piątek, 22 czerwca 2018

Rozdział dwunasty

Nie wiem, ile mija czasu, zanim wreszcie biorę się w garść i otwieram drzwi. Na szczęście to tylko obsługa hotelowa, a dokładniej młody chłopak, który usłyszał hałas i postanowił to sprawdzić. Przepraszam go, zrzucam winę na zbyt głośną muzykę, chociaż mam ochotę dziękować mu za to, że postanowił przerwać mój koszmar. Gdyby nie on, nie wiem, ile trwałoby nękanie ojca. Mam wrażenie, że dopiero się rozkręcał.

Odkładam Abbey do leżaczka i włączam karuzelę. Kiedy ona próbuje złapać króliczka, ja wysilam się i staram się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Za nic w świecie nie mogę tutaj zostać, inaczej ojciec wróci i stanie się coś o wiele gorszego. Nie oszczędzi mnie, tym bardziej Abbey i zapewne skończę podobnie, jak w dzieciństwie. W dodatku jestem dorosła, a ojciec chętnie sprzeda mnie do pierwszego z brzegu burdelu, aby tylko zarobić parę dolców. I mimo tego, że przeraża mnie jeszcze bardziej niż sześć lat temu, nie pozwolę mu ponownie wkroczyć do mojego życia i zrobić z niego piekło. Już dość się wycierpiałam, chcę być szczęśliwa, przestać się w końcu bać. Czy kiedykolwiek się od niego uwolnię?


