Uciekajcie się położyć, wasz pokój jest gotowy, ale możecie zmienić wszystko, co nie przypadnie wam do gustu. Ivy - podchodzi i bierze moje dłonie w swoje - Czuj się jak u siebie w domu, bo od dzisiaj jest to twój dom. Twój i Abbey. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że tutaj jesteście.
- Dziękuję - gula w gardle ledwo pozwala mi mówić i nim się orientuję, wybucham płaczem. Boże, ci ludzie przyjmują mnie pod swój dach, traktują jak rodzinę, oferują pomoc. Mogę na nich liczyć, a nigdy nie mogłam liczyć na własnych rodziców, którzy odrzucili mnie od siebie i mój los był im obojętny.
- Kochanie, proszę, nie płacz. Chodźmy się położyć - Justin obejmuje mnie ramieniem, prowadzi na górę i otwiera drzwi na końcu korytarza - To nasza sypialnia, a pokój obok będzie pokojem Abbey, jak odrobinę podrośnie - ocieram policzki i rozglądam się po ogromnym, jasnym wnętrzu. Na środku stoi ogromne łóżko, na jednej ze ścian jest rząd białych szaf, a po przeciwnej stronie okna od sufitu aż pod podłogę. Naprzeciwko łóżka stoi szary narożnik, dwa fotele i stolik do kawy, a obok łóżka przepiękne łóżeczko - Mam nadzieję, że ci się podoba. Jeśli nie, możesz urządzić wszystko po swojemu. Rodzice dali nam wolną rękę.
- Nie chcę nic zmieniać, przecież tutaj jest niesamowicie, Justin. Tak jasno i przestronnie. Pięknie!
- Świetnie, że ci się podoba. Jakoś nie mam ochoty na remont - porusza brwiami, podchodzi i przytula mnie do siebie - No i proszę, nareszcie mam cię tylko dla siebie, biedroneczko. Wróciłaś tutaj, a ja nigdy cię już nie wypuszczę. Zaczynamy życie we trójkę, tak jak powinno być. Co ty na to, hmm?
- Jestem bardzo szczęśliwa. Pokazałabym ci nawet jak, gdybym nie była taka zmęczona, więc wybacz.
- Wybaczam, co nie znaczy, że nie odbiorę sobie tego później. A teraz wskakuj w piżamę i do łózka.




Justin POV:
Budzę się kilka minut po dziesiątej. Ivy nadal smacznie śpi, Abbey również, więc czmycham po cichutku i schodzę na dół. Ziewam przeciągle, drapię się po brzuchu i wchodzę do kuchni, w której moja rodzinka jest już w gotowości. Ich spojrzenia wręcz mnie przewiercają! Jezu, zaraz się zacznie.
- I co, i co? - Jillian wierci się na krześle i patrzy na mnie maślanym spojrzeniem - Co Ivy powiedziała?
- Była zachwycona, siostrzyczko, i nie zamierza nic zmieniać. Idealnie trafiłyście w jej gust, gratulacje.
- Wiedziałam! - klaszcze w dłonie i spogląda na mamę - Ivy lubi stonowane kolory, czułam to w kościach!
- Jesteś niemożliwa, Ji. Serio - przewracam oczami, siadam na krześle i nalewam kawy do filiżanki.
- Powinieneś zanieść Ivy śniadanie do łóżka - prawie krztuszę się kawą. Patrzę na tatę lekko zszokowany, wzrusza ramionami i posyła mi chytry uśmieszek - No, co? To będzie z twojej strony miły gest. Wiem, co mówię, zaufaj mi. Dawno, dawno temu, też nosiłem twojej mamie śniadania do łóżka. Pamiętasz, dzióbku?
- Oczywiście, krasnalku - zaciskam usta i jeszcze chwila, a uduszę się ze śmiechu - Jesteś romantykiem.
- Okej, dość tych słodkości, bo zaraz mnie zemdli - podnoszę tyłek, podchodzę do lodówki i myślę, co przygotować na śniadanie dla mojej ukochanej. Cholera! Czyż to nie wygląda jak sielankowe życie?
- Pomogę ci, synku - mama zabiera się do pracy, ja nalewam kawę, trochę soku pomarańczowego i układam na tacy. Po chwili mama stawia na niej talerzyk z tostami, dżemem truskawkowym domowej roboty i pyszną jajecznicą z szynką i szczypiorkiem - Wiesz, tak się dzisiaj z tatą zastanawialiśmy - oho! Patrzę raz na mamę, raz na tatę i coś mi tu nie pasuje - Wiemy, że jest jeszcze zbyt wcześnie, to zrozumiałe, ale jak ma się dziecko, życie wygląda nieco inaczej - marszczę brwi, wkładam do ust trochę jajecznicy i czekam na puentę tej wypowiedzi - Chodzi nam o to... - chrząka, miętosi w palcach chusteczkę i bierze głęboki oddech - Okej, walnę prosto z mostu. Czy myśleliście albo w ogóle bierzecie pod uwagę ślub?
- Ślub? - ledwo przełykam jajecznicę, którą muszę popić sokiem. Jasny gwint - Zaskoczyłaś mnie, mamo.
- Wiem, synku, wiem! Nie myśl sobie, że naciskamy czy coś, to czysta ciekawość nic więcej.
- Nie pomyślałem, że naciskacie, spokojnie - uśmiecham się i przelotnie ściskam jej dłoń - Ja wiem, że chcecie dobrze i myślicie o naszej przyszłości. Oczywiście macie rację, Abbey powinna wychowywać się w pełnej rodzinie, a skoro oboje z Ivy jesteśmy katolikami, ślub to raczej normalna sprawa. Chodzi o to, że chyba jest za wcześnie na tak poważną decyzję - drapię się w kark i patrzę na nich niepewnie.
- Wasze życie dopiero się układa. Rozstaliście się, ponownie jesteście razem no i macie dziecko. Dajcie sobie po prostu czas, a na pewno wszystko poukłada się odpowiednio i wtedy pomyślicie, co dalej.
- Tak, to dobra kolejność. Nie chcę przestraszyć Ivy. Już sama przeprowadzka to dla niej ogromny krok naprzód, bo uciekając stąd, wcale nie miała zamiaru wracać. Oswoi się z otoczeniem, zadomowi u nas i potem zobaczymy. Co nie zmienia faktu, że bardzo chciałbym, aby pewnego dnia została moją żoną.
- Och, syneczku! Dobrze cię wychowaliśmy - mama przytula mnie do siebie i głaszcze czule po plecach.
- Wiem, staram się być dobrym synem. Nie zawsze mi to wychodzi, ale uczę się na własnych błędach.
- I to jest najważniejsze. Bądź dla niej dobry, zasługuje na to. Jest wspaniałą, dzielną dziewczyną.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo - wzdycham ciężko, biorę tacę i wchodzę na górę. Myślę nad tym, co powiedziała mama i muszę przyznać, że dała mi sporo do myślenia. Wcześniej ten pomysł nawet nie przyszedł mi do głowy, jednak teraz tak łatwo się go nie pozbędę. Czy powinienem oświadczyć się Ivy? Kocham ją, ona kocha mnie, w dodatku mamy maleńką córeczkę, która powinna mieć moje nazwisko. A jeśli Ivy się nie zgodzi i da mi kosza? Moje biedne serce nie zniesie tego zbyt dobrze - Och, obudziłaś się. Świetnie - zamykam za sobą drzwi i stawiam tacę na jej kolanach - Mam dla ciebie coś pysznego, na pewno jesteś głodna - przeciąga się, sięga po sok i upija kilka łyków - Mój piękny, rozczochrany potworku.
- Serio, potworku? - mruży oczy i szturcha mnie w ramię - Bardzo miły początek dnia. Śniadanie?
- A dlaczego nie? Mam zamiar cię rozpieszczać, zasłużyłaś na to. Wcinaj, dopóki Abbey jeszcze drzemie.
- Tak, to świetny pomy... - nie kończy, bo nasza kruszyna właśnie zaczyna marudzić - No cóż, moje śniadanie musi poczekać. Możesz mi ją podać? - sięgam do łóżeczka, całuję ją w czoło i podaję Ivy. Kiedy ona ją karmi, ja karmię ją. Łyżeczka po łyżeczce i jajecznica szybko znika. 


Po śniadaniu bierzemy wspólny prysznic. Abbey wylądowała w ramionach dziadków i Jillian, a my mamy czas dla siebie. Cholernie za nią tęskniłem, a teraz mam ją w swoich ramionach w dodatku całkowicie nagą, mokrą, śliską. Moje dłonie błądzą po jej idealnym, miękkim ciele, delektuję się jej skórą i wcieram w nią pachnący olejek, który kupiła dla niej Jillian. Odchyla głowę, oddaje się w moje ręce i korzysta z masażu. Bardzo mi jej brakowało i chyba nie odkleję się od niej przez kolejne kilka dni.
- Jestem taki szczęśliwy, że mam cię obok - odwraca się nagle, zarzuca dłonie na moją szyję i składa na moich ustach namiętnego buziaka. Jej język napiera na mój, przygryza koniuszek i świetnie się bawi. Jej nieśmiałe ruchy działają na mnie jak diabli, a po chwili ledwo już nad sobą panuję. Mam ochotę po prostu się z nią kochać, bez żadnych gierek czy wstępów - Pragnę cię, Ivy - mówię wprost w jej kuszące usta.
- Więc na co czekasz? - odrywa się ode mnie, odwraca i opiera dłonie na białych płytkach. O, cholera!
- Jesteś niesamowita, wyjątkowa, jedyna - dociskam się do jej ciała, dotykam w ulubionym miejscu i pieszczę tak, jak lubi. Porusza biodrami, dopasowuje się do moich ruchów, a z jej usteczek uciekają niesamowicie pobudzające dźwięki - Czułości zostawimy sobie na wieczór, teraz nie jest na nie odpowiedni czas - zabieram palce i wślizguję się do środka. Mam ochotę krzyczeć, jest tak dobrze, ciasno, mokro. Kocham Ivy, uwielbiam się z nią kochać i zrobię wszystko, aby była tutaj szczęśliwa i bezpieczna.



Ivy POV:

Po prysznicu i seksie przebieram się w czarne legginsy i białą bluzeczkę. Justin został pod prysznicem, śpiewa głośno, a ja układając narzutę na łóżku, myślę o pewnej istotnej sprawie. Skoro moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, będę musiała odwiedzić ginekologa i pomyśleć o antykoncepcji. Stosunek przerywany to nie jest najlepsza metoda. Do tej pory się tym nie przejmowałam, teraz trzeba to zmienić.

Moje porządki przerywa dźwięk przychodzącej wiadomości. Biorę telefon ze stolika nocnego, a na wyświetlaczu ukazuje się numer mojej... mamy. Chyba naprawdę chce utrzymać ze mną kontakt.


  Ivy, jeśli nadal jesteś w hotelu, błagam cię, uciekaj!
Nie wiem jakim cudem ojciec mnie znalazł, nie chciał mi tego powiedzieć. Zmusił mnie, żebym powiedziała mu, gdzie mieszkasz. Przyłożył mi nóż go gardła, skaleczył mnie i wrzeszczał, że mnie zabije. 
Wybacz mi, musiałam. Kocham Amira, chcę żyć dla niego.
Uciekaj jak najdalej, córeczko. 
Ten człowiek to potwór.


