piątek, 1 czerwca 2018

Rozdział dziewiąty


Ivy POV:

Następnego dnia Anthony przelewa moje wynagrodzenie za kilka dni grudnia. Pisze mi również wiadomość, jak bardzo żałuje, iż nasza współpraca dobiegła końca. Nie wspomina o wydarzeniu z soboty, więc chyba z tego powodu nie jest mu przykro. Postanawiam raz na zawsze zamknąć szufladkę z napisem "Prism" i przysięgam sobie w myślach, że nigdy więcej do tego nie wrócę. Nie dam się ponownie zrobić w balona.


Przez kolejne cztery dni Justin nie odstępował nas na krok i wciąż paplał o przeprowadzce. Nadal nie byłam pewna, czy to dobry pomysł, ale nawet nie chciał mnie słuchać. Zapewniał mnie, że nie musimy zabierać łóżeczka, wanienki i innych gadżetów, ponieważ jego mama oraz Jillian zaszalały i wszystko czeka na nas na miejscu. Czułam się skrępowana, bo ktoś wydawał mnóstwo pieniędzy na coś, co mogliśmy zabrać ze sobą. Justina nie sposób przegadać i stwierdził, że zdecydowanie za dużo mówię i należy mnie uciszyć. Tak też zrobił i przez kolejne dwie godziny idealnie zorganizował nam czas. W łóżku.

Bałam się, że zdecydowanie zbyt szybko mu zaufałam i ponownie wpuściłam do swojego życia. Miałam mnóstwo wątpliwości, bo skoro raz mnie zranił, drugi raz nie powinien być problemem. A potem obserwowałam go, jak nosił naszą kruszynę, całował, tulił, mówił do niej, a wieczorami nawet kąpał. Byłam zdziwiona, ponieważ nie okazał ani grama strachu i świetnie sobie poradził. Widok jego z Abbey zawsze rozmiękczał moje serce, a wątpliwości gdzieś ulatywały. Może powrót do San Francisco i mieszkanie z jego rodzicami wyjdzie nam na dobre? Abbey będzie przebywać w normalnym domu, ciepłym, czystym, a w nie w ruderze, w której jest chłodno i śmierdzi stęchlizną. Niestety na nic lepszego nie było mnie stać i starałam się z całych sił, abyśmy miały dach nad głową. Poza tym cieszyłam się, bo znowu będę blisko chłopców. Tęskniłam za Nolanem i miałam nadzieję, że Justin pozwoli mi się z nim zobaczyć. Ba! Ja wcale nie miałam zamiaru pytać go o zgodę, bo dlaczego miałabym to robić? Mamy dziecko, nie jesteśmy razem, chociaż wygląda to nieco inaczej. Na razie chcę postawić pewne zasady i lepiej, żeby ich nie złamał.