Kiedy w miarę się uspokajam, postanawiam zadzwonić do Justina. Może on wpadnie na jakiś pomysł?
- Hej, biedroneczko! Właśnie miałem do ciebie dzwonić i powiedzieć, że będę o północy. Cieszysz się?
- O-oczywiście, że się cieszę. Bardzo za tobą tęsknię i potrzebuję cię, Justin. Cholernie się boję.
- Boisz? Ale czego? Chyba nie tego, co nas wspólnie czeka, prawda? Obiecuję, że sobie poradzimy.
- Nie, nie o to chodzi. Boję się ojca - kiedy tylko wypowiadam ostatnie słowo, słyszę, jak głośno wciąga powietrze - Był u mnie dzisiaj i groził, że zrobi mi krzywdę, jeśli nie dam mu stu tysięcy. Oszalał!
- Co takiego?! - wrzeszczy, aż muszę odchylić telefon od ucha. Coś stuka w tle, puka i strzela - To są chyba jakieś jaja! Ten człowiek nie ma za grosz wstydu, żeby po tym wszystkim do ciebie przychodzić!
- W-wiem, ale nie chcę się tym teraz przejmować. Będzie tutaj jutro, a ja nie chcę go widzieć. Jeśli zostanę w hotelu, dorwie mnie i Abbey. On mówił straszne rzeczy, wiesz? Że sprzeda moje ciało! Że jestem mu winna mnóstwo pieniędzy za to, że mnie wychował. Nie zmienił się, jest przerażający! Boję się!
- Ciii, obiecuję, że nie dotknie was nawet palcem. Będę u ciebie za kilka godzin, pozamykaj wszystkie drzwi, te od tarasu również i miej przy sobie telefon. W razie czego masz natychmiast dzwonić na recepcję lub policję, dopóki nie dotrę na miejsce. Zabiorę was stamtąd, Ivy. Wracamy do San Francisco.
- Tak, chciałam ci to powiedzieć w cztery oczy, ale chrzanić to. Muszę wyjechać jak najdalej od niego.
- I tak właśnie zrobisz. Nie obawiaj się, mój tata jest adwokatem, ma mnóstwo kolegów po fachu, jak i w policji. Jeśli będzie taka potrzeba, załatwimy zakaz zbliżania się do ciebie. To go przyhamuje.
- Wątpię, aby cokolwiek go przyhamowało. Mam wrażenie, że on jest chory psychicznie, Justin. Wspominał moje dzieciństwo to, co mi robił. Nawet przypomniał mi jego ulubioną zabawę w podduszanie.
- O czym ty mówisz, Ivy? Jego ulubioną zabawę? W podduszanie? Chcesz powiedzieć, że cię dusił?!
- Tak, odcina dopływ tlenu, aż prawie tracę przytomność, a potem przestaje i zaczyna zabawę od nowa.
- Jezu, to chore! Teraz wiem, że bez zakazu się nie obejdzie. Zaraz zadzwonię do taty i pogadam z nim.
- Nie chcę, żeby twoi rodzice patrzyli na mnie jak na wariatkę. Nie chcę, żeby ojciec tam dotarł! On znajdzie mnie wszędzie, gdziekolwiek nie ucieknę! Boże, ja nie mogę u ciebie zamieszkać, Justin.
- Musisz! Nie chcę słyszeć ani słowa na ten temat, Ivy. Nie będę się z tobą kłócił, w dodatku przez jebany telefon! Jestem zdenerwowany, nie każ mi się wkurzyć jeszcze bardziej i po prostu spakuj siebie, Abbey i czekaj na mnie. Zaraz zarezerwuję lot dla naszej trójki, a kiedy tylko dotrę, zmienimy hotel.
- N-nie wiem, co mam robić - schylam głowę, przykładam dłoń do ust i czuję ciepłe łzy na policzkach. To dla mnie zbyt wiele, wszystko wraca od nowa i ponownie muszę się bać. Dlaczego, teraz kiedy poszłam do przodu, Justin wrócił, Abbey ma ojca i szansę, żeby dorastać w normalnych warunkach, wśród dobrych i życzliwych osób? - Nawet nie wiem, jak udało mu się mnie znaleźć! Przecież siedział w Green Village.
- Mało mnie to obchodzi, kochanie. Postaram się, żeby ten człowiek trzymał się z dala od mojej dziewczyny i córki. Tata naprawdę ma niezłe wtyki, pogada, gdzie trzeba i uda mu się zdobyć nakaz.
- Nie rozumiesz, że mojego ojca nie powstrzyma głupi papierek? Ten człowiek rości sobie do mnie prawo, uważa, że jestem jego własnością i może zrobić ze mną, co tylko zechce. Mogę mieć tysiąc zakazów.
- Nikt nie ma do ciebie żadnych praw, jesteś dorosła i ty decydujesz o własnym życiu. Jeśli tego nie rozumie, trzeba będzie mu to przekazać. Proszę, pozamykaj się i czekaj na mnie, dobrze? Niestety nie znalazłem lotu na wcześniejszą godzinę, co teraz cholernie utrudnia sprawę. Miejmy nadzieję, że ten frajer naprawdę przyjdzie jutro i nie zmieni nagle zdania. A jutro już nas tam nie będzie.


Czas dłuży się niemiłosiernie. Każda sekunda, minuta, godzina to wieczność! Pozamykałam wszystkie drzwi na każdy zamek, pozaciągałam rolety, trzymam telefon blisko siebie i nie wychylam nosa z domu. Na wszelki wypadek powiadomiłam portiera, aby od razu dał mi znać, jeśli przyjdzie do mnie starszy mężczyzna i pod żadnym pozorem nie wpuszczał go do mnie. Wpisał go na czarną listę i obiecał, że zatrzyma go ochrona, jeśli będzie się awanturował. Trochę mnie to uspokoiło, chociaż każdy hałas w pobliżu przyprawiał mnie o ciarki. Modliłam się, żeby Justin już dotarł i czekałam na niego jak na zbawienie. Co rusz spoglądałam na zegarek, chodziłam tam i z powrotem i wreszcie się doczekałam. Piętnaście minut po północy Justin pojawił się w drzwiach domku, a ja wpadłam w jego ramiona i rozpłakałam się jak dziecko. Długo nie mogłam dojść do siebie, jednak poczucie bezpieczeństwa i jego dłonie skutecznie odgoniły strach. Przynajmniej chwilowo.