Siadam na łóżku, gapię się w telefon i nie wierzę w to, co przeczytałam. Wszystko stanie się jasne, skąd ojciec wiedział o miejscu mojego pobytu. Wymusił to na Monice, przykładając jej nóż do gardła. Skoro posunął się tak daleko, co powstrzyma go przed dotarciem do mnie i dotrzymaniu swojej obietnicy







piątek, 15 czerwca 2018

Rozdział jedenasty

Mam ochotę rzucić się na niego, przytulić, wycałować i powiedzieć, jak cholernie za nim tęskniłam, jednak on robi to pierwszy. Odkłada plecak na kafelkową podłogę i ostrożnie obejmuje mnie ramionami, aby nie zgnieść Abbey. Wdycham zapach jego skóry, perfum, które tak dobrze znam, a moje serce się zaciska! Czuję łzy na policzkach i nie wierzę, że naprawdę tutaj jest. Minął długi rok, a teraz stoi przede mną.
- Chyba coś się przypala - jasna cholera! Piszczę i rzucam się w kierunku kuchni. Odkładam Abbey i zdejmuję patelnię z warzywami i szpinakiem. Jakie szczęście, że robię to w ostatniej chwili i mój obiad zostaje uratowany! - Mam nadzieję, że nie spaliłaś tego ładnie pachnącego żarcia, bo umieram z głodu!
- Jesteś okropny! - przewracam oczami, zmniejszam gaz, a patelnia z powrotem ląduje na płycie - Skąd się tutaj u licha wziąłeś, hmm? - podchodzę do niego i obejmuję go w pasie - Zrobiłeś mi niespodziankę.
- I właśnie o to chodziło, kwiatuszku. To była spontaniczna decyzja, ale nie mogłem już wytrzymać.
- Bardzo się cieszę, że tu jesteś - odchylam głowę, przyglądam się jego twarzy i dotykam lekkiego zarostu - Zmieniłeś się, zmężniałeś i w dodatku masz zarost! Mój kaktusek wypuścił własne kolce, co?
- Jak zawsze zabawna - czochra moje włosy i całuje w czoło - O dwudziestej trzeciej mam lot powrotny do San Francisco, ale mimo to musiałem przylecieć, aby cię zobaczyć. Justin opowiedział mi o twoim życiu, o waszym dziecku, a ja nie mogłem się nadziwić, ze to wszystko prawda. A jednak! Macie dziecko, Ivy.
- Mhm, mamy. A to oznacza, że zostałeś wujkiem, chodź - pociągam go za dłoń i podchodzimy do mojej córeczki - To Abbey, a to twój wujek, kochanie. Jest trochę nieogarnięty, ale bardzo kochany.
- Hej, kruszyno - grucha do niej, zostawiam ich i kończę obiad. Odcedzam makaron, przerzucam na talerze i polewam szpinakiem z mascarpone i warzywami - Jest podoba do Justina, ma jego kolor oczu.
- Tak, nie da się ukryć. Ma też jego ciemne włoski i pełne usta. Po mnie chyba niewiele odziedziczyła.
- Nieprawda! Jest tak samo piękna jak ty, jak dorośnie złamie nie jedno serducho. Oj, będzie się działo.
- Jasne! Znając Justina to nawet nie pozwoli jej stać obok jakiegoś chłopaka, którego nie zna. Jego troska jest urocza i doceniam to, jednak dał mi próbkę swoich możliwości odnośnie swojej siostry. Dramat!

- Tsa, opowiadał mi. Dziewczyna się zakochała, a ten chce chłopaka przeciągnąć przez magiel, biedak.
- Może uda mi się jakimś sposobem wybić mu te głupoty z głowy. Jillian nie jest już dzieckiem.
- Dla niego zawsze będzie, kwiatuszku. Cały on - wzrusza ramionami i dotyka małej rączki Abbey.


Spędzam z Nolanem cały dzień. Wybieramy się na spacer, odwiedzamy kilka sklepów i moją ulubioną kawiarnię. Buzie nam się nie zamykają i opowiadamy sobie miniony rok, który dla nas obojgu nie był łatwy. Jednak wcale nie staramy się wspominać tylko tych przykrych chwil, a te, które były śmieszne, fajne i warto do nich wrócić. Mam wrażenie, jakbym w ogóle nie rozstała się z Nolanem na tak długi czas. Jest dokładnie tym samym facetem, którym był rok temu. Zabawnym, szczerym, kochanym i troskliwym. Mogłabym wymieniać w nieskończoność jakim wspaniałym jest chłopakiem. Justin ma szczęście mając obok siebie takiego przyjaciela. Cieszę się, że przez intrygę Meredith nie dosunęli się od siebie i nie znienawidzili. Bałam się, że przez domniemaną zdradę między nimi już nigdy nie będzie tak, jak dawniej. Na szczęście prawdziwa przyjaźń przetrwa najgorsze gówno, chociaż Justin oboje nas skrzywdził.
- Cholera, może nie powinnam o to pytać, ale wiesz, że jestem ciekawska. Co się stało z Meredith?
- Kiedy Justin doniósł na nią swojemu wujkowi i przedstawił dowody na to, że knuła, gnębiła Cię i doprowadziła do rozpadu waszego związku i do przykrości, które cię spotkały, bez wahania ją wyrzucił. Jezu! Ależ ona była wściekła! - Nolan zaciska usta, jakby próbował pohamować wybuch śmiechu - Darła się na Justina, oskarżała go, a nawet spoliczkowała! On jednak nic sobie z tego nie robił, wysłuchał jej, wyrzucił z pokoju i po wszystkim. Musiała odejść, ponieść karę za to przedstawienie, które urządziła. Miała kontakt z Alayną, a Alayna to gadatliwa dziewczyna i zwierzała się Dylanowi, który z kolei zwierzał się nam - porusza brwiami, a ja kręcę głową. No tak, solidarność... testosteronu! - Próbowała dostać się na dwie inne uczelnie, ale niestety nie podołała. Odgrażała się, że Justin za wszystko jej zapłaci, ale czas mijał, a nic się nie działo. W końcu dała sobie spokój, ponoć znalazła pracę kelnerki i na tym skończyła się jej edukacja. Jakoś wcale nie jest mi jej żal. To przebiegła suka, doskonale wiedziała, co robi. Aż ciężko uwierzyć, że posunęła się do takiej intrygi, która doprowadziła cię na sam skraj. Dlaczego nam nie zaufałaś, hmm? Mnie i Dylanowi? Wiem, że Justin wywinął numer, ale my staliśmy po twojej stronie.
- Tu nie chodzi o zaufanie, kaktusku, a o coś znacznie większego. Byłam załamana, rozbita na kawałki i chociaż cenię wasze wsparcie, to nic by wtedy nie dało. Ci ludzie mnie zniszczyli, patrzyli jak na rzecz, którą można przelecieć za pieniądze. Nie mogłam na nich patrzeć, nawet ich słyszeć. Słowa mogą zranić o wiele bardziej niż czyny, a ja byłam, i chyba wciąż jestem, słabym człowiekiem. Wiesz już, jak wyglądało moje dzieciństwo, to na zawsze zostanie w mojej głowie i nie uodpornię się na zło tego świata.
- Przykro mi, że musiałaś przez to wszystko przejść. Nie zasłużyłaś, aby płakać przez tych ludzi, cierpieć i targnąć się na swoje życie. Na szczęście Justin w porę się ogarnął i zrozumiał swój ogromny błąd. To cud, że mu wybaczyłaś. Mówiłem mu, że zabijesz go, kiedy tylko stanie w drzwiach twojego domu.
- Skąd! Byłam tak zaskoczona, że to ja zeszłabym na zawał, a nie on. Potwornie mnie zaskoczył.
- Domyślam się. Wybierałem się do ciebie, rezerwowałem bilet, a ten wpada do pokoju i wrzeszczy, że Caleb cię znalazł. Był tak podekscytowany, szczęśliwy, zszokowany. Takiego widziałem go ostatnio rok temu, kiedy był z tobą. Właściwe wtedy powiedziałem mu, że oprócz e-maili, które wymienialiśmy między sobą, poznałem również miejsce twojego pobytu. Był zdziwiony, że wiedziałem i nic nie powiedziałem. Cóż, obiecałem ci to - wzruszam ramionami, a moja przyjacielska miłość do niego rośnie. Ufałam mu od początku i bardzo się cieszę, że nigdy tego zaufania nie nadszarpnął - Wyznałem, że do ciebie lecę, zmarkotniał i stwierdził, że
 poczeka. Bla bla bla, znam go i dałem mu pierwszeństwo. W końcu cię kocha, chciał o ciebie zawalczyć, a skoro ja czekałem rok, poczekam i te kilka dni, pomyślałem. I jestem!
- Jesteś - uśmiecham się szeroko i ściskam jego dłoń - Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem szczęśliwa.
- Ja również, kwiatuszku. Ja również - mruga okiem, pochyla się i cmoka mnie w policzek. 


Czas z Nolanem mija zdecydowanie zbyt szybko. Pocieszam się tym, że niebawem będę zdecydowanie bliżej niego i zdradzam mu w tajemnicy swoją decyzję. Piszczy jak dziecko, bierze mnie w ramiona i okręca dookoła, aż kręci mi się w głowie. To wręcz nie do uwierzenia, jak moje życie się odmieniło. Niedawno byłam z Abbey całkiem sama, a teraz odzyskałam mojego chłopaka i przyjaciół. Byłam szczęśliwa i wierzyłam, że będzie dobrze. Wtedy nie przewidziałam tylko jednego...

Następnego dnia budzi mnie dzwonek telefonu. Uchylam powieki, ziewam i spoglądam na wyświetlacz. Uśmiecham się, odbieram i wpatruję się w twarz Justina, którą dane jest mi podziwiać.
- Dzień dobry, biedroneczko - ziewa przeciągle, przeciera oczy i posyła mi ten uroczy, zaspany uśmiech.
- No hej, skarbie. Wiesz, że dochodzi dopiero ósma rano? Dlaczego nie śpisz o tej godzinie, hmm?
- Za piętnaście minut muszę zwlec tyłek z łóżka, a tak cholernie nie chce mi się dzisiaj iść na zajęcia.
- Ojej, moje biedactwo. Zawsze możesz przylecieć do mnie i leniuchować przez calutki dzień.
- Podoba mi się - mruży oczy seksownie oblizując usta - Nie ma nic lepszego, od obudzenia się obok ciebie i możliwości przytulenia do twoich ciepłych, teraz ogromnych wręcz, piersi. I co teraz, huh?

- No nie wiem - wzruszam ramionami i uśmiecham się niewinnie - Chyba będziesz musiał wytrwać, prawda?
- Niestety! Ale jeszcze jutro i w czwartek na sto procent przylecę. Myślałaś nad podjęciem decyzji?
- Myślałam, ale powiem ci dopiero jak przyjedziesz. Więc musisz uzbroić się w cierpliwość, mój drogi.