W sobotę przy śniadaniu Justin wierci się i patrzy na mnie spod byka. Delektuję się smakiem pysznej herbaty, wcinam kanapki i czekam, aż wreszcie wyduka z siebie to, co leży mu na sercu. I wreszcie to robi.
- Myślę, że jutro powinniśmy wyjechać - odkładam kubek, oblizuję usta i patrzę mu w oczy. Obiecał, że nie będzie na mnie naciskał, ale cholernie się niecierpliwił. Miałam świadomość, że moje mieszkanie jest w fatalnym stanie, a jemu się to bardzo nie podobało - Nie patrz tak na mnie tylko powiedz coś.
- Możemy przeprowadzić się do hotelu na kilka dni - podnoszę się, wkładam talerzyk do zlewu i sprzątam ze stołu. Zapada cisza, a jego spojrzenie wierci mi dziurę w plecach - Nie chcę jeszcze wyjeżdżać.
- Poważnie? Dlaczego? Zwlekasz, ciągle wynajdujesz jakieś głupie powody. O co tak naprawdę chodzi?
- To proste, Justin. Mówiłam ci to, ale chyba mnie nie słuchasz. Przeprowadzka to poważna decyzja, szczególnie, że jest to dom twoich rodziców. Nie chcę nikomu siedzieć na głowie, ale ciebie nie da się przegadać. Poza tym od twojego powrotu do mojego życia minęło zaledwie kilka dni, a ty już wymuszasz na mnie takie zmiany. Może i wybaczyłam ci przeszłość, ale to nie znaczy, że się nie boję przyszłości.
- Wiem, że się boisz, kochanie - podchodzi do mnie, opiera się biodrem o szafkę i dotyka palcami mojego policzka - To całkowicie normalne i rozumiem to. Miałem na ciebie nie naciskać, ale wiesz, jaki jestem niecierpliwy. Chcę po prostu zabrać was w lepsze miejsce, daleko od tej rudery. Chcę dobrze, Ivy.
- Wiem o tym, Justin. Chodzi o to, że wróciłeś i chcesz całkowicie zmienić moje życie. A co, jeśli ja w ogóle nie chce się przeprowadzić? Wolałabym tutaj zostać, zmienić mieszkanie i żyć tak, jak do tej pory?
- Masz rację, nie mam prawa zmuszać cię do opuszczenia Los Angeles. Jesteś dorosła i sama możesz decydować o swoim życiu. Jednak weź pod uwagę, że mamy dziecko, o którym dowiedziałem się całkiem niedawno. Chcę uczestniczyć w jego życiu, być obok. Nie wyobrażam sobie latania tam i z powrotem.

- Ja też sobie tego nie wyobrażam. Równie dobrze możesz skończyć studia i przenieść się do Los Angeles.
- C-co? - jąka się i patrzy na mnie zaskoczony - Nie chcę tutaj mieszkać, to obce dla mnie miasto, Ivy!
- A ja nie czuję się związana z San Francisco. Spotkała mnie tam krzywda, dlaczego miałabym wrócić?
- Nie rób mi tego, biedroneczko - pochyla się i opiera czoło o moje. Wcale nie chcę się z nim spierać, ale to będzie ciężka rozmowa - Wiesz, że mi na tobie zależy, chcę zacząć od nowa, tam, gdzie to się zaczęło.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy razem, prawda? - wzdycha głośno, odsuwa się i przeciera twarz rękami - Musisz być cierpliwy, Justin. Jestem zaskoczona swoim zachowaniem i tym, że tak szybko ponownie wskoczyłam ci do łóżka. Powinnam była zachować dystans, a zrobiłam dokładnie na odwrót.
- Jezu, Ivy! Daj spokój, dobrze? Po co te podchody? Przecież nadal się kochamy, tak? Po co przeciągać coś, co i tak się stanie? Jak nie teraz, to za kilka dni. Robisz to po to, żeby karać mnie za błędy?
- Nie żeby coś, ale zasłużyłaś sobie, prawda? - wzruszam ramionami i zabieram się za zmywanie naczyń. 

