sobota, 28 lipca 2018

Rozdział osiemnasty


Ivy POV: 

Śmieję się z Jillian, która miesza składniki na naleśniki, a mąka jest dosłownie wszędzie! Mamy niewiele czasu, niebawem powinien wrócić Justin, a Ji zaprosiła Victora. To muszą być idealne, pyszne naleśniki, niestety na razie nic na to nie wskazuje! Kuchnia wygląda jakby przeszło po niej mączne tornado!
- Gabrielle zabije nas za ten bałagan - burczę pod nosem, a Ji przewraca oczami - Mamy syrop klonowy? - przestaje mieszać, jej oczy są wielkie jak spodki i patrzy na mnie spanikowana - Nawet nie żartuj!
- Cholera! Skończył się już dawno, zobacz w szafce na dole, może mama dokupiła. Błagam, zrobiła to?
- Zobaczymy - schylam się, otwieram szafkę i szukam syropu - Nie ma, to katastrofa! Co teraz, hmm?
- Nie wiem! Ale jeśli się nie pośpieszymy, to będzie ogromna klapa, Ivy! Skoczysz do sklepu za rogiem?
- Do Pani Mirandy? Jasne! Usmaż górę naleśników, a ja za parę minut będę z powrotem. Tylko nie spal!
- Okej, okej! Chociaż jestem zestresowana i gówno może z tego wyjść - kręci głową, parskając śmiechem.

Wkładam buty, sweterek i zostawiam Abbey pod opieką Ji. Do sklepu mam zaledwie pięć minut, jest za rogiem i liczę na to, że Pani Miranda będzie miała syrop klonowy. Justin go uwielbia i nie wyobraża sobie bez niego naleśników. Chcę zrobić mu niespodziankę więc lepiej, żebym się nie rozczarowała. To właściwie jedyny sklep w okolicy, do kolejnego trzeba podjechać samochodem i o ile mój narzeczony ma być dopiero za dwie godziny, tak Victor będzie za niecałe dwadzieścia minut! Ji mnie zabije, jeśli nie zdążę z syropem.
- Hej, poczekaj! - oglądam się przez ramię i dostrzegam człowieka, który podchodzi do mnie, dotrzymując mi kroku - Ty jesteś Ivy? - marszczę brwi, nie znam go i to dziwne, że on zna moje imię. Nie odpowiadam, maszeruję przed siebie, a w zasięgu mojego wzroku pojawia się sklep - Ktoś na ciebie czeka - och! Pociąga mnie za ramię, skręcamy w prawo i docieramy do wąskiej uliczki. Natychmiast chcę stąd spieprzać, cofam się i wpadam na czyjeś ciało. Boże, co się tutaj dzieje? - Idę na zwiady, pośpiesz się. Czas nas goni.
- Jasne - kurwa! Moje ciało napina się jak struna, bo doskonale wiem, kto stoi za mną - Jednak mnie nie posłuchałaś, gwiazdeczko. Czekałem na pieniądze, jakikolwiek odezw, a ty mnie olałaś. Nie ładnie.
- Odpieprz się ode mnie - odsuwam się od niego i odwracam. Chcę pokazać mu, że jestem odważna, że się nie boję - Nie dostaniesz ani grosza, ponieważ nic nie jestem ci winna. Poza tym jestem biedna jak mysz kościelna! Nie mam pracy, niby skąd miałabym wytrzasnąć pół miliona, huh? To ogromna kwota!