- Lubisz mnie katować, wiesz? Nie możesz powiedzieć teraz, żeby mój smutny dzień stał się lepszy?
- Nie! Chcę powiedzieć ci to na żywo, żeby w razie czego móc cię pocieszyć, czy coś. Sam wiesz.
- Och! Więc chyba już znam odpowiedź - wygina usta w podkówkę i patrzy na mnie tym spojrzeniem, od którego zawsze ściskało mnie za serce - Nie zgodzisz się, już ja dobrze cię znam, biedroneczko.
- Akurat! Nie zakładaj niczego z góry, okej? Po prostu przyleć już, bo bardzo za tobą tęsknimy.
- Jak się ma moja kruszyna? Pokaż - przełączam kamerę w telefonie i kieruję na Abbey, która smacznie śpi obok mnie - Jezu, ależ ona jest piękna. Mógłbym gapić się na nią godzinami i nigdy by mi się nie znudziło.
- Och, Justin - zaciskam usta próbując powstrzymać łzy - To niesamowite, że masz do niej takie podejście.
- Hej, chyba nie płaczesz, Ivy? Odwróć kamerę, już - mówi ostro, przełączam tryb i patrzę mu w oczy - Kochanie, nie masz powodu do płaczu. Wszystko nam się ułoży, obiecałem ci to i dotrzymam słowa.
- Wiem - pociągam nosem i ocieram łzę - Po prostu nie wierzę, że tak szybko pogodziłeś się z myślą, że masz dziecko. Spodziewałam się, że uciekniesz, nie będziesz chciał mnie znać, a ty zrobiłeś na odwrót.
- Nie jestem skurwielem bez serca, który odrzuciłby swoje własne dziecko. Nadal się z tym oswajam, to wcale nie jest takie hop siup, ale nie zostawię ani ciebie, ani jej, Ivy. Prawdziwe życie dopiero się zacznie, kiedy zamieszkamy razem, a tak się stanie, bo tak musi być. Trochę się boję, że nie podołam, że znowu cię zawiodę i coś spieprzę. Wiedz, że będę się starał z całego serca, żeby być dobrym ojcem i partnerem.
- Wiem, kochanie - uśmiecham się i dotykam palcem wyświetlacza, jakby to był jego policzek - Nie bój się, we dwójkę jakoś damy sobie radę. Zawsze dawałeś mi siłę i dzięki tobie walczyłam dalej.
- I będę dawał ci tej siły tyle, ile tylko będziesz potrzebować, bo bardzo cię kocham, biedroneczko.
- A ja kocham ciebie - cmokam w powietrzu i chciałabym móc mocno się do niego przytulić.


W środę wybieram się do przychodni. Abbey ma kolejną kontrolę, która zadowala lekarkę i widzi małe postępy. Z wcześniakami trzeba postępować ciut inaczej, szczególnie, jeśli urodziły się dość wcześnie. Abbey jest zdrowa, jedynie ma małe problemy z własnym ciałkiem. Dlatego lekarka zaleca dalszą rehabilitację, przekazując mi szereg instrukcji. Abbey musi nabrać zdecydowanie więcej sił i chociaż nasze codziennie ćwiczenia dały rezultat, trzeba ćwiczyć dalej. Najważniejsze, że ma spory apetyt, przybiera na wadze i cudownie się uśmiecha. Jest najpiękniejszą kruszyną na świecie!

Popołudniu robię obiad, mieszam ciasto na naleśniki i nucę pod nosem. Abbey ucina sobie drzemkę, dzięki temu mam chwilę czasu dla siebie. Uśmiecham się i wciąż myślę o Justinie. Niedawno dał mi znać, że zaliczył kolokwium i być może jeszcze dzisiaj wieczorem uda mu się zarezerwować lot. Prosiłam, żeby się nie śpieszył, bo ten jeden dzień nie zrobi wielkiej różnicy, ale z nim nie da się dyskutować. Czasami wydaje mi się, że jest jeszcze bardziej uparty niż ja i zawsze musi postawić na swoim. Cały on!
Wzdrygam się na nagle rozchodzący się dzwonek do drzwi. Przykładam dłoń do serca, szybko czmycham do pokoju i upewniam się, że Abbey nadal smacznie śpi. Na szczęście dzwonek jej nie obudził, zamykam drzwi do sypialni i idę otworzyć frontowe. Może Justin chce mi zrobić niespodziankę? Albo to znowu Monica wpadła w odwiedziny? Opcja numer jeden zdecydowanie bardziej mi się podoba i kiedy uchylam drzwi, spodziewam się bruneta. Niestety to nie Justin, a tym bardziej Monica. Moje najczarniejsze sny sprawdzają się i właśnie stoją przede mną z tym chytrym uśmieszkiem, który tak dobrze znam, który prześladował mnie przez te lata i nawiedzał w koszmarach. Mam wrażenie, że nadal śnię i zaraz obudzę się z krzykiem, spoconym ciałem. Mrugam kilka razy, ale obraz przede mną nie znika. To nie może dziać się naprawdę. Uwolniłam się od przeszłości, zaczęłam wszystko od nowa, a teraz wraca i stoi przede mną.
- Witaj, córeczko. Nie wpuścisz ojca do środa? - opiera wielką dłoń na futrynie, a ja kurczę się ze strachu. Tak bardzo żałuję, że nie ma obok mnie Justina! - Odjęło ci mowę, co? Nie spodziewałaś się mnie, kochanie? Jaka szkoda, powinnaś - przesuwa mnie i wchodzi do środka. Z zaciekawieniem rozgląda się dookoła i gwiżdże z uznaniem - U la la, niezła miejscówka, gwiazdeczko - opada na kanapę, wystawia nogi na stolik i wlepia we mnie te ciemne, przerażające oczy. Stoję w miejscu, a moje nogi dosłownie wrosły w ziemię - Chodź do mnie - ton jego głosu zmienia się i brzmi tak samo, jak wtedy, kiedy musiałam bać się o swoje życie. Jest ostry jak brzytwa, nie znoszący sprzeciwu i chociaż nie chcę tego robić, moje nogi same podążają do salonu i stają naprzeciwko niego - Grzeczna dziewczynka. Widzę, że moja nauka nie poszła w las, hmm? - wstaje, patrzy na mnie i układa dłonie na moich ramionach. Góruje nade mną wzrostem, mam wrażenie, że mógłby mnie zakryć całkowicie. Jego dłonie wypalają dziurę w mojej skórze, a moja głowa pęka od strasznych wspomnień - Tak dobrze jest cię zobaczyć po tylu latach, córeczko. Tęskniłem za tobą, a ty? Tęskniłaś za swoim tatusiem? - unosi moją głowę i jestem zmuszona wpatrywać się w tę czerń, która przeraża mnie do szpiku kości. Moje nogi miękną, robią się jak z waty, a serce się zatrzymuje. Nie jestem w stanie nawet oddychać, tak bardzo się go boję. Dokładnie tak, jak wtedy! - Nie odpowiesz na moje pytanie? Wiesz, jak bardzo nie lubię, kiedy nie odpowiadasz, Ivy. Mam wznowić naukę? Chcesz tego?
- N-nie - jąkam się i ledwo udaje mi się przełknąć ślinę - N-nie tęskniłam. Z-zniszczyłeś mi życie.
- Ja zniszczyłem ci życie? - prycha z kpiną i wbija palce w moją brodę - Nauczyłem cię dobrych manier! Gdyby nie ja, byłabyś rozpuszczoną gówniarą, która być może olałaby naukę przez szemrane towarzystwo, wdała się w jakieś głupie miłosne gierki ze szczeniakiem spod piątki i wróciłabyś z brzuchem! - zaciska szczękę, złości się, a ja gapię się na niego i nie mogę zapanować nad swoim drżącym ciałem. Jest dokładnie taki sam, nic się nie zmienił - Nie mogłem do tego dopuścić, więc powinnaś podziękować mi, że dzięki mnie wyrosłaś na ludzi, czego się po tobie nie spodziewałem. Zaskoczyłaś mnie, gwiazdeczko - ponownie uśmiecha się chytrze, układa dłoń na moich plecach i przyciąga mnie do swojego ciała. Nie uwalnia mojej brody i mam wrażenie, że jego palce się w nią wtapiają - Byłaś taką słodką, śliczną dziewczynką, córeczko. Byłem dumny, że wszyscy patrzyli na ciebie jak na najlepszy kąsek, a nie mogli cię mieć. Gdybyś nie wywinęła numeru ze szpitalem, kto wie? Może znalazłbym dla ciebie odpowiedniego kandydata, a nawet kilku, którzy regularnie płaciliby za twoje usługi? - żółć podchodzi mi do gardła i mam ochotę zwymiotować. Wiele razy podejrzewałam, że ojciec sprzedałby moje ciało bez mrugnięcia okiem, jeśli tylko ktoś odpowiednio by mu za to zapłacił. Moje przypuszczenia się sprawdzają i jeszcze bardziej jestem mu wdzięczna, że wtedy zlał mnie do nieprzytomności i musiał zawieźć do szpitala. Inaczej skończyłabym jeszcze gorzej, jako jego osobista dziwka! - Och, ależ miałabyś branie, Ivy. Twoje ciało było jeszcze nierozwinięte, ale teraz? Cholera, jesteś piękną kobietą! Te oczy, włosy, usta, piersi - zaciska wargi i przenosi dłoń w dół. Strącam ją i próbuję się odsunąć, na co oczywiście mi nie pozwala - Cichutko - przysuwa palec do moich ust i karci mnie spojrzeniem. Jestem sparaliżowana strachem i czuję, że stanie się coś strasznego! Nie boję się już o sobie, ale o Abbey. Nie jestem w stanie przewidzieć, do czego mógłby się posunąć - Wrócisz ze mną do domu i zaczniemy od nowa, córeczko. Nadrobimy te stracone lata, wszystko wróci na swoje tory. Myślę, że teraz dogadamy się o wiele lepiej, ponieważ dojrzałaś i wiesz, na czym polega dyscyplina, prawda? Nie będę już musiał cię tego uczyć, jesteś idealnie wyszkolona, moja mała dziewczynko - dotyka palcami mojej twarzy, ponownie próbuję się odsunąć, ale ojciec jest silniejszy ode mnie. W dodatku jednym ruchem przypiera moje ciało do ściany i przygniata własnym. Dyszę ciężko, zwijam dłonie w pięści i próbuję się bronić przed jego dotykiem - Musisz mi pomóc, Ivy. Dopiero wyszedłem z więzienia, nic nie mam, a ty jesteś temu winna. To przez ciebie mnie zamknęli. Odpracujesz to.
- N-nie - chrząkam i biorę się w garść - Zamknęli cię przez to, że mnie krzywdziłeś. Zasłużyłeś na to.
- Ani słowa! - zaciska palce na mojej szyi i morduje mnie spojrzeniem - Nie waż się mówić do mnie w ten sposób, zrozumiano? - syczy przez zęby, a kiedy nie odpowiadam, wzmacnia uścisk i odcina mi dopływ tlenu. Robił tak wiele razy, przyduszał i zostawiał na granicy świadomości. Wracałam do siebie, a po chwili zaczynał od nowa. Nienawidziłam tego z całego serca, już wolałam lanie! - Pytałem o coś, nie każ mi się zdenerwować - przytakuję głową, poluźnia uścisk, pozwalając wciągać mi powietrze do płuc - Bardzo ładnie. Jestem pod wrażeniem twojego posłuszeństwa. Właśnie tak powinno być, zasady się nie zmieniły, Ivy. Masz być posłuszna i wykonywać każde moje polecenie. Jeśli tego nie zrobisz, spotka cię bolesna kara. Pamiętasz je? - pochyla się, a jego oddech odbija się od mojej skóry - Te ciosy pasem, które rozcinały skórę na twoich delikatnych plecach? - zamykam oczy, wbijam zęby w wargę, a w moją głowę uderzają wspomnienia. Tak koszmarnie bolesne, że ledwo mogę ustać na nogach. Mam ochotę zniknąć, wtopić się w ścianę byle tylko nie mówił tego, co dane było mi przez niego przejść - Dłonie Roniego, Bena i Lee, które wędrowały tu i tam, a ty próbowałaś walczyć? - boże! Wybucham płaczem, wręcz krztuszę się łzami, ale ojciec nie przestaje, wręcz przeciwnie, dalej mnie katuje - Pamiętasz, kiedy przypaliłem cię papierosem, tuż za uchem? - odsłania to miejsce i składa na nim czuły pocałunek. Układam dłonie na jego torsie, próbuję odepchnąć, ale moje wysiłki idą na nic. Ojciec jeszcze bardziej na mnie napiera, aż ciężko mi oddychać - Nie masz pojęcia, jak wiele razy Ron błagał mnie, żebym pozwolił mu dobrać się do twoich majtek. Cóż, zakazałem mu, bo jesteś moją małą córeczką, jak mógłbym oddać twoje dziewictwo właśnie jemu? Wolałem zachować je dla odpowiedniego kandydata, niestety sprawy się skomplikowały. Jesteś dziewicą, córeczko? - odchyla głowę, odsuwa moje mokre od łez włosy i czeka na moją odpowiedź. Jeśli zaprzeczę, skłamię, a prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Wtedy zapłacę za kłamstwo bolesną cenę. Jeśli jednak przyznam, że po moim dziewictwie nie ma śladu, wpadnie w szał. Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji, mimo wszystko wybieram prawdą i kręcę przecząco głową. Jak na zawołanie czuję cios na policzku, a cichy pisk ucieka z moich ust. Zasłania je dłonią i mówi wprost w moją twarz - Rozczarowałaś mnie, gwiazdeczko. Nie tego cię do cholery uczyłem, tak? Miałaś zachować czystość, a ty puściłaś się z jakimś szczylem?! - podnosi głos, a ja modlę się w duchu, żeby moja maleńka córeczka się nie obudziła. Ojciec to bestia, nie spojrzy na nią jak na dziecko, a na obiekt do wyżycia się - Trudno, jakoś to przeboleję. Nie myśl sobie, że okażę ci litość, Ivy. Jesteś moją córką, moją własnością i mogę zrobić z tobą to, co tylko zechcę. Czy to jest dla ciebie jasne? - szarpie moje włosy i zaciska palce na szczęce.
- Nienawidzę Cię, ty skurwysynu! Zniszczyłeś mi życie, nic nie jestem ci winna i miej pewność, że pójdę na policję jeśli jeszcze kiedykolwiek tutaj przyjdziesz! Nie jestem tamtą biedną, małą, zagubioną Ivy.
- Jesteś taka zabawna - wybucha śmiechem i rzuca mnie na ziemię, jak szmacianą lalkę - Zdecydowanie za bardzo rozwiązał ci się język, nic nie szkodzi, popracujemy nad tym! - podnosi mnie za włosy i rzuca na kanapę - I co mam z tobą zrobić, huh?! Sam mam cię zerżnąć, żebyś wreszcie nauczyła się moich zasad?! Tyle lat poszło na marne?! - krzyczy niemiłosiernie, trzęsę się ze strachu, szlocham głośno, jednak nic go nie wzrusza. Jest jak robot bez uczuć, serca - Jeszcze raz odwieszasz się do mnie w ten sposób, a gorzko tego pożałujesz! - podchodzi, szarpie mnie za ramię i stawia na nogach. Nie wiem, jaki byłby jego następny rok, ponieważ w domu rozlega się płacz Abbey. Ojciec marszczy brwi, nasłuchuje uważnie i przenosi na mnie spojrzenie - Co to kurwa? - wlecze mnie za sobą, wchodzi do jednego pokoju, a potem do drugiego, właściwego. Staje przed łóżeczkiem i wpatruje się w moją córeczkę. Chcę wziąć ją na ręce, ale ojciec ponownie mnie policzkuje i rzuca na łóżko. Sam bierze ją w ramiona, jednak nie potrafi tego robić i jej główka opada w dół. Boże! - Kto by pomyślał. Kolejna, mała, bezużyteczna Jones w rodzinie.
- Zostaw ją! - zrywam się na równe nogi, dopadam do niego i wyrywam mu moje dziecko - Nie waż się jej nawet tknąć! - osłaniam ją ramionami, uspokaja się odrobinę i pociąga noskiem - Wynoś się stąd.
- Myślisz, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - parska śmiechem i przewraca oczami - To dopiero początek, kochanie. Wróciłem i nigdzie się nie wybieram, wręcz przeciwnie, mam zamiar odzyskać moją córkę, więc pozbądź się tego bachora. Jest mi niepotrzebny - mam ochotę walnąć go w tej szpetny ryj, ale nie mam na tyle siły. Nienawidzę go jeszcze bardziej, chociaż nie sądziłam, że jest to możliwe - Przygotuj się, bo zabieram cię ze sobą. Niebawem - zaciskam usta i nie daję po sobie poznać, jak bardzo przerażają mnie te słowa. Najgorsze jest to, że ojciec ma nierówno pod sufitem i jest do tego zdolny - Poza tym mam dla ciebie pewną informację. Mianowicie chodzi o to, że potrz... - nie kończy, nagle roznosi się pukanie do drzwi i natychmiast zamiera - Kto to? - patrzy na mnie, lecz wzruszam ramionami, bo sama nie mam pojęcia - Chodź - chwyta mnie za ramię, wlecze do przedpokoju i opiera mnie o ścianę - Jutro przyjdę tutaj ponownie, masz skołować dla mnie sto tysięcy - uchylam usta i gapię się na niego, jakby przyleciał z pieprzonego kosmosu, a nie opuścił więzienie - Nie mam za co żyć, przez ciebie mnie zamknęli i to właśnie ty jesteś winna mi pieniądze. Za opiekę nad tobą, te wszystkie niańki, szkołę, ubrania - pukanie ponownie się nasila. Ojciec przelotnie spogląda na drzwi i złości się - Wyjdę przez patio, pamiętaj o pieniądzach. Jeśli tego nie zrobisz, marnie skończysz. Ten bachor też. To nie są żarty, Ivy - uderza pięścią w ścianę, tuż obok mojej głowy, aż podskakuję. Przechodzi salon, otwiera drzwi i znika z zasięgu mojego wzroku.
Ledwo jestem w stanie trzymać na rękach własne dziecko, a szok całkowicie mnie omamia. Po pierwsze; ojciec wrócił. Po prostu wypuścili go z więzienia, podarowali mu wolność mimo, iż powinien odsiedzieć jeszcze rok! Po drugie; nie zmienił się, jest dokładnie taki sam, a może nawet gorszy. Uderzył mnie, mówił te okropne rzeczy i nie zawaha się na mnie zarabiać, choćbym miała robić to własnym ciałem. Po trzecie; żąda ode mnie stu tysięcy, jakbym spała na pieniądzach! Nigdy ich nie miałam, dzięki Monice mam za co żyć, a on wymaga ode mnie takiej kwoty?! Ba! Nawet, gdybym była w jej posiadaniu, nigdy nie dałabym ojcu pieniędzy. Może wymieniać ile na mnie stracił, to nie przekłada się w połowie na to, co ja straciłam przez niego. Zniszczył mi życie, a mimo to miał odwagę przyjść tutaj, sponiewierać mnie i grozić. Najgorsze jest jednak to, że te groźby mogą stać się prawdą, bo ojciec jest zdolny posunąć się dużo dalej. Już raz posłał mnie na samo dno, drugi raz będzie dla niego przyjemnością. A ja muszę chronić Abbey, ona nie może ucierpieć przez tego tyrana. Jeśli zastanie nas tutaj jutro, obie marnie skończymy!