Spakowałam wszystkie rzeczy, których było całkiem sporo. Justin decyduje, że połowę zostawimy, w tym łóżeczko, wózek i większe rzeczy. Zabieramy ubrania, rzeczy Abbey i opuszczamy hotel. Nie wiem, czy Justin ma jakiś plan, ale jedziemy w stronę lotniska. Och, czyżbyśmy wylatywali już teraz?
- O czwartej trzydzieści mamy lot - a jednak! - Udało mi się zarezerwować najbliższy, ale nie ma na co czekać. Nie mam zamiaru narażać cię nawet na minimalne niebezpieczeństwo. Myślisz, że Abbey dobrze zniesie lot? Trwa zaledwie godzinę z hakiem - spogląda na nią, śpi w foteliku, wyglądając jak aniołek.
- Mam nadzieję, że tak. Jest jeszcze malutka, sporo śpi i jeśli nie jest jej mokro i jest najedzona, reszta świata mało ją obchodzi - uśmiecham się i przytulam do jego ramienia - Mamy jeszcze trzy godziny.
- Planowałem pojechać do innego hotelu, ale nie widzę sensu. Poczekamy na lotnisku, szybko zleci, a potem będziemy daleko stąd. Akurat zdążymy coś zjeść i nakarmisz małą przed lotem, Może tak być?
- Jasne, skarbie - cmokam go w usta, przytrzymuje pocałunek i przytula mnie do siebie mocno.


Trzy godziny mija szybciej, niż się tego spodziewałam. Raz dwa przechodzimy przez odprawę, wsiadamy na pokład, zajmując swoje miejsca. Ja siadam pod oknem, Abbey układamy w środku, a Justin od strony przejścia. Kto by pomyślał, że zaledwie rok później będę wracać w to samo miejsce, z którego przyszło mi uciekać? Obiecałam sobie, że moja noga nigdy nie postanie w San Francisco, a sama podjęłam decyzję o powrocie. Jednak sytuacja bardzo się zmieniła i nie chodzi tylko o mój bunt i udowodnienie Justinowi, że wcale nie muszę się przeprowadzać. Chodzi o nasze dziecko, które może ucierpieć przez swojego szurniętego dziadka. Nikt nie powinien był wypuszczać go z więzienia. Dobre sprawowanie nie ma tutaj nic do rzeczy, wyrok to wyrok i powinien odsiedzieć go w całości, w szczególności za znęcanie się nad własnym dzieckiem. Czy ktokolwiek przebadał jego stan psychiczny? Czy nie zachowywał się tak podczas odbywania kary? Cholera, jest dobrym aktorem i mógł ich wszystkich oszukać, robić dobrą minę, być potulny jak baranek i czekać na swoją szansę. Doczekał się, wyszedł i od razu mnie odwiedził. Jakim cudem wiedział, gdzie się znajduję? Nie jest sprytny, nie posiada znajomości i pieniędzy, więc jak?! 

Na lotnisku w San Francisco lądujemy kilka minut po szóstej rano. Abbey na szczęście przetrwała lot bez pobudek, nadal śpi i ja również marzę o kawałku łóżka. Odbieramy bagaże, kierujemy się w stronę wyjścia, a na parkingu czeka na nas tata Justina oraz Jillian, na której widok jestem nieco zaskoczona.
- Ivy! - jej głos brzmi płaczliwie, rzuca się na mnie i przytula do siebie - Tak bardzo się cieszę, że do nas wróciłaś. Boże, tak się martwiłam, kiedy Justin opowiadał o tym, co cię spotkało. Wszystko okej?
- Tak, wszystko okej, siostrzyczko. Ivy jest zmęczona, jedźmy do domu. Wyśpicie się, to pogadacie, tak?
- Jasne - ociera łzy, siada ze mną na tylnym siedzeniu, a Justin przypina fotelik - O rany, nie wierzę, że mój brat ma dziecko. Jest taka śliczna i mała. Mogę dotknąć jej rączki? - patrzy na mnie niepewnie, przytakuję głową i wreszcie chwyta małą rączkę Abbey - Mama oszaleje, jak ją zobaczy. Jest urocza, taka drobinka.
- I podobna do ciebie, synu - tata Justina spogląda z siedzenia kierowcy i posyła mi spojrzenie pełne rozczulenia - Dobrze cię widzieć, kochanie. O nic się nie martw, u nas będziecie bezpieczne. 