- Och, nie udawaj, Ivy! Twoja nowa rodzinka ma kasy pod dostatkiem, dowiedziałem się o nich tego i owego. Ojciec twojego chłoptasia to znany prawnik, a mamusia tłumacz przysięgły. Kasa aż przelewa się strumieniem, wystarczy spojrzeć na ich dom i wozy, jakimi jeżdżą. Nie próbuj mydlć mi oczu, złotko.
- To są ich pieniądze, nie moje. Chciałeś je ode mnie, a ja ich nie posiadam. Nie mogę ci ich dać.
- Ależ możesz i zrobisz to! Dałem ci wystarczająco dużo czasu, a ty postanowiłaś się ze mną zabawić.
- Wcale nie mam ochoty na zabawę, wręcz przeciwnie, żądam, abyś natychmiast zostawił mnie w spokoju.
- Miałaś spokój przez długie pięć lat, gwiazdeczko. Wróciłem i nawet się nie łudź, że odpuszczę.
- Zrób to, inaczej ponownie trafisz do więzienia. Nie możesz mnie nękać i nachodzić, rozumiesz?
- Tak się składa, że jestem twoim ojcem i mogę wszystko! Należysz do mnie, jesteś moją własnością.
- Gówno prawda! Nie należę do nikogo, a już na pewno nie do ciebie. Zniszczyłeś mi życie! Biłeś mnie, poniżałeś, traktowałeś jak worek treningowy! Jesteś zepsutym człowiekiem bez serca i twoje miejsce jest w więzieniu albo na krześle elektrycznym! Nienawidzę cię z całego serca, dla mnie nie istniejesz!
- Milcz! - podnosi głos, chwyta mnie za szyję i przypiera do ściany. Nierówności wbijają mi się w plecy, ale bardziej martwi mnie jego mocny uścisk - Bądź posłuszna, jasne? Masz mnie słuchać, nie waż się sprzeciwiać! - patrzy na mnie ze złością i doskonale wiem, że w tym momencie nie ma żartów, nigdy nie było. Wie, że jest silniejszy, może zrobić ze mną wszystko - Powinienem ukarać cię za to, że jesteś niegrzeczną córeczką, kochanie. Pamiętasz te kary, które dostawałaś za pyskowanie? - przysuwa się, uśmiecha chytrze i chociaż nie chcę, wspomnienia zalewają moją głowę - Wiem, że pamiętasz. Uciekałaś ode mnie, chociaż twoje szanse były zerowe, teraz też są. Już zawsze będziesz należeć tylko do mnie, gwiazdeczko. Mam nadzieję, że korzystałaś z wolności. Wracasz ze mną do domu. Cieszysz się?
- Zostaw mnie, ty psycholu! Puszczaj! - krzyczę mu w twarz i spluwam. Zaciska szczękę, ociera czoło i bardzo powoli unosi wzrok. Nie widzę w nim własnego ojca, widzę diabła, który czai się tuż pod jego skórą.
- Zapłacisz za to. Zapłacisz za wszystko! Za te lata, w których musiałem się z tobą użerać, wydawać na ciebie pieniądze! Jesteś nikim, rozumiesz to?! Nikim! Naprawdę myślałaś, że komuś na tobie zależy, że ktoś cię pokocha? Jesteś zepsuta, dotykało cię tak wiele rąk, a ty nawet nie czujesz do siebie obrzydzenia? Czyżby ci się podobało? - unosi brew, uśmiecha się, a ja wybucham płaczem. Niszczy mnie tym, co mówi. Moje serce zaciska niewidzialna pięść i mam ochotę zniknąć. Czułam do siebie obrzydzenie, lata zajęło mi pozbycie się tego okropnego uczucia, a on mówi, że mi się to podobało? Byłam dzieckiem, a on spraszał swoich kumpli, którzy dotykali mojego ciała! - Powinienem był zabić cię już dawno temu, nie miałem z ciebie żadnego pożytku, jesteś bezużyteczna, niepotrzebna - rani. Mimo tego, iż tak potwornie go nienawidzę, jego słowa przecinają mnie na pół. Mój własny ojciec, człowiek, który dał mi życie, spycha mnie na samo dno piekła, które sam mi zgotował - Nie dopuszczę do tego, żebyś była szczęśliwa, Ivy. Jesteś dzięki temu chłopakowi - prycha rozbawiony, mocniej zaciskając dłoń na mojej szyi - Nigdy nie powinnaś była przyjść na świat, gwiazdeczko. Najpierw pozbędę się ciebie, potem zajmę się twoją matką, która puściła się z innym i zostawiła mi ciebie na głowie. Obie pożałujecie! - rzuca mną jak szmacianą lalką, cichy jęk ucieka z moich ust, kiedy tylko zderzam się z twardym podłożem. Nie tym powinnam się przejmować, ponieważ gorsze przychodzi chwilę później. Kopie mnie w brzuch, aż żołądek podjeżdża mi do gardła. Próbuję ochronić się rękami, ale kompletnie go tym nie wzruszam. Siada na mnie, przyciska kolanami moje dłonie i zaczyna się piekło - Nienawidzę cię kurwa, zniszczyłaś mi życie - syczy przez zęby, bierze moją głowę w dłonie i zaczyna uderzać nią o ziemię. Jestem unieruchomiona, nie mam możliwości obrony, a ojciec nie przestaje. Nie potrzebuje dużo czasu, ból roznosi się po głowie i mam wrażenie, że mój mózg zaraz wypłynie, rozlewając się mokrą plamą -  Do zobaczenia w piekle, gwiazdeczko - te słowa ledwo docierają do mojej świadomości. Czuję ostateczny cios, który pozbawia mnie przytomności.




Justin POV:
Do szpitala docieramy, łamiąc chyba wszystkie przepisy. Nie byłem w stanie prowadzić auta, więc zabrałem Nolana. Przez całą drogę nie wypowiedzieliśmy do siebie nawet słowa, panowała cisza, która dobijała mnie jak diabli, jednak nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku. Byłem sparaliżowany, kompletnie wyłączony i to mój przyjaciel wziął sprawy w swoje ręce. Zadzwonił do moich rodziców, poinformował ich o wypadku, o stanie Ivy. Mieli do szpitala zdecydowanie bliżej niż my i zapewne już tam byli.