piątek, 8 czerwca 2018

Rozdział dziesiąty


Justin POV:

Czekam na Ivy, chodzę od jednego końca salonu do drugiego, kołyszę w ramionach Abbey, która płacze i co rusz wypluwa smoczek. Nie ukrywam, jestem nieco przerażony, Ivy nie ma już dobrą godzinę i w dodatku nie odbiera ode mnie pieprzonego telefonu! Nie wiem, o czym rozmawiała ze swoją matką, nie wiem, gdzie się do cholery podziewa, ale zaczynam się poważnie martwić. Jeszcze chwila, a dostanę zawału!
- Cichutko, kruszyno. Wiem, że pewnie jesteś głodna jak wilk, ale tatuś nie dysponuje cycem wypełnionym pysznym, cieplutkim mlekiem - grucham do niej, chwilowo się uspokaja i patrzy na mnie, jakby cokolwiek rozumiała. Jest tak nieziemsko słodka, aż chce się ją schrupać! - Jak mama nie wróci za pięć minut to pojedziemy do mieszkania, okej? Tylko wytrzymaj jeszcze - całuję ją w czoło i w tym momencie dociera do mnie dźwięk otwieranych drzwi, a Ivy wchodzi do środka - Jezu, kochanie! Umierałem z niepokoju, już miałem jechać cię szukać! Co się stało? - wzdycha ciężko, podchodzi i spogląda na małą - Jest głodna.
- Przepraszam, trochę mi się zeszło. Nakarmię ją - siada w fotelu, odsuwa bluzkę, stanik i wystawia dłonie. Podaję jej małą, ostrożnie układa ją przy sobie i zaczyna karmić. Przez te kilka wspólnie spędzonych dni ten widok stał się moim ulubionym. Nigdy nie spodziewałem się, że będę siedział i po prostu się na nie gapił. Cholera, bycie ojcem to zajebiście fajna sprawa - Mama zaproponowała przeprowadzkę do Dubaju.
- C-co? - marszczę brwi i myślę, czy przypadkiem nie przyjęła propozycji - I co jej odpowiedziałaś?
- Nic, nie zgodziłam się. Przecież praktycznie jej nie znam, pojawiła się zaledwie kilka dni temu.
- O rany! Co za ulga. Przez moment pomyślałem, że jednak się zgodziłaś. W końcu to twoja mama.
- Która jest mi obca. Chce odbudować ze mną kontakt, częściej się spotykać, spędzać ze mną czas.
- To chyba dobrze, prawda? Może po prostu wreszcie zrozumiała, jak wielki popełniła błąd, odrzucając cię.
- Może. Szkoda tylko, że zajęło jej to całe dwadzieścia lat. Nie wiem, czy da się cokolwiek odbudować.
- Da się, tylko daj jej szansę. Nie mówię, że macie być od razu najlepszymi przyjaciółkami. Powoli.
- To samo mniej więcej jej powiedziałam. Skoro chce kontaktu, spoko, to mogę jej dać. Jednak na wybaczenie, czy miłość jest zdecydowanie za wcześnie. Przede wszystkim muszę wiedzieć, jaka jest.
- To dobry początek. Od czegoś trzeba zacząć, a być może wyniknie z tego coś naprawdę dobrego.
- Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Nagle zjawia się, chce naprawić nasze relacje, nawet dostałam od niej pieniądze - wow! Co za gest - Potrzebuję ich, więc je zatrzymam, chociaż nie powinnam tego robić. I tak są od jej nadzianego faceta. Napisał mi krótką notkę w przelewie. Bardzo ją kocha.
- Twoja mama zasługuje na kogoś takiego, bo sama pewnie przeszła przez piekło dzięki twojemu ojcu.
- Tak, opowiedziała mi wszystko. Zaczynając od przymuszenia do ślubu, a kończąc na agresji ojca. Ten człowiek ma coś z głową i powinien spędzić resztę swojego życia za kratkami, a on z niego wychodzi.
- Chyba nie mówisz poważnie? - zrywam się na równe nogi i wręcz nie dowierzam - To niemożliwe, Ivy.
- Możliwe. Mama przekazała mi, że opuści więzienie na dniach. Był tam bardzo grzecznym chłopcem.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego wypuszczają przestępców za dobre sprawowanie. To jakiś obłęd.
- Wiem, niestety tak działa to popieprzone prawo. Powinien tam siedzieć jeszcze przez długi rok!
- Prędzej czy później na sto procent wpakuje się w jakieś gówno i wróci tam z powrotem. Ludzie po długiej odsiadce mają tendencję do pchania się w kłopoty, a twój ojciec to szczególny przypadek do leczenia.
- On się nigdy nie zmieni, nawet leczenie nic nie da. Jedynie powinni trzymać go jak najdalej od ludzi.
- Tu się z tobą zgodzę - przysiadam obok, obejmuję ją ramieniem i całuję w głowę. 