Docieramy na miejsce w momencie, w którym moje oczy zaczynają się zamykać. Tata Justina parkuje przed domem, z którego wychodzi znajoma mi już kobieta i zapala światło na werandzie. Wychodzę z samochodu, Justin bierze fotelik z Abbey, a jego tata walizki. Czuję się trochę niepewnie. Widziałam jego rodziców zaledwie dwa razy, w tym spędziłam z nimi przecudowne i najlepsze święta w moim życiu. Mieszkanie pod jednym dachem to jednak ciut inna sprawa i ciekawa jestem, jak to będzie wyglądać.
- Och, Ivy - mama Justina tuli mnie do siebie, troskliwie głaszcząc po plecach. Mam ochotę rozpłakać się, chociaż nie mam na to najmniejszych sił. Jej ramiona coś we mnie odblokowują i czuję się, jakbym wróciła do domu, a nie do prawie obcych mi ludzi - Cieszę się, że znowu jesteś z nami, kochanie. Justin potwornie za tobą tęsknił - szepcze mi na ucho, a ja uśmiecham się lekko - Był zdruzgotany twoim odejściem, a my załamani jego dziecinnym zachowaniem. Jestem ci wdzięczna, że zdołałaś mu to wybaczyć.
- Kocham go - odsuwam się lekko i ściskam jej dłoń - Było między nami różnie, ale wychodzimy na prostą.
- Teraz będzie już tylko lepiej, wejdźmy do środka. Koniecznie muszę poznać moją wnuczkę - klaszcze w dłonie, wchodzimy do domu i natychmiast czuję tę domową, rodzinną atmosferę. Mogłabym ją chłonąć garściami! - Och, słodki Boże! Ależ to cudo! - szepcze ze łzami w oczach, kuca przy foteliku i patrzy na Abbey, jak zaczarowana - Jakaś ty śliczna - dotyka jej rączki, nóżki i kręci głową, jakby nie dowierzała, że naprawdę tutaj jest - Jest taka podobna do Justina, ma nawet jego ciemne włoski i mały nosek.
- Mamo - Justin burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Ja wiem, że jestem super przystojnym gościem, ale ledwo stoję i marzę o odrobinie snu. Dochodzi szósta rano, możemy przełożyć to na potem?
- Oczywiście, syneczku! Uciekajcie się położyć, wasz pokój jest gotowy, ale możecie zmienić wszystko, co nie przypadnie wam do gustu. Ivy - podchodzi i bierze moje dłonie w swoje - Czuj się jak u siebie w domu, bo od dzisiaj jest to twój dom. Twój i Abbey. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że tutaj jesteście.
- Dziękuję - gula w gardle ledwo pozwala mi mówić i nim się orientuję, wybucham płaczem. Boże, ci ludzie przyjmują mnie pod swój dach, traktują jak rodzinę, oferują pomoc. Mogę na nich liczyć, a nigdy nie mogłam liczyć na własnych rodziców, którzy odrzucili mnie od siebie i mój los był im obojętny.
- Kochanie, proszę, nie płacz. Chodźmy się położyć - Justin obejmuje mnie ramieniem, prowadzi na górę i otwiera drzwi na końcu korytarza - To nasza sypialnia, a pokój obok będzie pokojem Abbey, jak odrobinę podrośnie - ocieram policzki i rozglądam się po ogromnym, jasnym wnętrzu. Na środku stoi ogromne łóżko, na jednej ze ścian jest rząd białych szaf, a po przeciwnej stronie okna od sufitu aż pod podłogę. Naprzeciwko łóżka stoi szary narożnik, dwa fotele i stolik do kawy, a obok łóżka przepiękne łóżeczko - Mam nadzieję, że ci się podoba. Jeśli nie, możesz urządzić wszystko po swojemu. Rodzice dali nam wolną rękę.
- Nie chcę nic zmieniać, przecież tutaj jest niesamowicie, Justin. Tak jasno i przestronnie. Pięknie!
- Świetnie, że ci się podoba. Jakoś nie mam ochoty na remont - porusza brwiami, podchodzi i przytula mnie do siebie - No i proszę, nareszcie mam cię tylko dla siebie, biedroneczko. Wróciłaś tutaj, a ja nigdy cię już nie wypuszczę. Zaczynamy życie we trójkę, tak jak powinno być. Co ty na to, hmm?
- Jestem bardzo szczęśliwa. Pokazałabym ci nawet jak, gdybym nie była taka zmęczona, więc wybacz.
- Wybaczam, co nie znaczy, że nie odbiorę sobie tego później. A teraz wskakuj w piżamę i do łózka.