- Zasłużyłem, zgadzam się. Ale proszę, nie zachowuj się jak nastolatka, dobrze? Jesteśmy dorosłymi ludźmi, trzeba znaleźć wyjście z sytuacji, aby nasze dziecko wychowywało się z obojgiem rodziców.
- A jeśli nie chcę z tobą mieszkać? - pytam cicho, odkładam talerzyk na kratkę i czuje uścisk na ramieniu.
- Och, serio? Naprawdę nie chcesz ze mną mieszkać? - syczy przez zęby, przekręcam głowę i dostrzegam jego wściekłe spojrzenie. Zakręca wodę, odwraca mnie w swoją stronę i odchyla moją głowę w tył - Po co to mówisz, huh? Żeby zrobić mi na złość, czy może pokazać, że masz pełną kontrolę? - przy każdym wypowiedzianym słowie jego uścisk na moich włosach wzmacnia się, a oddech odbija od moich ust. Z jednej strony chcę się z nim podroczyć i pokazać mu, że nie może mną rządzić. To, że wrócił niczego nie zmienia, wcale nie muszę z nim być! Z drugiej strony podnieca mnie, kiedy jest taki pewny siebie i imponuje mi, że chce się nami zaopiekować - Uwierzę ci, jeśli przerwiesz to, co zaraz zrobię - uśmiecha się chytrze, wędruje dłonią w dół i wkrada się pod moją bieliznę. Kiedy tylko zaczyna poruszać palcami cichutki jęk ucieka z moich ust. Przez cały czas patrzy mi w oczy i doskonale wie, jak bardzo uwielbiam jego sprawne palce. Wręcz pieprzy mnie nimi, pochyla się i przegryza skórę na mojej szyi - Przyjemnie, prawda? Lubisz to, Ivy. Kochasz mnie, a mimo to w głowie ci jakieś dziecinne gierki - prycha z kpiną i przenosi kciuk na ten cudowny, maleńki punkcik, który jest tak wrażliwy i spragniony dotyku - Widzisz? Należysz do mnie, kochanie. Oddajesz się w moje ręce, ufasz mi, a ja mam pełną władzę - ponowie się uśmiecha, a jego ostatnie słowa działają na mnie jak płachta na byka. Co on sobie myśli, do cholery?!
- Pieprz się! - podnoszę głos, odpycham go od siebie i obsuwam spódnicę w dół. Jest szczerze zaskoczony moim ruchem i patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem - Masz pełną władzę? Zwariowałeś? Myślisz, że jak włożysz we mnie palce to wszystko będzie jak dawniej? Znowu namącisz mi w głowie, a potem wywiniesz gówno, po którym ponownie spadnę na samo dno? Wiesz, jak trudno się stamtąd wraca?! Nic nie wiesz!



Justin POV:
Patrzę na Ivy i nie wierzę w to, co wypływa z jej ust. Nie spodziewałem się takiej reakcji i jestem nią zdziwiony. Chyba dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo się zmieniła. Jest bardziej nerwowa i szybciej wpada w furię. Kilka słów w zawrotnym tempie wyprowadziło ją w równowagi, a nie to było moim zamiarem. Droczyłem się z nią, a dawniej uwielbiała, kiedy miałem nad nią przewagę. Ceniła moją pewność siebie to, że potrafię ją poprowadzić, zaopiekować się nią, ochronić. Teraz widzę, że wydarzenia sprzed roku wyryły się w jej psychice tak samo mocno, jak przejścia z ojcem. Naiwnie myślałem, że czas pozwolił jej zapomnieć, pójść dalej, wybaczyć mi te potworności. A ona wciąż jest tą młodziutką, zagubioną dziewczyną, która została paskudnie potraktowana, która chciała odebrać sobie życie.
- Kochanie, to nie tak. Ja nie chci... - zaczynam, jednak nie dane jest i skończyć. W tym momencie rozlega się płacz Abbey, ale Ivy nie rusza się z miejsca. Patrzy w dół, masuje skronie i zaciska usta. Biorę sprawy w swoje ręce, idę do pokoju i ostrożnie biorę maleńkie ciałko w ramiona. Mała macha rączkami i płacze żałośnie. Sięgam po smoczek, wkładam w jej usteczka i kołyszę na boki. Szybko się uspokaja, patrzy na mnie i zaciska palec na moim. Uśmiecham się na ten widok, a moje serce wręcz topnieje. Nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w roli ojca, aż tu nagle Ivy zrzuca na mnie taką bombę. Byłem w szoku, nie tego się spodziewałem, jednak zaskoczyłem samego siebie. Nie uciekłem, nie spanikowałem, nie nakrzyczałem na nią. Sporo przeszła, była sama, a ja nie mogłem jej wspierać. Dlatego teraz tak bardzo zależy mi, aby obie mały lepsze życie. Tylko w San Francisco jest to możliwe - Grzeczna dziewczyna, śpij skarbie - grucham cichutko, zamyka oczka i po chwili zapada w sen. Ostrożnie odkładam ją z powrotem, okrywam kocykiem i wracam do Ivy. Przeniosła się do salonu, stoi przy oknie i wpatruje się w park, który jest tuż pod blokiem - Nie chciałem, żebyś odebrała to w ten sposób. Mam świadomość, że nic nie mogę. Wszystko zależy od ciebie i zostawiam to w twoich rękach - odwraca się i patrzy na mnie podejrzanie - Rozpędziłem się, chciałem cię stąd zabrać i nie obchodziło mnie nic więcej, a tak nie można. Masz prawo zostać tutaj, znaleźć nową pracę, nawet mieć chłopaka - krzywi się na ostanie słowo i spuszcza wzrok - Ja zawiniłem i doprowadziłem cię do okropnego stanu. Pragnę to naprawić i zapewniam cię, że mam czyste intencje. Dorosłem przez ten rok, zrozumiałem wiele rzeczy i obiecuję, że nigdy więcej nie zachowam się jak szczeniak. Tylko pozwól mi stworzyć z wami rodzinę, Ivy. N-nie zniósłbym, gdybyś postanowiła oddziel...
- Przestań, Justin. Nie mam zamiaru oddzielać cię od dziecka - podchodzi do mnie i wtula się w moje ciało - Wiem, że chcesz dobrze. Po prostu wszystko dzieje się jak w przyśpieszonym tempie, a ja muszę się do tego przyzwyczaić. To nie tak, że nie chcę z tobą być, przecież nadal cię kocham - och! Jak dobrze usłyszeć to z jej ust, właśnie tego potrzebowałem. Zapewnienia, że istnieje dla nas szansa na ciąg dalszy. Szansa na happy end - Daj mi tylko trochę czasu, a na pewno sprawy wskoczą na swoje miejsce i ułożą się po swojemu - unosi głowę i pociera nosem o mój - Możesz to dla mnie zrobić? Po prostu poczekać?