Ivy POV:
W niedzielę wybieramy się na spacer i na małe zakupy. Korzystam z zastrzyku gotówki i kupuję kilka nowych ciuchów. Wcześniej nie mogłam sobie na to pozwolić, liczył się każdy grosz, a teraz postanawiam odrobinę zaszaleć. Justin marudzi, że to on powinien za mnie zapłacić, ale nie godzę się na to. Więc kupuje kilka ubranek dla Abbey i sam je wybiera. To uroczy widok patrzeć na niego, jak przechadza się między regałami z ciuszkami dla niemowlaków i chociaż to nieodpowiednie, wygląda seksownie jak diabli. Biała koszulka przylega do jego umięśnionego torsu i opina się na ramionach. Krótkie spodenki sięgają do kolan, uwydatniając łydki i tatuaże, a na nogi założył białe adidasy, które idealnie uzupełniają cały outfit. Przyglądam mu się z rozbawieniem i kątem oka zauważam, jak dwie młode ekspedientki chichoczą, szepcząc coś między sobą. Kiedy Justin podchodzi do nich z masą ubranek, zagadują go, a nawet flirtują!
On jednak zdaje się tego nie zauważać, czeka cierpliwie i posyła mi rozbawione spojrzenie. 


Po zakupach odwiedzamy uroczą kawiarenkę z czarno-białym płotkiem. Zamawiamy karmelowe latte,
gofry z owocami i mnóstwem bitej śmietany oraz muffinki jagodowe. Delektuję się tym pięknym, spokojnym dniem i Justinem, który nawija wesoło, opowiadając o Jillian i jej pierwszym chłopaku. Zwierzyła mu się pewnego dnia, a Justin prawie wyskoczył z butów! Od razu kazał jej wszystko wyśpiewać, czyli; adres ów adoratora, numer telefonu, konta na Facebook'u i, o zgrozo, zarządał spotkania a z nim sam na sam. Śmieję się z niego, bo chociaż rozczula mnie jego troska, zdecydowanie przesadza!
- Hej, to moja młodsza siostra! Nie wpuszczę ją w ramiona zboczeńca, który myśli tylko o jednym.
- Po pierwsze; z tego, co mówiłeś, Jillian zapewniła cię, że Victor jest w porządku, tak? Po drugie; Twoja siostra nie jest już dzieckiem, ma osiemnaście lat. Po trzecie; opanuj się, bo go przestraszysz.
- Ma się bać, biedroneczko. Dzięki temu będzie czuł na karku mój oddech i nie przyjdzie mu do głowy skrzywdzić moją małą siostrzyczkę. A jeśli to zrobi, połamię mu wszystkie palce i nogi na dokładkę.

- Jesteś niemożliwy - kręcę głową i wygryzam się w gofra - Jillian ma z tobą naprawdę przechlapane.
- Właśnie wręcz przeciwnie. Stoję na straży jej bezpieczeństwa, dobrego nastroju no i cnoty. A jak!
- Skąd pomysł, że Jillian wciąż jest dziewicą, co? - opieram łokcie na stole i puszczam mu oczko.
- Chyba nie myślisz, że mogłaby? Nie, na pewno nie. Jest jeszcze młoda, nawet nie miałaby z kim, to...
- Och, daj spokój. Zawsze ktoś się znajdzie, kochanie. Ma kolegów, chociażby ze szkoły. To nic trudnego.
- Nie mów mi takich rzeczy - mruży oczy i wystawia palec na znak groźby - Jillian jest dziewicą i już.
- W porządku, skoro tak twierdzisz, nie będę się kłócić - wzruszam ramionami, ale bawi mnie ta rozmowa.
- Jesteś nieznośna - burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Zasiałaś w mojej głowie ziarenko wątpliwości i przez ciebie będę zmuszony wypytać siostrę o szczegóły. To będzie bardzo niezręczne!
- Wstrzymaj się, Sherlocku! Jak pojedziemy do San Francisco, mogę z nią porozmawiać, jeśli chcesz.
- Więc jednak pojedziemy, tak? - patrzy mu w oczy, w których widzę ogromną nadzieję i oczekiwanie.
- Pewnego dnia tak, przecież ci to powiedziałam. Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora, prawda?
- Tak, oczywiście. Obiecałem, że nie będę na ciebie naciskał. Wiedz jednak, że do świąt nie pozostało zbyt wiele czasu. Jeśli do tego czasu nie podejmiesz decyzji, spędzimy je z moją rodziną? Proszę?
- To dobry pomysł. Nie chcę cię od nich oddzielać, a wiem, że chciałbyś być wtedy i z nimi, i z nami.
- No jasne! Nie wyobrażam sobie świątecznego czasu bez ciebie i bez Abbey. Niestety nie mam super mocy i nie potrafię się sklonować, a szkoda, więc pozostaje spędzić nam święta z moją super szaloną rodzinką.
- Lubię twoją rodzinę, nawet bardzo. To dobrzy ludzie, troskliwi, kochający. Mają w sobie tyle ciepła, miłości, aż chce się z nimi przebywać. Masz ogromne szczęście, posiadając takich rodziców, Justin.
- Wiem o tym i doceniam to na każdym kroku. Jeśli z nimi zamieszkamy, na ciebie i Abbey również tę miłość przeleją. Polubili cię od pierwszego poznania i kiedy powiedziałem im o dziecku, mama się rozpłakała - o rany! Zaciskam usta i samej chce mi się płakać - Byli w tak ogromnym szoku, że przez chwilę ich zamurowało i zapadła cisza. Potem mnie uściskali i byli jeszcze bardziej wściekli, że pozwoliłem ci odejść. Błagałem ich, żeby dali mi już spokój i więcej nie dręczyli tym tematem. Nie pomagali mi, a wyrzuty sumienia wręcz zżerały moje bebechy. Od tamtej pory nie poruszali kwestii naszej przeszłości i codziennie dzwonili i pytali, kiedy będą mogli was zobaczyć. Wiesz, jak uciążliwe są codzienne telefony?
- Nie mam pojęcia, mogę się jedynie domyślić. Obiecuję, że postaram się szybko podjąć decyzję, okej?
- W porządku, ale nie śpiesz się ze względu na moich rodziców. Możemy ich odwiedzić i wrócić tutaj.
- Wiem, jednak oboje wiemy, że hotel to tylko chwilowe rozwiązane. Podoba mi się tam, jest piękne, ciepło, czysto, ale to tylko hotel. Abbey musi mieć swój kąt i czuć, że to jest jej dom. Rozumiesz mnie?
- Oczywiście! Jeśli tylko będziesz gotowa, zarezerwuję lot i zaczniemy wszystko od nowa. We trójkę.
- Brzmi świetnie - uśmiecham się, chwytam jego dłoń i ściskam - Dziękuję ci za to, co robisz dla mnie i dla Abbey. Jestem ci niezmiernie wdzięczna i chcę, abyś o tym wiedział. Okłamałam cię, nie powiedziałam o dziecku, a mimo wszystko przyjąłeś to na klatę jak prawdziwy facet, nie uciekłeś, nie zrównałeś mnie z ziemią. Jesteś naprawdę wyjątkowy. Nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłam. To chyba jakiś cud.
- Ja tam wierzę w przeznaczenie, biedroneczko. Może mieliśmy się spotkać na studiach? Może mieliśmy przejść przez to gówno, aby zrozumieć, kim dla siebie jesteśmy? - wzrusza ramionami i spogląda na nasze splecione palce - Ponoć w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde wydarzenie wyryło w naszej pamięci bolesny ślad, ale przetrwaliśmy to i spójrz, gdzie teraz jesteśmy. Wierzę, że po czymś takim uda nam się przetrwać wszystko - siadam obok niego, przytulam się i szepcze mu na ucho słowa miłości.


W drodze do hotelu rozdzwania się telefon Justina. Wyjmuje go z kieszeni spodenek i przewraca oczami.
- No co tam, ziomek? - marszczy brwi i uważnie słucha rozmówcy po drugiej stronie - Och, serio? Jak ja nie znoszę tego starego dziada! Dlaczego do cholery musiał wymyślić coś tak szalonego, w dodatku na ostatnią chwilę?! - unosi głos i nerwowo przeczesuje włosy. Nawet wkurzony ma w sobie jakiś dziwny, pociągający urok - A mam jakieś inne wyjście, Nolan? - och! A więc to on dzwoni! Moje serce lekko podskakuje i ponownie napełnia się tęsknotą. Brakuje mi go i wcale nie mam zamiaru ukrywać tego przed Justinem - A w pizdu z tym wszystkim, tyle ci powiem. Dzięki za info, to niestety zmienia moje plany. W takim razie do zobaczenia niebawem - kręci głową i zerka na mnie przelotnie - Jasne, pozdrowię ją i ucałuję, ale tylko w policzek! - wystawia palec, jakby Nolan stał przed nim i miał to zobaczyć - Jesteś idiotą, czy idiotą, Nolan? Nie musisz mnie o to pytać, bo znasz odpowiedź. Wyjaśniliśmy to sobie, prawda? - milknie, za to słyszę donośny głos po drugiej stronie słuchawki. Auć! - Tak wiem, że jestem zazdrosnym skurczybykiem, tego nie zmienię, taka moja natura - chichoczę na jego słowa, a Justin mruga okiem i obejmuje mnie ramieniem - Możesz to zrobić i więcej mnie o to nie pytaj, albo ci przywalę. Kończę, do zobaczenia - wciska czerwoną słuchawkę i wkłada telefon z powrotem do kieszeni - Ten człowiek mnie kiedyś wykończy, przysięgam. Zapytał mnie, czy może do ciebie zadzwonić, rozumiesz? - oburza się, przykłada dłoń do serca i udaje urażonego - Naprawdę jestem aż tak straszny, biedroneczko? Ty też uważasz, że jestem zazdrośnikiem?
- Pytanie! Oczywiście! Wiedziałam to już rok temu - karci mnie spojrzeniem i zatrzymuje na środku chodnika - Ale zmieniłeś się, jak sam powiedziałeś, i liczę na to, że nie będziesz urządzał mi żadnych scen. Wiesz, że Nolan jest mi bliski, ale nie łączy nas nic innego jak przyjaźń. Rok temu również tak było.
- Wiem, wiem, wiem. Cicho! Nie przypominaj mi tego - przyciąga mnie do siebie i chowa twarz w moich włosach - Ufam ci, ufam Nolanowi i wiem, że łączyła was przyjaźń. Przyjaciele są tak samo ważni, jak związek, zdaję sobie z tego sprawę. Szkoda, że zrozumiałem to dopiero po wszystkim. Wiesz, że wcale nie musisz prosić mnie o pozwolenie na kontakt z Nolanem, prawda? - odchyla się, układa dłonie na moich ramionach i patrzy w oczy - Powiedz, że nie masz mnie za takiego chorego skurwiela.
- Nie, nie mam cię za takiego chorego skurwiela i wiem, że nie muszę prosić cię o pozwolenie. Kocham cię, Justin, ale przyjaciele są dla mnie równie ważni. Cieszę się, że teraz to dostrzegasz. Pochwalam! 