Wbiegam do budynku niczym tornado i chwytam za ramię pielęgniarkę, którą właśnie mijamy. Błagam ją o podanie informacji, zagląda do komputera i kieruje nas na dwunaste piętro. Szybko wjeżdżamy windą, przebiegam korytarz i szukam spojrzeniem lekarza. Jak na złość nie widzę żadnego i wpadam w furię.
- Gdzie jest lekarz?! - krzyczę jak opętany, a z pokoju wychodzi pielęgniarka - Potrzebuję lekarza!
- Co się stało? Proszę nie krzyczeć, to szpital! Przebywają tutaj pacjenci i należy zachować ciszę.
- Przepraszam! Przywieziono tutaj moją narzeczoną, miała wypadek. Telefonował do mnie doktor Samuel.
- Och, Samuel Gracelad, zgadza się. Proszę za mną - kiwam głową, idziemy za pielęgniarką i skręcamy w prawą stronę. Zmieniamy oddział, panuje tutaj przerażająca cisza, a mój brzuch zaciska się z nerwów - Proszę zaczekać, poproszę lekarza - znika w pomieszczeniu obok, opieram się o ścianę i chowam twarz w dłoniach. Strach mnie paraliżuje i boję się tego, co powie mi lekarz. Niewiele zrozumiałem z rozmowy telefonicznej, jedynie to, że jej stan jest ciężki. Co się do cholery wydarzyło?! Przecież wszystko było w porządku, dzwoniła do mnie i miała świetny humor! Nic z tego nie rozumiem! - To ci panowie, doktorze.
- Witam, to ja do Pana dzwoniłem - ściska moją dłoń, posyłając smutny uśmiech - Nie miała przy sobie dokumentów, jedynie telefon, który nas na Pana naprowadził. Zawsze dzwonimy pod kontakt "mama", "tata" jednak nic takiego tam nie znaleźliśmy. Odnalazłem jednak "narzeczony" i to skłoniło mnie do telefonu. Mam rozumieć, że jesteście prawie rodziną, tak? Tylko rodzinie mogę udzielić informacji.
- Tak, jesteśmy zaręczeni. Mamy również czteromiesięczną córkę i niebawem planujemy wziąć ślub.
- Cóż, ślub będzie musiał trochę poczekać - wzdycha ciężko, przechodzimy kawałek dalej i zatrzymujemy się przed dziwnymi salami, które mają przeszkolone ściany. Dopiero kiedy unoszę głowę, dostrzegam leżącą na łóżku Ivy. Opieram dłonie na szybie i płaczę jak małe dziecko. Boże, jej widok łamie moje serce na milion kawałków. Wygląda tak, jak rok temu, kiedy próbowała odebrać sobie życie. Twarz jest blada, bez życia, usta bez koloru. Jest podłączona do różnych urządzeń, z jej ust wychodzi rurka, a w dłoń wbite są dwa wenflony. Nie byłem gotowy na taki widok! - Opowiem Panu o jej obrażeniach. Trafiła do nas z wypadku, sanitariusze dostali zgłoszenie do pustej, ślepej alejki - co?! Spoglądam na niego, jednak coś mocno tutaj nie pasuje. Dlaczego Ivy miałaby szlajać się po takich miejscach? - Najbardziej ucierpiała jej głowa, reszta jest poobijana. Została złamana kość czaszkowa, zrobił się również krwiak, dlatego natychmiast trafiła na stół operacyjny. W tym momencie jej stan jest bardzo ciężki, kolejne godziny są decydujące - krew odpływa mi z twarzy, gapię się na niego, ale ledwo cokolwiek koduję. Ivy walczy o życie?! Przecież jeszcze niedawno uśmiechała się do mnie, przytulała i żartowała. To jakiś słaby żart? - Może Pan do niej wejść, ale tylko na chwilę - znika na moment i wraca z zielonym fartuchem, i maską - To konieczne - przytakuję głową, zakładam wszytko na siebie i niepewnie zerkam na Nolana. Jest blady jak ściana, a w jego oczach czają się łzy - Proszę - doktor rozsuwa drzwi, przepuszcza mnie i powoli podchodzę do łóżka - Na bieżąco monitorujemy pracę serca oraz innych narządów. Proszę być dobrej myśli.
- Dziękuję - przełykam ślinę, siadam na krzesełku i ostrożnie biorę jej dłoń w swoją. Jest zimna, więc głaszczę ją delikatnie próbując ogrzać. Sam nie wiem, co mam zrobić. Jestem w szoku, ledwo mogę panować nad własnym ciałem i chyba nie dotarło do mnie to, co mówił lekarz. Niby jak mam bez niej żyć? Dopiero ją odzyskałem, nie zdążyłem się nią nacieszyć, a teraz może jej zabraknąć? Nie! - Musisz walczyć, biedroneczko - opieram czoło na jej dłoni i czuję ciepłe łzy, które spływają po moich policzkach - Dobrze wiesz, że nie możesz mnie zostawić, niech nawet nie przychodzi ci to do głowy, jasne? Nie poradzę sobie bez ciebie, nawet nie chcę. Już raz cię straciłem, nie możesz zrobić mi tego ponownie - pociągam nosem, podnoszę głowę i dotykam opuszką palca jej policzka - Tak bardzo cię kocham, maleńka. Jesteś dla mnie wszystkim, musisz być dzielna i jeszcze trochę powalczyć. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.


Wychodzę na korytarz, na którym czekają moi rodzice, Jillian oraz Nolan. Moja siostra szlocha głośno, chowa twarz w ramionach taty i cała się trzęsie. Chciałbym ją pocieszyć, ale sam tego potrzebuje.
- T-to moja wina - jąka się, ociera łzy i patrzy na mnie - Nie było syropu klonowego do naleśników, chciałyśmy wam zrobić niespodziankę i poprosiłam, żeby Ivy poszła do sklepu za rogiem. To moja wina!
- Spokojnie, córeczko. Nie wygaduj bzdur, to nie jest twoja wina. Nikt nie mógł tego przewidzieć.
- Ale może gdybym to ja poszła do sklepu, nic takiego by się nie stało? Może Ivy byłaby teraz zdrowa?
- Daj spokój, siostra - przytulam ją do siebie, zamykam oczy i kołyszę w swoich ramionach - Twoje obwinianie się nie ma sensu, nic już na to nie poradzimy. Równie dobrze to ciebie mogła spotkać krzywda.
- Witam państwa - naszą rozmowę przerywa Phil. Wita się z moim ojcem, ze mną i Nolanem - Możemy chwilę porozmawiać? - odchodzimy kawałek od reszty i stajemy pod ścianą - Przejrzeliśmy nagranie z pobliskiego monitoringu. Widać na nich dwóch mężczyzn, jednego nie znamy, a baza danych nie rozpoznała jego twarzy. Tym drugim mężczyzną był ojciec Ivy - muszę podeprzeć się ściany, tata natychmiast doskakuje i przytrzymuje mnie za ramię. Kręci mi się w głowie, jest mi słabo i zaraz dosłownie padnę! - Ivy musiała wyjść drzwiami od ogrodu, bo ochrona nie widziała jej od drzwi frontowych. Nikt z nią nie poszedł, więc jej ojciec wykorzystał sytuację i dopadł ją w tej przeklętej uliczce. Nikt tam nie zagląda, służy przeważnie dilerom do sprzedawania dragów. Wybrał idealny moment i odpowiednie miejsce.
- Nie wierzę, że doprowadził ją do takiego stanu. Przecież on ja poważnie pobił. Co teraz, Phil?
- Poszukujemy go. Wszystkie patrole postanowione są w stan gotowości, nie wymknie nam się tym razem.
- Czy na tych nagraniach... czy widać, jak on... jak ją krzywdzi? - pytam i patrzę mu prosto w oczy.
- Tak. Mimo tego, iż kamera skierowana jest na pobliski sklep, dokładnie widać ujęcie, w którym powala Ivy na ziemię, siada na niej i uderza jej głową w beton - kurwa! Zaciskam usta, wsuwam palce we włosy, a ciepłe łzy ponownie zalewają moje policzki. Czy to dzieje się naprawdę? Mam wrażenie, jakbym śnił.
- Jeśli go złapiecie, a tak musi się stać, jaka kara mu grozi? Liczę na to, że nie opuści już więzienia.
- Tak, grozi mu dożywocie. Jest to pobicie z okrucieństwem i premedytacją. Trzymam kciuki i będę modlił się, aby Ivy wyszła z tego cało. Jaki właściwie jest jej stan? Muszę to wiedzieć i wpisać do raportu.
- Ciężki - opieram plecy o ścianę i wzdycham głośno - Ma pękniętą kość czaszki i krwiak w mózgu. Lekarz powiedział, że przeszła operację, która była konieczna, aby utrzymać ją przy życiu. Najbliższe godziny będą decydujące. Jeśli ona przez niego umrze, sam zapierdolę tego śmiecia gołymi rękoma. Przysięgam! 