- Mogę, biedroneczko - dociskam ją do siebie i zanurzam twarz w jej włosach - Poczekam ile będzie trzeba.


Ivy POV:

Popołudniu wybieramy się na wspólny spacer. Justin pcha przed sobą wózek, a drugą dłoń wplata w moje palce. To cudowne uczucie ponownie mieć go przy sobie i chociaż nie spodziewałam się tej porannej rozmowy, miło mnie zaskoczył. Poczeka, aż w mojej głowie wszystko na spokojnie się ułoży, aż zakoduję, że być może mamy jeszcze szansę odbudować to, co zostało zniszczone. Zapewne gdybym była inną osobą, wskoczyłabym mu w ramiona i pozwoliła zabrać się na koniec świata, jednak przeszłość mi na to nie pozwala. Jestem ostrożna, ponieważ boję się, że ponownie zostanę zepchnięta w otchłań z której już nie zdołałabym się wykaraskać. Dlatego powinniśmy działać powoli, a nie rzucać się na głęboką wodę. 

Justin postanawia również poszukać odpowiedniego miejsca na nasze tymczasowe przeniesienie. Przypadkiem znajdujemy piękny hotel, który składa się z osobnych, kwadratowych domków z małym patio. Dowiadujemy się o cenie, która o dziwo nie jest wcale taka zła, i o możliwości szybkiej rezerwacji. Justin nie czeka na nic, rezerwuje domek i płaci z góry. Jestem skrępowana, że ktoś płaci za mnie taką kwotę, jednak nie pozwala mi powiedzieć ani słowa na ten temat. Obiecuję sobie, że kiedyś zapracuję i oddam mu wszystko co do grosza. Może wydawać pieniądze na dziecko, nie na mnie.

Wieczorem zabieramy się za pakowanie. Nie ma tego zbyt wiele, więc szybko się uwijamy i mieścimy w zaledwie sześciu kartonach. Większość rzeczy należy do Abbey, w tym łóżeczko, wanienka i wózek.
Umawiam się również z Panem Brennerem, który wynajmował mi mieszkanie. Z płatnościami jestem na bieżąco, jednak jest nieźle wkurzony, że zrywam umowę tak nagle. Straszy mnie prawnikiem, ale Justin łagodzi sytuację pieniędzmi. Nie jestem zadowolona z tego powodu, w przeciwieństwie do niego. Uśmiecha się szeroko, wiruje po salonie z Abbey i ma wszystko w nosie. Dlaczego do cholery nie potrafię być tak wyluzowana jak on? Dobrze byłoby się wreszcie niczym nie martwić i nieco odstresować.