- Och, biedroneczko! Jesteś zajebiście wyjątkowa - uśmiecham się na te słowa, bo dawniej mówił mi dokładnie to samo - Nolan zadzwoni do ciebie dzisiaj wieczorem, stęsknił się za tobą. Dylan też.
- Ja za nimi również i fajnie będzie ich znowu usłyszeć. Właściwie co przekazał ci Nolan? Zmiana planów?
- Niestety - psioczy niezadowolony i ruszamy dalej - Muszę wrócić do domu jeszcze dzisiaj. Ten stary dziad Rawls wymyślił sobie zaliczenie ćwiczeń, a kto się nie zjawi, będzie do tyłu. Nie chcę robić sobie zaległości, chcę wszystko zdać i mieć święty spokój. W środę kolejne kolokwium, co za koszmar.
- Och, więc pewnie zobaczymy się dopiero w weekend? - pytam smutno i już czuję dziwną pustkę.
- Postaram się przylecieć w środę wieczorem lub w czwartek. No chyba, że znowu coś wypadnie na uczelni.
- Spokojnie, to tylko kilka dni. Damy sobie z tym radę, prawda? Przynajmniej odpoczniesz sobie ode mnie.
- Ja wcale nie chcę od ciebie odpoczywać, ja robię to, będąc z tobą i Abbey. Wiesz, że kocham was obie?

- Wiem - przytulam się do jego ramienia, a moje serce zaciska pięść ogromnego szczęścia.

Justinowi udaje się zarezerwować bilet na nocny lot. Pakuje swoje rzeczy, stoję w progu pokoju i opieram się ramieniem o futrynę. Wcale nie chcę, żeby wyjeżdżał, jednak nie ma wyjścia. Przyzwyczaiłam się do jego obecności w moim życiu i te kilka dni wypełni tęsknota za nim i oczekiwanie na powrót. To dziwne, ale chyba teraz, pod wpływem tego nieznajomego mi uczucia podejmuję decyzję, że jeszcze przed świętami przeprowadzę się do San Francisco. Obiecałam sobie, że poczekam, dam sobie czas na oswojenie się z tym że ponownie jest w moim życiu. Jednak wszystko szlag trafia, bo myśl o jego nieobecności naprawa mnie niepokojem. To niezdrowe być od kogoś uzależnionym, a ja ponownie to zrobiłam.
- Hotel jest opłacony do końca tygodnia, a potem przedłużę rezerwację. Możesz być o to spokojna.
- Jestem, dziękuję - uśmiecham się i nie wspominam na razie o mojej decyzji - Wszystko spakowałeś?
- Chyba tak, zresztą mam zamiar tutaj wrócić - posyła mi zadziorny uśmieszek, podchodzi i dociska mnie do swojego ciała - Czy mogę liczyć na jakieś namiętne, wyjątkowe pożegnanie? - mruczy zmysłowo, muska nosem moją szyję i wypuszcza na nią zimne powietrze - Kilka dni bez ciebie to będzie katorga!
- Myślę, że twardy z ciebie gość i doskonale dasz sobie radę. Pomyśl, że czekam tutaj na ciebie. 

- Mam zamiar myśleć tylko o tobie i uwierz mi, bardzo twardy ze mnie gość - bierze moją dłoń i przysuwa do swojego krocza, przez które przebija się erekcja - Więc jak? Mogę zabrać cię do łóżka i wymęczyć?
- Możesz, ale! - wystawiam palec i wtykam w jego tors - Pamiętaj, że czeka na ciebie kąpiel dziecka.
- No tak, to już nie beztroskie czasy, huh? Kiedy pożądanie było na pierwszym miejscu, a teraz? Jestem ojcem, muszę wykąpać córkę, poczekać aż zaśnie i dopiero wtedy zająć się jej mamą. Niesamowite!
- Jesteś taki nieznośny - wsuwam palce w jego włosy, uśmiecham się i gryzę go w wargę - Do roboty!


Budzi mnie Abbey, która tej nocy spała ze mną. Przysuwam ją do piersi, uspokaja się, a ja spoglądam na poduszkę obok. Dotykam jej dłonią i myślę o Justinie, który niedawno na niej spał. To niewiarygodne, jak bardzo zmieniło się moje życie i to w przeciągu kilkunastu dni. Byłam pewna, że nadal przepełnia mnie żal za przeszłość, a wystarczyło, że Justin stanął w progu mojego skromnego mieszkanka, a uczucia przebudziły się do życia, wyfruwając niczym chmara motyli. Jestem szczęśliwa, ponownie pozwoliłam sobie na zapomnienie o wszystkich złych chwilach, a skupiłam się na chłopcu, którego pokochałam rok temu. Mogę się bronić, wypierać, odtrącać go od siebie, ale to i tak do niczego mnie nie zaprowadzi. Doskonale wiem, że nigdy nie będę w stanie pokochać nikogo innego, ponieważ to jemu oddalam swoje serce. Był pierwszym, którego obdarzyłam uczuciem, a skoro los ponownie nas ze sobą połączył, widocznie tak musiało być. Może takie jest nasze przeznaczenie i jednak mamy szansę na szczęśliwe zakończenie? Mimo tego całego syfu, który musiałam przejść przez ojca, potrafiłam kogoś pokochać, więc dlaczego do cholery miałabym o to nie zawalczyć? Justin jest wspaniały, dba o mnie, o Abbey i nie uciekł z krzykiem, kiedy powiedziałam mu, że jest ojcem. Nie każdy chłopak zachowałby się tak, jak on. Dziecko to poważna sprawa, a on po prostu się z tym pogodził. Naprawdę rozczula mnie jego troska i opieka nad Abbey.

Nucę pod nosem, kroję warzywa, zerkam do gotującego się makaronu i uśmiecham do małej, która leży w leżaczku i przygląda się moim poczynaniom. Mój humor jest dzisiaj świetny, po czułej wiadomości od Justina wręcz mam ochotę tańczyć ze szczęścia. Nie mogę doczekać się, aż ponownie do nas wróci. Tęsknię za nim, przyzwyczaiłam się do jego obecności i teraz czuję się nieswojo. Niestety życie nie jest tak kolorowe i muszę być cierpliwa. Mam nadzieję, że uda mu się zaliczyć kolokwium w środę. Na szczęście dzisiejsze ćwiczenia zaliczył na piątkę, więc chociaż jedno ma już z głowy. Byłam zaskoczona, kiedy wyznał, że nie zaliczył czterech egzaminów z sesji po moim odejściu. Nie spodziewałam się, że aż tak złamało go moje zniknięcie. Skoro wywinął mi taki numer w akcie zemsty, byłam pewna, że jego uczucie do mnie nie było nawet prawdziwe. Bo czy ukochana osoba nagrywa seks film i rozsyła go wszystkim? 
Moje przemyślenia przerywa dzwonek do drzwi. Spoglądam na zegarek, na którym widnieje piętnasta dwanaście i zastanawiam się, kogo niesie o tej godzinie? Biorę Abbey na ręce i człapię do drzwi. Jedyną osobą, której mogę się spodziewać, jest Monica. Jednak kiedy uchylam drzwi, moja szczęka uderza o podłogę. Kogo jak kogo, ale widok mojego gościa szczerze mnie szokuje.





piątek, 1 czerwca 2018

Rozdział dziewiąty


Ivy POV:

Następnego dnia Anthony przelewa moje wynagrodzenie za kilka dni grudnia. Pisze mi również wiadomość, jak bardzo żałuje, iż nasza współpraca dobiegła końca. Nie wspomina o wydarzeniu z soboty, więc chyba z tego powodu nie jest mu przykro. Postanawiam raz na zawsze zamknąć szufladkę z napisem "Prism" i przysięgam sobie w myślach, że nigdy więcej do tego nie wrócę. Nie dam się ponownie zrobić w balona.


Przez kolejne cztery dni Justin nie odstępował nas na krok i wciąż paplał o przeprowadzce. Nadal nie byłam pewna, czy to dobry pomysł, ale nawet nie chciał mnie słuchać. Zapewniał mnie, że nie musimy zabierać łóżeczka, wanienki i innych gadżetów, ponieważ jego mama oraz Jillian zaszalały i wszystko czeka na nas na miejscu. Czułam się skrępowana, bo ktoś wydawał mnóstwo pieniędzy na coś, co mogliśmy zabrać ze sobą. Justina nie sposób przegadać i stwierdził, że zdecydowanie za dużo mówię i należy mnie uciszyć. Tak też zrobił i przez kolejne dwie godziny idealnie zorganizował nam czas. W łóżku.

Bałam się, że zdecydowanie zbyt szybko mu zaufałam i ponownie wpuściłam do swojego życia. Miałam mnóstwo wątpliwości, bo skoro raz mnie zranił, drugi raz nie powinien być problemem. A potem obserwowałam go, jak nosił naszą kruszynę, całował, tulił, mówił do niej, a wieczorami nawet kąpał. Byłam zdziwiona, ponieważ nie okazał ani grama strachu i świetnie sobie poradził. Widok jego z Abbey zawsze rozmiękczał moje serce, a wątpliwości gdzieś ulatywały. Może powrót do San Francisco i mieszkanie z jego rodzicami wyjdzie nam na dobre? Abbey będzie przebywać w normalnym domu, ciepłym, czystym, a w nie w ruderze, w której jest chłodno i śmierdzi stęchlizną. Niestety na nic lepszego nie było mnie stać i starałam się z całych sił, abyśmy miały dach nad głową. Poza tym cieszyłam się, bo znowu będę blisko chłopców. Tęskniłam za Nolanem i miałam nadzieję, że Justin pozwoli mi się z nim zobaczyć. Ba! Ja wcale nie miałam zamiaru pytać go o zgodę, bo dlaczego miałabym to robić? Mamy dziecko, nie jesteśmy razem, chociaż wygląda to nieco inaczej. Na razie chcę postawić pewne zasady i lepiej, żeby ich nie złamał.