- Ivy nie umrze, synu! To silna dziewczyna, wiele przeszła i na pewno nie podda się teraz. Wiesz o tym!
- A jeśli nie, tato? Jeśli ona ma już dość i to jest ten moment, w którym podda się i mnie zostawi?
- Macie dziecko, Justin! Wróci dla Abbey i dla ciebie, zobaczysz! Daj jej tylko trochę czas na odpoczynek.
- Nie chcę bez niej żyć - szlocham jak dziecko, ojciec przytula mnie, a ja wylewam z siebie strach.


Spędzam noc w szpitalu. Phil jedzie na komisariat, rodzice do domu, zostaje ze mną jedynie Nolan, który za cholerę nie chciał się stąd ruszyć. Wolałabym zostać sam, jednak wiem, że Ivy jest jego przyjaciółką i martwi się o nią tak samo, jak ja. Więc siedzimy na cichym, przyciemnionym korytarzu na wprost sali, gdzie leży miłość mojego życia i po prostu się w nią gapimy. Jestem wyprany z uczuć, czuję się jak zombie. Jedyne, co jestem w stanie odczuć to strach, przeogromny strach o to, co wydarzy się w najbliższych godzinach. Stan Ivy nie poprawia się, ale również nie pogarsza, z czego zadowolony jest doktor Samuel. Chciałbym podzielać jego radość, niestety nie potrafię. Widok Ivy łamie moje biedne serce na kawałki. Oddycha miarowo, przyrządy pikają w swoim tempie, a ja jestem bezradny i nic nie mogę zrobić. Nie mogę jej pomóc, obudzić, przytulić. Pragnę zobaczyć jej szeroki uśmiech, poczuć jej usta na swoich, móc trzymać ją za rękę i cieszyć się z małych rzeczy. Nie mam żadnych mocy, które w magiczny sposób uleczyłyby jej głowę i ciało. Wszystko w rękach Boga to od niego zależy życie mojej kochanej Ivy. Pewnie patrzy na mnie i jest zły za to, że tak bardzo skrzywdziłem ją rok temu. Ma rację, też jestem na siebie wściekły! Jednak wszystko się odmieniło, odzyskałem Ivy, zrozumiałem swoje błędy i żałuję ich jak niczego innego w swoim życiu. Ona i Abbey są dla mnie najważniejsze, a nasze dziecko potrzebuje matki. Nie może nam jej zabrać, po prostu nie może! Jeszcze tyle przed nami, jesteśmy młodzi, chcemy wziąć ślub. Nasza miłość nie może się tak skończyć, nie w taki sposób, nie teraz. Już raz obawiałem się o jej życie, kiedy ponad rok temu chciała je sobie odebrać. Teraz ponownie muszę drżeć o jej każdy oddech... 
Następnego dnia informuję mamę Ivy. Kiedy tylko mnie słyszy, wita mnie radośnie. Niestety jej radość szybko gaśnie, kiedy wyjaśniam sytuację. Jest zszokowana, nie dowierza w to, co mówię i płacze do słuchawki. Zapewnia, że natychmiast wsiada w prywatny samolot swojego partnera. Cóż, z Dubaju czeka
ją dobre piętnaście godzin lotu i modlę się, aby Ivy była dzielna i do tego czasu odzyskała przytomność.
 