Kilka minut po dziewiętnastej jesteśmy gotowi. Próbowałam namówić Justina, abyśmy przełożyli to na jutro, ale nie chciał o tym słyszeć, więc ustąpiłam. Ubrałam Abbey, Justin wygodnie ułożył ją w foteliku i dopilnował firmy, która miała przewieźć rzeczy na miejsce. Był kochany i doceniałam jego pomoc.
- Jesteś gotowa? Ile jeszcze mamy na ciebie czekać? Abbey się niecierpliwi - przewracam oczami na dochodzący z salonu głos Justina i opuszczam łazienkę - No nareszcie! Wyglądasz pięknie, skarbie.
- Och, daj spokój - zawstydzam się i narzucam na siebie kurtkę. Kiedy wkładam buty rozlega się dzwonek do drzwi. Justin patrzy na mnie zaskoczony, idzie otworzyć, a ja staję w progu salonu. Uchyla drzwi, a przed nim pojawia się dobrze znana mi już kobieta - Co ty tutaj robisz? - pytam ostro i podchodzę.

- Ciebie też miło widzieć, córeczko - Justin gwałtownie przekręca głowę i gapi się na mnie jakby zobaczył ducha - Możemy porozmawiać? Nie zajmę ci dużo czasu - wzdycham ciężko i niechętnie się zgadzam.
- Może pojedziesz z Abbey do hotelu, hmm? - pytam Justina, który jest już gotowy do wyjścia, tak samo jak Abbey - Skoro oboje jesteście ubrani, nie ma sensu tracić czasu. Porozmawiam z mamą - ostatnie słowo ledwo przechodzi mi przez gardło, jednak staram się nie skrzywić - A potem do was dołączę. Może być?
- Kiedy skończysz zadzwoń do mnie, przyjadę po ciebie - cmoka mnie w czoło i wychodzi z mieszkania.
- Co to za chłopak? - matka pyta bez ogródek i uważnie się we mnie wpatruje - Czyżby ojciec dziecka?
- Tak, to ojciec mojego dziecka. Nie powinno cię to interesować - burczę pod nosem i gestem dłoni zapraszam ją do salonu - O czym znowu chciałaś ze mną porozmawiać? Czyżbyś o czymś zapomniała?
- Jest mnóstwo rzeczy, o których chciałabym ci powiedzieć. Niestety jesteś do mnie wrogo nastawiona.
- Naprawdę cię to dziwi? Zostawiłaś mnie, a teraz nagle wracasz i czego oczekujesz? Wybaczenia? Miłości?
- Na początek może chociaż kontaktu? Móc zobaczyć cię od czasu do czasu, porozmawiać, przytulić.
- Chcesz tego? Jakoś za pierwszym razem nie okazałaś wobec mnie nawet grama uczuć, byłaś obojętna.
- To nieprawda, Ivy. Zobaczyłem cię pierwszy raz odkąd zostawiłam cię w szpitalu, to nie jest proste.
- Dla mnie też to nie jest proste. Nie wiem, czy nasze relacje da się naprawić, chyba jest już za późno.
- Nigdy nie jest za późno, jeśli obie strony tego chcą. Ja chcę i bardzo liczę na to, że ty również.
- Do tego jest daleka droga. W dodatku przenoszę się do hotelu i zapewne wrócę do San Francisco.
- A może przeprowadzisz się do nas, do Dubaju? - co takiego? Czy ja się przesłyszałam? - Amir ma piękny, ogromny dom, córkę w twoim wieku. Jestem pewna, że spodobałoby ci się tam. To cudowne miejsce, Ivy. 

- Zapewne, jednak nie mogę tego zrobić. Ja cię w ogóle nie znam! Nawet nie wiem, jak masz na imię!
- Mam na imię Monica. Twoje imię jest piękne i chociaż tę jedną rzecz udało się ojcu nie spieprzyć.