Justin POV:
Budzę się kilka minut po dziesiątej. Ivy nadal smacznie śpi, Abbey również, więc czmycham po cichutku i schodzę na dół. Ziewam przeciągle, drapię się po brzuchu i wchodzę do kuchni, w której moja rodzinka jest już w gotowości. Ich spojrzenia wręcz mnie przewiercają! Jezu, zaraz się zacznie.
- I co, i co? - Jillian wierci się na krześle i patrzy na mnie maślanym spojrzeniem - Co Ivy powiedziała?
- Była zachwycona, siostrzyczko, i nie zamierza nic zmieniać. Idealnie trafiłyście w jej gust, gratulacje.
- Wiedziałam! - klaszcze w dłonie i spogląda na mamę - Ivy lubi stonowane kolory, czułam to w kościach!
- Jesteś niemożliwa, Ji. Serio - przewracam oczami, siadam na krześle i nalewam kawy do filiżanki.
- Powinieneś zanieść Ivy śniadanie do łóżka - prawie krztuszę się kawą. Patrzę na tatę lekko zszokowany, wzrusza ramionami i posyła mi chytry uśmieszek - No, co? To będzie z twojej strony miły gest. Wiem, co mówię, zaufaj mi. Dawno, dawno temu, też nosiłem twojej mamie śniadania do łóżka. Pamiętasz, dzióbku?
- Oczywiście, krasnalku - zaciskam usta i jeszcze chwila, a uduszę się ze śmiechu - Jesteś romantykiem.
- Okej, dość tych słodkości, bo zaraz mnie zemdli - podnoszę tyłek, podchodzę do lodówki i myślę, co przygotować na śniadanie dla mojej ukochanej. Cholera! Czyż to nie wygląda jak sielankowe życie?
- Pomogę ci, synku - mama zabiera się do pracy, ja nalewam kawę, trochę soku pomarańczowego i układam na tacy. Po chwili mama stawia na niej talerzyk z tostami, dżemem truskawkowym domowej roboty i pyszną jajecznicą z szynką i szczypiorkiem - Wiesz, tak się dzisiaj z tatą zastanawialiśmy - oho! Patrzę raz na mamę, raz na tatę i coś mi tu nie pasuje - Wiemy, że jest jeszcze zbyt wcześnie, to zrozumiałe, ale jak ma się dziecko, życie wygląda nieco inaczej - marszczę brwi, wkładam do ust trochę jajecznicy i czekam na puentę tej wypowiedzi - Chodzi nam o to... - chrząka, miętosi w palcach chusteczkę i bierze głęboki oddech - Okej, walnę prosto z mostu. Czy myśleliście albo w ogóle bierzecie pod uwagę ślub?
- Ślub? - ledwo przełykam jajecznicę, którą muszę popić sokiem. Jasny gwint - Zaskoczyłaś mnie, mamo.
- Wiem, synku, wiem! Nie myśl sobie, że naciskamy czy coś, to czysta ciekawość nic więcej.
- Nie pomyślałem, że naciskacie, spokojnie - uśmiecham się i przelotnie ściskam jej dłoń - Ja wiem, że chcecie dobrze i myślicie o naszej przyszłości. Oczywiście macie rację, Abbey powinna wychowywać się w pełnej rodzinie, a skoro oboje z Ivy jesteśmy katolikami, ślub to raczej normalna sprawa. Chodzi o to, że chyba jest za wcześnie na tak poważną decyzję - drapię się w kark i patrzę na nich niepewnie.
- Wasze życie dopiero się układa. Rozstaliście się, ponownie jesteście razem no i macie dziecko. Dajcie sobie po prostu czas, a na pewno wszystko poukłada się odpowiednio i wtedy pomyślicie, co dalej.
- Tak, to dobra kolejność. Nie chcę przestraszyć Ivy. Już sama przeprowadzka to dla niej ogromny krok naprzód, bo uciekając stąd, wcale nie miała zamiaru wracać. Oswoi się z otoczeniem, zadomowi u nas i potem zobaczymy. Co nie zmienia faktu, że bardzo chciałbym, aby pewnego dnia została moją żoną.
- Och, syneczku! Dobrze cię wychowaliśmy - mama przytula mnie do siebie i głaszcze czule po plecach.
- Wiem, staram się być dobrym synem. Nie zawsze mi to wychodzi, ale uczę się na własnych błędach.
- I to jest najważniejsze. Bądź dla niej dobry, zasługuje na to. Jest wspaniałą, dzielną dziewczyną.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo - wzdycham ciężko, biorę tacę i wchodzę na górę. Myślę nad tym, co powiedziała mama i muszę przyznać, że dała mi sporo do myślenia. Wcześniej ten pomysł nawet nie przyszedł mi do głowy, jednak teraz tak łatwo się go nie pozbędę. Czy powinienem oświadczyć się Ivy? Kocham ją, ona kocha mnie, w dodatku mamy maleńką córeczkę, która powinna mieć moje nazwisko. A jeśli Ivy się nie zgodzi i da mi kosza? Moje biedne serce nie zniesie tego zbyt dobrze - Och, obudziłaś się. Świetnie - zamykam za sobą drzwi i stawiam tacę na jej kolanach - Mam dla ciebie coś pysznego, na pewno jesteś głodna - przeciąga się, sięga po sok i upija kilka łyków - Mój piękny, rozczochrany potworku.
- Serio, potworku? - mruży oczy i szturcha mnie w ramię - Bardzo miły początek dnia. Śniadanie?
- A dlaczego nie? Mam zamiar cię rozpieszczać, zasłużyłaś na to. Wcinaj, dopóki Abbey jeszcze drzemie.
- Tak, to świetny pomy... - nie kończy, bo nasza kruszyna właśnie zaczyna marudzić - No cóż, moje śniadanie musi poczekać. Możesz mi ją podać? - sięgam do łóżeczka, całuję ją w czoło i podaję Ivy. Kiedy ona ją karmi, ja karmię ją. Łyżeczka po łyżeczce i jajecznica szybko znika. 