Kilka minut po dziesiątej rano doktor Peter ma obchód. Ufam doktorowi Samuelowi, ale to zrozumiałe, że nie może być przy Ivy non stop. Dowiaduję się, że za parę minut zostanie przeprowadzona tomografia, dzięki ktrórej dowiemy się kilku nowych rzeczy. Siedzę więc jak na szpilkach, nerwowo podryguję nogą, a moje nerwy wiszą na włosku. Nolan próbuje mnie zagadywać, ale nie jestem w stanie rozmawiać. Stres zżera mnie od środka i chcę usłyszeć dobre wiadomości. Że ten przeklęty krwiak poszedł w cholerę, czaszka się zrosła, a Ivy niedługo się obudzi i wszystko będzie jak dawniej. Nie marzę o niczym innym.
- Panie Justinie - doktor wyrywa mnie z zamyślenia, zrywam się na nogi, a serce podskakuje mi do gardła - Mamy wyniki tomografii komputerowej. Jak już mówił doktor Samuel, podczas urazu doszło od uszkodzenia tkanek miękkich, dlatego też pojawił się krwiak w mózgu, który stanowił zagrożenie dla pacjentki. Przebyta operacja nieco poprawiła jej stan, wprowadziliśmy ją w śpiączkę farmakologiczną i zostanie w niej tak długo, jak to będzie konieczne - blednę. Słowo "śpiączka" nigdy nie kojarzyło mi się zbyt dobrze. To znaczy, że Ivy może być nieprzytomna bardzo długo - Sen dobrze wpływa na pacjentkę, dzięki temu jej mózg odpoczywa i szybciej pozbędziemy się krwiaka. Tomografia niestety nie wykazała poprawy, krwiak nieznacznie się powiększył i musimy czekać. Stan Pana narzeczonej nadal jest ciężki, przykro mi.
Nie odpowiadam, nie jestem w stanie. Opadam na krzesełko, chowam twarz w dłoniach i pozwalam sobie na chwilę słabości. Jestem potwornie rozczarowany, nie takich informacji oczekiwałem. Miałem nadzieję, że jej stan zdążył się poprawić, a tymczasem jest jeszcze gorzej. Tak bardzo się o nią boję! 
W południe rodzice zmuszają mnie do opuszczenia szpitala, wręcz na siłę mnie z niego wyciągają. Kłócę z nimi, że nigdzie się nie ruszę, jednak mają w nosie moje gadanie. Wsadzają mnie do samochodu razem z Nolanem i wiozą do domu. Mama karci mnie, że mam dziecko, które powinienem zobaczyć, przytulić. I dopiero teraz, na wzmiankę o Abbey dopadają mnie wyrzuty sumienia. Mama ma rację, kompletnie odleciałem, zapominając o własnym dziecku! Jak dobrze, że jest jeszcze maleńka i nie rozumie, co dzieje się z jej mamą, która walczy o życie. Nie wyobrażam sobie, aby Abbey wychowywała się bez Ivy.  
Biorę ją w ramiona, kiedy tylko przekraczam próg domu. Tulę do siebie jej drobne ciałko, całuję w czoło i płaczę. Nie potrafię powstrzymać emocji, jestem przerażony i tak bardzo się boję. Nawet przez głowę przelatuje mi myśl, iż to wszystko wydarzyło się z konkretnego powodu. Mamy dziecko, nie wiedziałem o nim przez rok, a potem odzyskałem Ivy, pokochałem Abbey, zamieszkaliśmy razem. Ponoć w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. A jeśli miałem ponownie pojawić się w życiu Ivy po to, aby nasza córka nie została sama, kiedy Ivy zabraknie? Ta myśl napawa mnie strachem i ponownie rozpadam się na kawałki. 



Wciąż i wciąż deszcz będzie padać
Jak łzy z gwiazd
Wciąż i wciąż deszcz będzie powtarzać
Jak krusi jesteśmy, jak krusi...




**********************************
Hello! :)
Przepraszam za opóźnienie. 
Rozdział powinien być wczoraj, jednak wstyd się przyznać, ale po prostu zapomniałam go dodać!
Rzadko mi się to zdarza, no ale w końcu musiał nadejść ten dzień :P
Porobiło się, a zostało już tylko dwa rozdziały plus epilog.

Wieczorem pojawi się prolog na nowym opowiadaniu :)
Znajdziecie go pod tym linkiem - KLIK -
Na razie blog jest zablokowany, ale wieczorem będzie można na niego wejść.

To tyle!
Ściskam was i dziękuję tym, którzy oddali głos na Show Me The Way!
Kasia.











piątek, 20 lipca 2018

Rozdział siedemnasty


Ivy POV:

Mija długa chwila, zanim całkowicie się uspokajam. Zdejmuję szpilki, czmycham do toalety i zamykam się w kabinie. Podwijam sukienkę, która od spodu zabarwiona jest na czerwony kolor, urywam trochę papieru i przykładam do rany. Szczypie niemiłosiernie, jest całkiem spora i wygląda jak cienka, bordowa linia. Gapię się na nią i myślę o tym, co powiedział ojciec. Czy on naprawdę chce pół miliona? To mnóstwo pieniędzy, nie mam ich i nie zamierzam poprosić o nie Justina. Zapewne widział nas razem, może nawet poszperał i dowiedział się, że pochodzi z bogatej rodziny. Jeszcze nie wiem, jak rozwiążę ten problem, wiem na pewno, że pieniędzy nie dostanie. Nie jestem mu nic winna, obrócił moje życie w koszmar i ma czelność domagać się pieniędzy?! Co on sobie kurwa wyobraża?! Wychodzi z więzienia, prześladuje mnie, dodatkowo rani i myśli, że ujdzie mu to na sucho? Niech go szlag! Mam ochotę zadzwonić do Phila i wszystko mu powiedzieć. Kazał dzwonić o każdej porze dnia i nocy, jeśli cokolwiek się wydarzy. Byłam mu wdzięczna za pomoc, wsparcie i zaangażowanie. Chciał posłać mojego ojca z powrotem do więzienia, jednak ten wie, co zrobić, aby go uniknąć. Specjalnie nie wysyła mi gróźb w wiadomościach, zachowuje dystans i nie pokazuje się policji. Nie ma żadnych podstaw do aresztowania go i to martwi mnie najbardziej. 