- Nawet mi o nim nie wspominaj. Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego, dla mnie nie istnieje.
- Skontaktowałam się z nim - o, Boże! Siadam na kanapie i patrzę na nią z przerażeniem - Kilka dni temu odwiedziłam go w areszcie. To było nasze pierwsze spotkanie od dwudziestu lat, Ivy. Zmienił się, zadbał o siebie w więzieniu, nabrał mięśni. Niestety o jego głowie nie mogę powiedzieć tego samego, ponieważ pała do mnie, jak i do ciebie, jeszcze większą nienawiścią - słucham tego jak zaczarowana, a znajomy strach pełza po moim ciele niczym wąż boa, który zaciska się wokół narządów i zgniata je bezlitośnie - Za trzy dni opuszcza areszt, został z niczym i poprosił mnie o pomoc - nie! To są chyba jakieś jaja! - Odmówiłam.
- I dzięki Bogu! Nie możesz mu pomagać, bo zniszczył nam życie! Powinien zgnić w więzieniu, a wychodzi!

- Też tego nie rozumiem. Jak można wypuścić człowieka za dobre sprawowanie? Przecież to niepojęte.
- M-mówił coś o mnie? - jąkam się i chociaż nie chcę poznać odpowiedzi na to pytanie i tak pytam.
- Tak, mówił o tobie. Napisał dla ciebie list - Monica szuka go w torebce i po chwili w moich dłoniach spoczywa biała, wymięta koperta. Jezu, cóż ten człowiek mógł do mnie napisać?! - Jeśli nie chcesz, nie czytaj. Wyrzuć to w cholerę i nie zadręczaj się tym człowiekiem. Nie jest wart naszej uwagi. 


Monica wychodzi chwilę później. Zostawia mi numer telefonu, podaję jej swój i prosi, żebym odzywała się od czasu do czasu. Zapewniła, że mogę liczyć na nią w każdej chwili i przyjedzie natychmiast, jeśli będę jej potrzebować. Zaskoczyła mnie, kiedy przed wyjściem pocałowała mnie w policzek, mocno przytuliła do siebie i szepnęła, że moje konto nie świeci już pustkami. Nie pozwoliła mi dojść do słowa, wyszła, a ja od razu dopadłam do laptopa, którego Justin jeszcze nie zabrał. Faktycznie. Na moim koncie widniało okrągłe czterdzieści tysięcy dolarów i musiałam przysiąść, inaczej nogi ugięłyby się pod ciężarem mojego ciała. Wiedziałam, że są to pieniądze jej nowego faceta. Skoro tak chwaliła jego dom, musi być zamożnym człowiekiem. Na początku chciałam odesłać te pieniądze, a potem przeczytałam notkę w przelewie.

Witaj, Ivy.
Nie znamy się, ale to nie ma znaczenia. Jesteś córką kobiety, którą kocham najmocniej na świecie. Chcę się o ciebie zatroszczyć, tak, jak troszczę się o własną córkę. Chcę się podzielić tym, czego mam pod dostatkiem. Mam cichą nadzieję, że pewnego dnia będę mógł cię poznać. Twoja mama tak wiele o tobie mówiła. Kocha cię i czeka, aż w swoim czasie odzyska utraconą córkę. Amir.

Długo dochodzę do siebie po przeczytaniu tego krótkiego listu od Amira, którego nie znam. Najbardziej zaskakuje mnie część o zatroszczeniu się o mnie, o podzieleniu tym, czego jemu nie brakuje. Nie zna mnie, a mimo to chce mnie wspierać. Nie ukrywam, to godne podziwu i Monica naprawdę trafiła na wspaniałego człowieka. Nie dlatego, że ma pieniądze, ale dlatego, że ma wielkie serce.
Jaka szkoda, że mój własny ojciec nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina Amira. Kątem oka zerkam na list, który leży na stoliku i niepewnie biorę go do ręki. Nie jestem pewna czy chcę to przeczytać, ale ciekawość i tak bierze górę. Drżącymi rękami otwieram kopertę i wpatruję się w jego niechlujne pismo. Od zawsze pisał jak kura pazurem i jak widać, w tej kwestii niewiele się zmieniło.