W sobotę przy śniadaniu Justin wierci się i patrzy na mnie spod byka. Delektuję się smakiem pysznej herbaty, wcinam kanapki i czekam, aż wreszcie wyduka z siebie to, co leży mu na sercu. I wreszcie to robi.
- Myślę, że jutro powinniśmy wyjechać - odkładam kubek, oblizuję usta i patrzę mu w oczy. Obiecał, że nie będzie na mnie naciskał, ale cholernie się niecierpliwił. Miałam świadomość, że moje mieszkanie jest w fatalnym stanie, a jemu się to bardzo nie podobało - Nie patrz tak na mnie tylko powiedz coś.
- Możemy przeprowadzić się do hotelu na kilka dni - podnoszę się, wkładam talerzyk do zlewu i sprzątam ze stołu. Zapada cisza, a jego spojrzenie wierci mi dziurę w plecach - Nie chcę jeszcze wyjeżdżać.
- Poważnie? Dlaczego? Zwlekasz, ciągle wynajdujesz jakieś głupie powody. O co tak naprawdę chodzi?
- To proste, Justin. Mówiłam ci to, ale chyba mnie nie słuchasz. Przeprowadzka to poważna decyzja, szczególnie, że jest to dom twoich rodziców. Nie chcę nikomu siedzieć na głowie, ale ciebie nie da się przegadać. Poza tym od twojego powrotu do mojego życia minęło zaledwie kilka dni, a ty już wymuszasz na mnie takie zmiany. Może i wybaczyłam ci przeszłość, ale to nie znaczy, że się nie boję przyszłości.
- Wiem, że się boisz, kochanie - podchodzi do mnie, opiera się biodrem o szafkę i dotyka palcami mojego policzka - To całkowicie normalne i rozumiem to. Miałem na ciebie nie naciskać, ale wiesz, jaki jestem niecierpliwy. Chcę po prostu zabrać was w lepsze miejsce, daleko od tej rudery. Chcę dobrze, Ivy.
- Wiem o tym, Justin. Chodzi o to, że wróciłeś i chcesz całkowicie zmienić moje życie. A co, jeśli ja w ogóle nie chce się przeprowadzić? Wolałabym tutaj zostać, zmienić mieszkanie i żyć tak, jak do tej pory?
- Masz rację, nie mam prawa zmuszać cię do opuszczenia Los Angeles. Jesteś dorosła i sama możesz decydować o swoim życiu. Jednak weź pod uwagę, że mamy dziecko, o którym dowiedziałem się całkiem niedawno. Chcę uczestniczyć w jego życiu, być obok. Nie wyobrażam sobie latania tam i z powrotem.

- Ja też sobie tego nie wyobrażam. Równie dobrze możesz skończyć studia i przenieść się do Los Angeles.
- C-co? - jąka się i patrzy na mnie zaskoczony - Nie chcę tutaj mieszkać, to obce dla mnie miasto, Ivy!
- A ja nie czuję się związana z San Francisco. Spotkała mnie tam krzywda, dlaczego miałabym wrócić?
- Nie rób mi tego, biedroneczko - pochyla się i opiera czoło o moje. Wcale nie chcę się z nim spierać, ale to będzie ciężka rozmowa - Wiesz, że mi na tobie zależy, chcę zacząć od nowa, tam, gdzie to się zaczęło.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy razem, prawda? - wzdycha głośno, odsuwa się i przeciera twarz rękami - Musisz być cierpliwy, Justin. Jestem zaskoczona swoim zachowaniem i tym, że tak szybko ponownie wskoczyłam ci do łóżka. Powinnam była zachować dystans, a zrobiłam dokładnie na odwrót.
- Jezu, Ivy! Daj spokój, dobrze? Po co te podchody? Przecież nadal się kochamy, tak? Po co przeciągać coś, co i tak się stanie? Jak nie teraz, to za kilka dni. Robisz to po to, żeby karać mnie za błędy?
- Nie żeby coś, ale zasłużyłaś sobie, prawda? - wzruszam ramionami i zabieram się za zmywanie naczyń. 

- Zasłużyłem, zgadzam się. Ale proszę, nie zachowuj się jak nastolatka, dobrze? Jesteśmy dorosłymi ludźmi, trzeba znaleźć wyjście z sytuacji, aby nasze dziecko wychowywało się z obojgiem rodziców.
- A jeśli nie chcę z tobą mieszkać? - pytam cicho, odkładam talerzyk na kratkę i czuje uścisk na ramieniu.
- Och, serio? Naprawdę nie chcesz ze mną mieszkać? - syczy przez zęby, przekręcam głowę i dostrzegam jego wściekłe spojrzenie. Zakręca wodę, odwraca mnie w swoją stronę i odchyla moją głowę w tył - Po co to mówisz, huh? Żeby zrobić mi na złość, czy może pokazać, że masz pełną kontrolę? - przy każdym wypowiedzianym słowie jego uścisk na moich włosach wzmacnia się, a oddech odbija od moich ust. Z jednej strony chcę się z nim podroczyć i pokazać mu, że nie może mną rządzić. To, że wrócił niczego nie zmienia, wcale nie muszę z nim być! Z drugiej strony podnieca mnie, kiedy jest taki pewny siebie i imponuje mi, że chce się nami zaopiekować - Uwierzę ci, jeśli przerwiesz to, co zaraz zrobię - uśmiecha się chytrze, wędruje dłonią w dół i wkrada się pod moją bieliznę. Kiedy tylko zaczyna poruszać palcami cichutki jęk ucieka z moich ust. Przez cały czas patrzy mi w oczy i doskonale wie, jak bardzo uwielbiam jego sprawne palce. Wręcz pieprzy mnie nimi, pochyla się i przegryza skórę na mojej szyi - Przyjemnie, prawda? Lubisz to, Ivy. Kochasz mnie, a mimo to w głowie ci jakieś dziecinne gierki - prycha z kpiną i przenosi kciuk na ten cudowny, maleńki punkcik, który jest tak wrażliwy i spragniony dotyku - Widzisz? Należysz do mnie, kochanie. Oddajesz się w moje ręce, ufasz mi, a ja mam pełną władzę - ponowie się uśmiecha, a jego ostatnie słowa działają na mnie jak płachta na byka. Co on sobie myśli, do cholery?!
- Pieprz się! - podnoszę głos, odpycham go od siebie i obsuwam spódnicę w dół. Jest szczerze zaskoczony moim ruchem i patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem - Masz pełną władzę? Zwariowałeś? Myślisz, że jak włożysz we mnie palce to wszystko będzie jak dawniej? Znowu namącisz mi w głowie, a potem wywiniesz gówno, po którym ponownie spadnę na samo dno? Wiesz, jak trudno się stamtąd wraca?! Nic nie wiesz!



Justin POV:
Patrzę na Ivy i nie wierzę w to, co wypływa z jej ust. Nie spodziewałem się takiej reakcji i jestem nią zdziwiony. Chyba dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo się zmieniła. Jest bardziej nerwowa i szybciej wpada w furię. Kilka słów w zawrotnym tempie wyprowadziło ją w równowagi, a nie to było moim zamiarem. Droczyłem się z nią, a dawniej uwielbiała, kiedy miałem nad nią przewagę. Ceniła moją pewność siebie to, że potrafię ją poprowadzić, zaopiekować się nią, ochronić. Teraz widzę, że wydarzenia sprzed roku wyryły się w jej psychice tak samo mocno, jak przejścia z ojcem. Naiwnie myślałem, że czas pozwolił jej zapomnieć, pójść dalej, wybaczyć mi te potworności. A ona wciąż jest tą młodziutką, zagubioną dziewczyną, która została paskudnie potraktowana, która chciała odebrać sobie życie.
- Kochanie, to nie tak. Ja nie chci... - zaczynam, jednak nie dane jest i skończyć. W tym momencie rozlega się płacz Abbey, ale Ivy nie rusza się z miejsca. Patrzy w dół, masuje skronie i zaciska usta. Biorę sprawy w swoje ręce, idę do pokoju i ostrożnie biorę maleńkie ciałko w ramiona. Mała macha rączkami i płacze żałośnie. Sięgam po smoczek, wkładam w jej usteczka i kołyszę na boki. Szybko się uspokaja, patrzy na mnie i zaciska palec na moim. Uśmiecham się na ten widok, a moje serce wręcz topnieje. Nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w roli ojca, aż tu nagle Ivy zrzuca na mnie taką bombę. Byłem w szoku, nie tego się spodziewałem, jednak zaskoczyłem samego siebie. Nie uciekłem, nie spanikowałem, nie nakrzyczałem na nią. Sporo przeszła, była sama, a ja nie mogłem jej wspierać. Dlatego teraz tak bardzo zależy mi, aby obie mały lepsze życie. Tylko w San Francisco jest to możliwe - Grzeczna dziewczyna, śpij skarbie - grucham cichutko, zamyka oczka i po chwili zapada w sen. Ostrożnie odkładam ją z powrotem, okrywam kocykiem i wracam do Ivy. Przeniosła się do salonu, stoi przy oknie i wpatruje się w park, który jest tuż pod blokiem - Nie chciałem, żebyś odebrała to w ten sposób. Mam świadomość, że nic nie mogę. Wszystko zależy od ciebie i zostawiam to w twoich rękach - odwraca się i patrzy na mnie podejrzanie - Rozpędziłem się, chciałem cię stąd zabrać i nie obchodziło mnie nic więcej, a tak nie można. Masz prawo zostać tutaj, znaleźć nową pracę, nawet mieć chłopaka - krzywi się na ostanie słowo i spuszcza wzrok - Ja zawiniłem i doprowadziłem cię do okropnego stanu. Pragnę to naprawić i zapewniam cię, że mam czyste intencje. Dorosłem przez ten rok, zrozumiałem wiele rzeczy i obiecuję, że nigdy więcej nie zachowam się jak szczeniak. Tylko pozwól mi stworzyć z wami rodzinę, Ivy. N-nie zniósłbym, gdybyś postanowiła oddziel...
- Przestań, Justin. Nie mam zamiaru oddzielać cię od dziecka - podchodzi do mnie i wtula się w moje ciało - Wiem, że chcesz dobrze. Po prostu wszystko dzieje się jak w przyśpieszonym tempie, a ja muszę się do tego przyzwyczaić. To nie tak, że nie chcę z tobą być, przecież nadal cię kocham - och! Jak dobrze usłyszeć to z jej ust, właśnie tego potrzebowałem. Zapewnienia, że istnieje dla nas szansa na ciąg dalszy. Szansa na happy end - Daj mi tylko trochę czasu, a na pewno sprawy wskoczą na swoje miejsce i ułożą się po swojemu - unosi głowę i pociera nosem o mój - Możesz to dla mnie zrobić? Po prostu poczekać?

- Mogę, biedroneczko - dociskam ją do siebie i zanurzam twarz w jej włosach - Poczekam ile będzie trzeba.


Ivy POV:

Popołudniu wybieramy się na wspólny spacer. Justin pcha przed sobą wózek, a drugą dłoń wplata w moje palce. To cudowne uczucie ponownie mieć go przy sobie i chociaż nie spodziewałam się tej porannej rozmowy, miło mnie zaskoczył. Poczeka, aż w mojej głowie wszystko na spokojnie się ułoży, aż zakoduję, że być może mamy jeszcze szansę odbudować to, co zostało zniszczone. Zapewne gdybym była inną osobą, wskoczyłabym mu w ramiona i pozwoliła zabrać się na koniec świata, jednak przeszłość mi na to nie pozwala. Jestem ostrożna, ponieważ boję się, że ponownie zostanę zepchnięta w otchłań z której już nie zdołałabym się wykaraskać. Dlatego powinniśmy działać powoli, a nie rzucać się na głęboką wodę. 