Owijam ranę grubą warstwą papieru, przyklejam plasterkiem na rany, który wzięłam na wszelki wypadek, gdyby obtarły mnie buty i w miarę możliwości poprawiam makijaż. Biorę głęboko oddech, zakładam szpilki i wracam na salę. Staram się nie dać nic po sobie poznać, uśmiecham się lekko i przysiadam obok Justina. Wygląda na zaskoczonego, obejmuje mnie ramieniem całując tuż nad uchem. Mam ochotę wziąć kieliszek wina i wychylić go jednym haustem. Potrzebuję rozluźnienia, niestety nie mogę pić i muszę się męczyć.
- Długo cię nie było, biedroneczko. Martwiłem się i już miałem zajrzeć do toalety. Wszystko dobrze?
- Tak, przede mną było kilka pań i musiałam poczekać. Wiesz, potem poprawka makijażu i takie tam.
- Ach, wy kobiety - uśmiecha się i puszcza mi oczko - Wiesz, rozmawiałem z tym całym Victorem - och! Marszczę brwi i patrzę na niego z ciekawością - Wydaje się być całkiem spoko. Mamy nawet wspólne zainteresowania, on też lubi grać w rugby no i w Uncharted! Ma wpaść do mnie trochę pograć.
- Wow - patrzę na niego z niedowierzaniem, aż się zawstydza - Jestem z ciebie dumna, poważnie!
- Och, daj spokój. Naprawdę myślałaś, że zachowam się jak buc dla chłopaka mojej siostrzyczki?
- No nie wiem! Sam mówiłeś, że masz do niego mnóóóóstwo pytań, więc sądziłam, że mu je zadasz.
- Może kiedyś zadam, kto wie? Na pewno nie teraz. Widzę, jak bardzo Jillian jest z nim szczęśliwa.
- Jesteś taki słodki, kiedy troszczysz się o nią, wiesz? Żałuję, że nigdy nie dane było mieć mi brata.
- Ale za to masz niesamowitego narzeczonego, który nie widzi świata poza tobą - porusza brwiami, przysuwa się i całuje mnie czule - Mmm, uwielbiam cię całować. To jest takie przyjemne. Prawda?

- Mhm, ale nie powinniśmy robić tego tutaj. Jesteśmy w towarzystwie - odsuwam się i cmokam go w nos.

Przyjęcie trwa w najlepsze. Jemy pyszne jedzenie, tańczę z Justinem, jego tatą, a nawet z Victorem, który jak się okazuje jest świetnym tancerzem! Bawię się świetnie i w tej chwili wyrzucam ojca z mojej głowy. Nie chcę się tym zadręczać akurat w tej chwili, to Sylwester i za kilka minut wybije północ. Chcę wejść w Nowy Rok z uśmiechem na twarzy, w towarzystwie osób, które pokochałam, które są mi bliskie. Poprzedni rok był dla mnie bardzo ciężki, Sylwestra spędziłam na imprezie, która później zakończyła moje szczęście. Los się jednak odmienił, ponownie jestem szczęśliwa i zrobię wszystko, aby nadal tak było. Nigdy więcej nie chcę cierpieć, mój limit pecha już dawno się wyczerpał. 

Do domu wracamy nad ranem. Dochodzi piąta, po cichutku wchodzimy do środka, chociaż tata Justina zderza się z komodą i klnie siarczyście masując obolałe miejsce. Wszyscy są nieźle podpici tylko ja jedna musiałabym zachować trzeźwość. Zsuwam szpilki ze stóp, pomagam Justinowi zdjąć marynarkę i taszczę go na górę. Przypominam sobie pewną imprezę, na której chciał się do mnie dobrać i po raz pierwszy widział moje piersi, oczywiście w staniku! Powiedział wtedy, że mógłby dojść na sam ich widok, a następnego dnia nic nie pamiętał. Sytuacja wygląda trochę podobnie, dzisiaj też jest schlany, ledwo trzyma się na nogach i mamrocze pod nosem, jak bardzo mnie kocha, jak cholernie jestem seksowna i chce uprawiać ze mną seks po pijanemu. Kręcę głową, wchodzę do pokoju i dostrzegam Ginę, która przysypia w fotelu. Budzi się natychmiast, kiedy zapalam małą lampkę. Zaciska usta na widok Justina i zbiera się do wyjścia. Proponuję, żeby przespała się w pokoju obok, jednak upiera się, że wróci do domu. Na szczęście mieszka niecałe dziesięć minut od nas, co trochę mnie uspokaja. Dziękuję jej serdecznie, żegnamy się i zostajemy sami.
- Pozwól mi cię przelecieć, b-biedroneczko - sadzam go na brzegu łóżka, zdejmuję buty, koszulę, spodnie i zostawiam go w samych bokserkach - Pragnę cię, nie bądź taka - burczy pod nosem jak nadąsane dziecko, sadzając mnie na swoich kolanach. Krzywię się odrobinę, kiedy skóra na udzie się napina - Wcale nie jestem aż tak pijany - rozsuwa zamek z tyłu sukienki, opuszcza ją w dół i oblizuje usta - Uwielbiam twoje cycki, kotku - pieści je czule, dotyka opuszkami palców sutków, ale doskonale wie, jak bardzo są wrażliwe.
- Justin, to nie jest odpowiednia pora na seks. Jest piąta nad ranem, powinniśmy położyć się do łózka.
- Właśnie się kładziemy - mruga okiem, przerzuca mnie przed siebie i zdejmuje sukienkę oraz buty - C-co to takiego? - marszczy brwi, wskazując na moje udo. Cholera, rana! - Papier jest cały zakrwawiony, Ivy.
- To nic wielkiego, skaleczyłam się o kant szafki w łazience. Zajmę się tym jak się wyśpię. Nie martw się.
- Skoro tak mówisz - sunie ustami po moim obojczyku, piersiach, brzuchu i dociera na sam dół. Jednym ruchem pozbywa się moich majtek, a jego uśmiech jest ogromny - Miałem na to ochotę od samego rana.
- Jesteś nieznośny - przewracam oczami, a kiedy zaczyna mnie pieścić zamykam oczy i poddaję się.