Witaj, kochana córeczko.
Skorzystałem z okazji, iż twoja urocza i wciąż piękna matka zaszczyciła mnie swoją obecnością i postanowiłem napisać do ciebie list. To dość zabawne, bo nigdy dotąd nie pisywałem listów, więc proszę o wyrozumiałość, jeśli coś jest nieczytelne lub słowa nie mają najmniejszego sensu. 


Monica wiele mi o tobie powiedziała. Pokazała mi nawet zdjęcie i muszę przyznać, że jesteś przepiękną, młodą kobietą. Nie mogłem napatrzeć się na twoje długie, jasne włosy, na bladą cerę i oczy, które wpatrywały się we mnie ze zdjęcia. Przypomniałem sobie czas, kiedy byłaś małą, niegrzeczną dziewczynką i musiałem karać cię, abyś nauczyła się posłuszeństwa. Chyba mi się to udało, prawda? Jesteś grzeczna, Ivy? 

Jeśli spodziewałaś się w tym liście przeprosin, będziesz rozczarowana. Nie zamierzam przepraszać, moja śliczna córeczko. Dostałaś to, na co zasłużyłaś i gdybym się wtedy nie rozpędził, nie byłbym tutaj, gdzie teraz jestem. To nie tak, że narzekam i marudzę, jak koszmarne jest to miejsce. Nie jest tak źle, a ten czas w zamknięciu pozwolił mi na długie przemyślenia o przyszłości, wolności, o spotkaniu ciebie. Jak wiesz, opuszczam to miejsce i ruszam naprzód. Monica odrzuciła swoją pomoc, czym nie powinienem być aż tak zaskoczony. Zawsze była pyskata i lubiła mi się stawiać. Nie to co ty, cukiereczku. Prawda? Jesteś córeczką tatusia i już nie mogę doczekać się, aż wreszcie ponownie cię ujrzę. Odliczam dni, skreślam je w kalendarzu, a moje serce się raduje.
Nie myśl, że zapomniałem, kto zatrzasnął za mną kraty więzienia.


Twój kochający ojciec. 

Upuszczam list, zasłaniam usta dłonią, a serce podskakuje mi do gardła. Boże! Koszmar powraca.






7 komentarzy:

  1. Ja Cię kręce. Po co Monica poszła do aresztu i jeszcze pokazała temu bydlakowi zdjęcie Ivy? Przecież teraz wie, jak wygląda Ivy. Jak do tej pory nie byłam w pełni przekonana do szybkiej przeprowadzki, tak teraz, uważam, że Ivy powinna jak najszybciej to zrobić. Bo mając przy sobie Justin'a będzie o wiele bezpieczniejsza.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. O cholerka😲😲 na jej miejscu bym uciekala jak najdalej😕

    OdpowiedzUsuń
  3. Ooo nie...wiedziałam że ten gnojek będzie chciał się zemscic...ciesze się ze Ivy odzyskuje kontakt z matką, może jej to wyjdzie na dobre , i że z Justinem się wyprowadza ale martwię się, bo ten ojciec na pewno coś namiesza...

    OdpowiedzUsuń
  4. Super :)
    niech Ivy nie wraca z Justinem. Lepiej zeby została w LA tu będzie jej lepiej :) ciesze się ze odzyskuje kontakt z mamą. Oby ten jej ojciec nic jej nie zrobił

    OdpowiedzUsuń
  5. Biedna Ivy😣😣😣, mam nadzieję że jak wyjedzie z Justinem z Los Angeles to będzie w końcu szczęśliwa 😊
    Super rozdział 😙😚😚

    OdpowiedzUsuń
  6. No i kolejny problem, biedna Ivy ciągle ma pod górkę. Mam nadzieje że ojciec jej nie znajdzie.
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham ten rozdział:)

    OdpowiedzUsuń