Justin postanawia również poszukać odpowiedniego miejsca na nasze tymczasowe przeniesienie. Przypadkiem znajdujemy piękny hotel, który składa się z osobnych, kwadratowych domków z małym patio. Dowiadujemy się o cenie, która o dziwo nie jest wcale taka zła, i o możliwości szybkiej rezerwacji. Justin nie czeka na nic, rezerwuje domek i płaci z góry. Jestem skrępowana, że ktoś płaci za mnie taką kwotę, jednak nie pozwala mi powiedzieć ani słowa na ten temat. Obiecuję sobie, że kiedyś zapracuję i oddam mu wszystko co do grosza. Może wydawać pieniądze na dziecko, nie na mnie.

Wieczorem zabieramy się za pakowanie. Nie ma tego zbyt wiele, więc szybko się uwijamy i mieścimy w zaledwie sześciu kartonach. Większość rzeczy należy do Abbey, w tym łóżeczko, wanienka i wózek.
Umawiam się również z Panem Brennerem, który wynajmował mi mieszkanie. Z płatnościami jestem na bieżąco, jednak jest nieźle wkurzony, że zrywam umowę tak nagle. Straszy mnie prawnikiem, ale Justin łagodzi sytuację pieniędzmi. Nie jestem zadowolona z tego powodu, w przeciwieństwie do niego. Uśmiecha się szeroko, wiruje po salonie z Abbey i ma wszystko w nosie. Dlaczego do cholery nie potrafię być tak wyluzowana jak on? Dobrze byłoby się wreszcie niczym nie martwić i nieco odstresować.

Kilka minut po dziewiętnastej jesteśmy gotowi. Próbowałam namówić Justina, abyśmy przełożyli to na jutro, ale nie chciał o tym słyszeć, więc ustąpiłam. Ubrałam Abbey, Justin wygodnie ułożył ją w foteliku i dopilnował firmy, która miała przewieźć rzeczy na miejsce. Był kochany i doceniałam jego pomoc.
- Jesteś gotowa? Ile jeszcze mamy na ciebie czekać? Abbey się niecierpliwi - przewracam oczami na dochodzący z salonu głos Justina i opuszczam łazienkę - No nareszcie! Wyglądasz pięknie, skarbie.
- Och, daj spokój - zawstydzam się i narzucam na siebie kurtkę. Kiedy wkładam buty rozlega się dzwonek do drzwi. Justin patrzy na mnie zaskoczony, idzie otworzyć, a ja staję w progu salonu. Uchyla drzwi, a przed nim pojawia się dobrze znana mi już kobieta - Co ty tutaj robisz? - pytam ostro i podchodzę.

- Ciebie też miło widzieć, córeczko - Justin gwałtownie przekręca głowę i gapi się na mnie jakby zobaczył ducha - Możemy porozmawiać? Nie zajmę ci dużo czasu - wzdycham ciężko i niechętnie się zgadzam.
- Może pojedziesz z Abbey do hotelu, hmm? - pytam Justina, który jest już gotowy do wyjścia, tak samo jak Abbey - Skoro oboje jesteście ubrani, nie ma sensu tracić czasu. Porozmawiam z mamą - ostatnie słowo ledwo przechodzi mi przez gardło, jednak staram się nie skrzywić - A potem do was dołączę. Może być?
- Kiedy skończysz zadzwoń do mnie, przyjadę po ciebie - cmoka mnie w czoło i wychodzi z mieszkania.
- Co to za chłopak? - matka pyta bez ogródek i uważnie się we mnie wpatruje - Czyżby ojciec dziecka?
- Tak, to ojciec mojego dziecka. Nie powinno cię to interesować - burczę pod nosem i gestem dłoni zapraszam ją do salonu - O czym znowu chciałaś ze mną porozmawiać? Czyżbyś o czymś zapomniała?
- Jest mnóstwo rzeczy, o których chciałabym ci powiedzieć. Niestety jesteś do mnie wrogo nastawiona.
- Naprawdę cię to dziwi? Zostawiłaś mnie, a teraz nagle wracasz i czego oczekujesz? Wybaczenia? Miłości?
- Na początek może chociaż kontaktu? Móc zobaczyć cię od czasu do czasu, porozmawiać, przytulić.
- Chcesz tego? Jakoś za pierwszym razem nie okazałaś wobec mnie nawet grama uczuć, byłaś obojętna.
- To nieprawda, Ivy. Zobaczyłem cię pierwszy raz odkąd zostawiłam cię w szpitalu, to nie jest proste.
- Dla mnie też to nie jest proste. Nie wiem, czy nasze relacje da się naprawić, chyba jest już za późno.
- Nigdy nie jest za późno, jeśli obie strony tego chcą. Ja chcę i bardzo liczę na to, że ty również.
- Do tego jest daleka droga. W dodatku przenoszę się do hotelu i zapewne wrócę do San Francisco.
- A może przeprowadzisz się do nas, do Dubaju? - co takiego? Czy ja się przesłyszałam? - Amir ma piękny, ogromny dom, córkę w twoim wieku. Jestem pewna, że spodobałoby ci się tam. To cudowne miejsce, Ivy. 

- Zapewne, jednak nie mogę tego zrobić. Ja cię w ogóle nie znam! Nawet nie wiem, jak masz na imię!
- Mam na imię Monica. Twoje imię jest piękne i chociaż tę jedną rzecz udało się ojcu nie spieprzyć.

- Nawet mi o nim nie wspominaj. Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego, dla mnie nie istnieje.
- Skontaktowałam się z nim - o, Boże! Siadam na kanapie i patrzę na nią z przerażeniem - Kilka dni temu odwiedziłam go w areszcie. To było nasze pierwsze spotkanie od dwudziestu lat, Ivy. Zmienił się, zadbał o siebie w więzieniu, nabrał mięśni. Niestety o jego głowie nie mogę powiedzieć tego samego, ponieważ pała do mnie, jak i do ciebie, jeszcze większą nienawiścią - słucham tego jak zaczarowana, a znajomy strach pełza po moim ciele niczym wąż boa, który zaciska się wokół narządów i zgniata je bezlitośnie - Za trzy dni opuszcza areszt, został z niczym i poprosił mnie o pomoc - nie! To są chyba jakieś jaja! - Odmówiłam.
- I dzięki Bogu! Nie możesz mu pomagać, bo zniszczył nam życie! Powinien zgnić w więzieniu, a wychodzi!

- Też tego nie rozumiem. Jak można wypuścić człowieka za dobre sprawowanie? Przecież to niepojęte.
- M-mówił coś o mnie? - jąkam się i chociaż nie chcę poznać odpowiedzi na to pytanie i tak pytam.
- Tak, mówił o tobie. Napisał dla ciebie list - Monica szuka go w torebce i po chwili w moich dłoniach spoczywa biała, wymięta koperta. Jezu, cóż ten człowiek mógł do mnie napisać?! - Jeśli nie chcesz, nie czytaj. Wyrzuć to w cholerę i nie zadręczaj się tym człowiekiem. Nie jest wart naszej uwagi. 


Monica wychodzi chwilę później. Zostawia mi numer telefonu, podaję jej swój i prosi, żebym odzywała się od czasu do czasu. Zapewniła, że mogę liczyć na nią w każdej chwili i przyjedzie natychmiast, jeśli będę jej potrzebować. Zaskoczyła mnie, kiedy przed wyjściem pocałowała mnie w policzek, mocno przytuliła do siebie i szepnęła, że moje konto nie świeci już pustkami. Nie pozwoliła mi dojść do słowa, wyszła, a ja od razu dopadłam do laptopa, którego Justin jeszcze nie zabrał. Faktycznie. Na moim koncie widniało okrągłe czterdzieści tysięcy dolarów i musiałam przysiąść, inaczej nogi ugięłyby się pod ciężarem mojego ciała. Wiedziałam, że są to pieniądze jej nowego faceta. Skoro tak chwaliła jego dom, musi być zamożnym człowiekiem. Na początku chciałam odesłać te pieniądze, a potem przeczytałam notkę w przelewie.

Witaj, Ivy.
Nie znamy się, ale to nie ma znaczenia. Jesteś córką kobiety, którą kocham najmocniej na świecie. Chcę się o ciebie zatroszczyć, tak, jak troszczę się o własną córkę. Chcę się podzielić tym, czego mam pod dostatkiem. Mam cichą nadzieję, że pewnego dnia będę mógł cię poznać. Twoja mama tak wiele o tobie mówiła. Kocha cię i czeka, aż w swoim czasie odzyska utraconą córkę. Amir.

Długo dochodzę do siebie po przeczytaniu tego krótkiego listu od Amira, którego nie znam. Najbardziej zaskakuje mnie część o zatroszczeniu się o mnie, o podzieleniu tym, czego jemu nie brakuje. Nie zna mnie, a mimo to chce mnie wspierać. Nie ukrywam, to godne podziwu i Monica naprawdę trafiła na wspaniałego człowieka. Nie dlatego, że ma pieniądze, ale dlatego, że ma wielkie serce.
Jaka szkoda, że mój własny ojciec nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina Amira. Kątem oka zerkam na list, który leży na stoliku i niepewnie biorę go do ręki. Nie jestem pewna czy chcę to przeczytać, ale ciekawość i tak bierze górę. Drżącymi rękami otwieram kopertę i wpatruję się w jego niechlujne pismo. Od zawsze pisał jak kura pazurem i jak widać, w tej kwestii niewiele się zmieniło.


Witaj, kochana córeczko.
Skorzystałem z okazji, iż twoja urocza i wciąż piękna matka zaszczyciła mnie swoją obecnością i postanowiłem napisać do ciebie list. To dość zabawne, bo nigdy dotąd nie pisywałem listów, więc proszę o wyrozumiałość, jeśli coś jest nieczytelne lub słowa nie mają najmniejszego sensu. 


Monica wiele mi o tobie powiedziała. Pokazała mi nawet zdjęcie i muszę przyznać, że jesteś przepiękną, młodą kobietą. Nie mogłem napatrzeć się na twoje długie, jasne włosy, na bladą cerę i oczy, które wpatrywały się we mnie ze zdjęcia. Przypomniałem sobie czas, kiedy byłaś małą, niegrzeczną dziewczynką i musiałem karać cię, abyś nauczyła się posłuszeństwa. Chyba mi się to udało, prawda? Jesteś grzeczna, Ivy? 

Jeśli spodziewałaś się w tym liście przeprosin, będziesz rozczarowana. Nie zamierzam przepraszać, moja śliczna córeczko. Dostałaś to, na co zasłużyłaś i gdybym się wtedy nie rozpędził, nie byłbym tutaj, gdzie teraz jestem. To nie tak, że narzekam i marudzę, jak koszmarne jest to miejsce. Nie jest tak źle, a ten czas w zamknięciu pozwolił mi na długie przemyślenia o przyszłości, wolności, o spotkaniu ciebie. Jak wiesz, opuszczam to miejsce i ruszam naprzód. Monica odrzuciła swoją pomoc, czym nie powinienem być aż tak zaskoczony. Zawsze była pyskata i lubiła mi się stawiać. Nie to co ty, cukiereczku. Prawda? Jesteś córeczką tatusia i już nie mogę doczekać się, aż wreszcie ponownie cię ujrzę. Odliczam dni, skreślam je w kalendarzu, a moje serce się raduje.
Nie myśl, że zapomniałem, kto zatrzasnął za mną kraty więzienia.


Twój kochający ojciec. 

Upuszczam list, zasłaniam usta dłonią, a serce podskakuje mi do gardła. Boże! Koszmar powraca.