Po śniadaniu bierzemy wspólny prysznic. Abbey wylądowała w ramionach dziadków i Jillian, a my mamy czas dla siebie. Cholernie za nią tęskniłem, a teraz mam ją w swoich ramionach w dodatku całkowicie nagą, mokrą, śliską. Moje dłonie błądzą po jej idealnym, miękkim ciele, delektuję się jej skórą i wcieram w nią pachnący olejek, który kupiła dla niej Jillian. Odchyla głowę, oddaje się w moje ręce i korzysta z masażu. Bardzo mi jej brakowało i chyba nie odkleję się od niej przez kolejne kilka dni.
- Jestem taki szczęśliwy, że mam cię obok - odwraca się nagle, zarzuca dłonie na moją szyję i składa na moich ustach namiętnego buziaka. Jej język napiera na mój, przygryza koniuszek i świetnie się bawi. Jej nieśmiałe ruchy działają na mnie jak diabli, a po chwili ledwo już nad sobą panuję. Mam ochotę po prostu się z nią kochać, bez żadnych gierek czy wstępów - Pragnę cię, Ivy - mówię wprost w jej kuszące usta.
- Więc na co czekasz? - odrywa się ode mnie, odwraca i opiera dłonie na białych płytkach. O, cholera!
- Jesteś niesamowita, wyjątkowa, jedyna - dociskam się do jej ciała, dotykam w ulubionym miejscu i pieszczę tak, jak lubi. Porusza biodrami, dopasowuje się do moich ruchów, a z jej usteczek uciekają niesamowicie pobudzające dźwięki - Czułości zostawimy sobie na wieczór, teraz nie jest na nie odpowiedni czas - zabieram palce i wślizguję się do środka. Mam ochotę krzyczeć, jest tak dobrze, ciasno, mokro. Kocham Ivy, uwielbiam się z nią kochać i zrobię wszystko, aby była tutaj szczęśliwa i bezpieczna.