Justin POV:
Budzi mnie potworny ból głowy. Przykładam dłoń do czoła, krzywię się i jęczę pod nosem. Ouć!
- Niech to szlag - podnoszę tyłek z łóżka, przecieram twarz rękami i rozglądam się po pokoju. Nie ma w nim Ivy, Abbey również więc postanawiam zejść na dół. Wkładam na tyłek dresowe spodenki i człapię przez korytarz. Kiedy pojawiam się w kuchni, czuję na sobie spojrzenia zgromadzonych. Ivy kołysze Abbey w ramionach, tata pije kawę i wcina śniadanie, mama krząta się po kuchni, a Jillian patrzy na mnie z chytrym uśmieszkiem - Dzień dobry. Znajdzie się dla mnie trochę kawy i jakiś środek przeciwbólowy?
- Ojj, boli główka? - Jillian prycha pod nosem i unosi brew - I bardzo dobrze! Spiłeś Victora, Justin!
- Ja? Chyba on mnie! - siadam na krzesełku i spoglądam na Ivy, która się uśmiecha - To on zaczął, okej?
- Jasne! To on polewał i mówił; "pij, Victor. Jak chcesz być w naszej rodzinie, musisz być twardym gościem, a nie cieniasem!" - zaciskam usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Faktycznie tak mówiłem, auć! - I co?
- I nic? Przecież to prawda, Ji. Musi mieć jaja, a nie wymiękać po dwóch kieliszkach wódki. Powinnaś być zadowolona, bo wytrzymał do samego końca i nie ominął nawet jednej kolejki. Co za skurczybyk!
- Och, synu - ojciec śmieje się ze mnie i kręci głową - Ty zawsze musisz wymyślić coś szalonego.
- Tato! To nie było szalone, on zrobił to specjalnie. A mój dzióbek chciał pokazać, że ma mocną głowę.
- Bo ma! Momentami sam chciałem odpuścić, no ale sam wyszedłbym na mięczaka, więc piłem dalej.
- Jak dzieci - mama stawia przede mną filiżankę pachnącej kawy i tabletkę - Proszę. Zjesz śniadanie?
- Zjem, umieram z głodu - upijam łyk gorącej kawy i popijam nią proszek - Jak się masz, kochanie?
- Bardzo dobrze. Nie boli mnie głowa ani nie mam kaca - mruga okiem i uśmiecha się uroczo. Bestia! -
Poza tym wyspałam się, Abbey obudziła się dzisiaj później niż zwykle i pozwoliła mi odpocząć.
- Daj mi ją - wystawiam ręce, mała ląduje w moich ramionach, przyglądając mi się uważnie. Rozczula  mnie, kiedy marszczy brewki i posyła mi uśmiech - Jesteś taka urocza, aż chciałoby się ciebie schrupać.


Po śniadaniu wracamy na górę, a Abbey zostawiamy z Jillian, która chętnie zabiera ją na spacer. Zaciągam Ivy do łazienki, zdejmuję z niej moją koszulkę i kiedy mamy wchodzić do kabiny, zauważam na jej nodze biały opatrunek. Przyglądam mu się z zainteresowaniem, ale wcześniej go tam nie było. Dziwne!
- Skąd masz to na nodze, Ivy? - spina się i niepewnie na mnie spogląda - Powiedz mi, skaleczyłaś się?
- Nie - odpowiada smutno, siada na brzegu wanny i schyla głowę - Nie chciałam mówić o tym wczoraj, nie mogłabym zepsuć tak wyjątkowego wieczoru - oddycha głęboko, przeczesuje włosy, a ja mam dziwne przeczucia - Wczoraj, jak wracałam z toalety zaczepił mnie ojciec. Nie spodziewałam się go tam.
- I słusznie, ponieważ nie powinno go tam być! Przecież wchodzili tylko ludzie z zaproszeniami. Co jest?
- Nie mam pojęcia, jak dostał się do środka, ale dorwał mnie i znowu wygadywał te paskudne rzeczy. To on mi to zrobił - odwija bandaż, a moim oczom ukazuje się długa szrama. Nie jest głęboka, ale ciągnie się na dobre piętnaście centymetrów - To wręcz nie do pojęcia, że jest tam, gdzie ja. Jak on to robi?
- Sam chciałbym to wiedzieć - podchodzę do niej, kucam i przesuwam opuszką palca po jej udzie, tuż obok rany - Wychodzi na to, że ochrona nie może odstępować cię nawet na krok, jeśli opuszczasz dom.
- Wracam na studia, Justin. Będę przebywać na uczelni i szczerze mówiąc, zaczyna mnie to przerażać.
- Nie pozwól, aby ten człowiek ponownie usadowił się w twojej głowie, kochanie - spogląda na mnie i widzę w jej oczach ten strach oraz niepokój - Jesteś cholernie dzielną i silną kobietą, poradzimy sobie z nim. Już raz zniszczył ci życie, na pewno nie pozwolimy mu na to drugi raz. Musimy powiadomić Phila.
- I tak nic nie zrobi, nie może. Nie ma dowodów, a nikt nie widział mnie z ojcem. Skąd będzie miał pewność, że to on wyrządził mi krzywdę? To moje słowo przeciwko jego, a ojciec i tak temu zaprzeczy.
- Wiem i to właśnie wkurwia mnie najbardziej - zrywam się na nogi, chodzę tam i z powrotem i myślę nad tym, jak przymknąć tego skurwiela! - I tak porozmawiamy z Philem, kazał mówić o wszystkim. 