Ivy POV:

Po prysznicu i seksie przebieram się w czarne legginsy i białą bluzeczkę. Justin został pod prysznicem, śpiewa głośno, a ja układając narzutę na łóżku, myślę o pewnej istotnej sprawie. Skoro moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, będę musiała odwiedzić ginekologa i pomyśleć o antykoncepcji. Stosunek przerywany to nie jest najlepsza metoda. Do tej pory się tym nie przejmowałam, teraz trzeba to zmienić.

Moje porządki przerywa dźwięk przychodzącej wiadomości. Biorę telefon ze stolika nocnego, a na wyświetlaczu ukazuje się numer mojej... mamy. Chyba naprawdę chce utrzymać ze mną kontakt.


  Ivy, jeśli nadal jesteś w hotelu, błagam cię, uciekaj!
Nie wiem jakim cudem ojciec mnie znalazł, nie chciał mi tego powiedzieć. Zmusił mnie, żebym powiedziała mu, gdzie mieszkasz. Przyłożył mi nóż go gardła, skaleczył mnie i wrzeszczał, że mnie zabije. 
Wybacz mi, musiałam. Kocham Amira, chcę żyć dla niego.
Uciekaj jak najdalej, córeczko. 
Ten człowiek to potwór.


Siadam na łóżku, gapię się w telefon i nie wierzę w to, co przeczytałam. Wszystko stanie się jasne, skąd ojciec wiedział o miejscu mojego pobytu. Wymusił to na Monice, przykładając jej nóż do gardła. Skoro posunął się tak daleko, co powstrzyma go przed dotarciem do mnie i dotrzymaniu swojej obietnicy







5 komentarzy:

  1. Cieszę się, że dziewczyny i Justin dotarli bezpiecznie do San Francisco. Jednak wiem, że to nie koniec koszmaru z ojcem Ivy. Pomysł ze ślubem jest genialny! Szukaj ładnego pierścionka Justin.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczyna sie robić niebezpiecznie😲 uwielbiam to opowiadanie💕💕

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu tak się boje o Ivy..mam nadzieje ze coś zrobią z tym ojcem , żeby nigdy więcej nie skrzywdził ani Ivy ani Abbey. ..Justin jest mega kochany i jego rodzina tez ... nie mogę się doczekać następnego rozdzialu ❤❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Ehhh co za chujek z tego ojca! Boję się strasznie o Ivy.. Oby w San Francisco była bezpieczna..I Abbey tez :( Trzymam za to kciuki 💪👊

    Buziaki 😘

    OdpowiedzUsuń
  5. Dawno mnie tu znów nie było a tutaj tyle się dzieje 😭 świetny rozdział 😊

    OdpowiedzUsuń