- Dzisiaj jest Nowy Rok, Justin. Zapomnijmy o tym na chwilę, spędźmy spokojny dzień. Dobrze?
- Jasne, kotku. Chodź - wystawiam dłoń, podnosi się i wchodzimy do kabiny. Odkręcam wodę, reguluję odpowiednią temperaturę i wylewam na jej ciało pachnący żel - Bardzo cię kocham, Ivy.
- A ja kocham ciebie - odwraca się, uśmiecha czule i mocno przytula do mojego ciała.






***
Kilka kolejnych dni mija w całkowitym spokoju. Odwiedzamy lekarza, który dokładnie bada Abbey. Mierzy obwód jej główki, klatki piersiowej, wypytuje jak mała zachowuje się na co dzień, czy je, czy nie ma zaburzeń snu. Słucham tego z lekkim przerażeniem, jednak Ivy odpowiada na wszystkie pytania bez zająknięcia. Na szczęście lekarz uspokaja nas i zapewnia, że Abbey rozwija się prawidłowo. Urodziła się sześć tygodni przed czasem i dowiadujemy się, że te sześć tygodni, które powinna jeszcze spędzić w brzuchu Ivy odejmuje się od jej wieku. Tak oto dowiadujemy się, że Abbey właściwie ma dwa i pół miesiąca, a nie cztery. Potrzebuje nieco czasu, aby dogonić rówieśników. Mam nadzieję, że wyrośnie na
silą i zdrową dziewczynkę. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej.


Ivy składa papiery na trzy uczelnie, które ją interesują. Widzę podekscytowanie na jej twarzy i sam również cieszę się, że jednak zdecydowała się wrócić na studia. Zależało jej na tych poprzednich, niestety wszystko się spieprzyło i musi zaczynać od nowa. Czuję się winny, ale moje poczucie winy niczego już nie naprawi. Pozostało mi wspieranie jej, pomaganie, co mam zamiar robić w każdej chwili. Będę opiekował się naszą córką, kiedy ona będzie na uczelni. Na szczęście to moje ostatnie półrocze i wręcz nie mogę się doczekać końca. Od września zaczynam pracę dla taty, to nowy dla mnie etap i to ekscytujące, że wreszcie będę zarabiał niezłe pieniądze. Będę głową naszej rodziny i zapewnię im wszystko, czego zapragną. Mam przy sobie dwie, cudowne kobiety. Nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. No, może ślubu.

Pewnego wieczoru, dokładnie ósmego stycznia, do Ivy dzwoni jej mama. Przysłuchuję się rozmowie, Ivy opowiada o świętach, Sylwestrze, Abbey i niestety o ojcu. Szybko dowiaduję się, że ten skurwiel nie daje spokoju również Monice. Wciąż do niej wydzwania, nalega na spotkanie i nawet jej grozi. Prycham wkurzony, bo przekracza granice i Monica zgłosiła sprawę na policję. Przybijam jej w myślach piątkę, bo to bardzo dobra decyzja. Ten człowiek musi wrócić za kratki, tam jest jego miejsce. Niestety martwi mnie fakt, że jest tak blisko Ivy. Spaceruje sobie gdzieś po San Francisco, cieszy się wolnością, a moja narzeczona drży ze strachu. W dodatku niebawem wraca na uczelnię i będzie zmuszona opuszczać dom. Cholera! Nie może zaszyć się tutaj i przestać korzystać z życia przez tego śmiecia! Tak nie może być.

Ivy wyznała również, że ojciec zażądał od niej pół miliona dolarów. Patrzyłem na nią zaskoczony, bo jeszcze niedawno chciał stu tysięcy! Doskonale wiedziałem, że musiał prześwietlić mnie oraz moją rodzinę i stawka nagle poszła w górę. Ojciec posiadał takie pieniądze, jego firma była na świetnej pozycji, wiodło mu się bardzo dobrze. Mama była tłumaczem przysięgłym, pracowała razem z tatą, a ten skurwiel musiał o tym wiedzieć. Nie doceniałem go, nikt z nas go nie doceniał. Nie bardzo wiem, skąd miał taką wiedzę oraz znajomości, jednak ktoś musiał mu pomagać. Wyszedł z paki więc to oczywiste, że nie miał przy sobie ani grosza, jakim cudem znalazł się w San Francisco? Pytań i niewiadomych było coraz więcej, a odpowiedzi żadnych. Phil również rozkładał ręce, był bezradny i wciąż czekał, aż ten śmieć posunie się dalej. Ivy się bała, a on miał świetną zabawę z prześladowania jej. Zasiał niepokój, przez który moja narzeczona prawie w ogóle nie opuszczała domu. Spędzała mnóstwo czasu w ogrodzie, dzięki temu Abbey zażywała świeżego powietrza, jednak na dłuższą metę życie w zamknięciu zmieni się w koszmar.


Niechętnie wracam na uczelnię. Rozleniwiłem się przez przerwę świąteczną i najchętniej zostałbym z moimi dziewczynami. Niestety nie ma tak dobrze, a i tak opuściłem dwa dni zajęć. Muszę wziąć się w garść, zebrać tyłek i przyłożyć się do nauki. Przede mną końcówka i mam zamiar zdać sesję bez żadnej poprawki. Znam swoje możliwości, mogę to zrobić potrzebuję jedynie chęci i mobilizacji.
- Joł, stary! - czuję klepnięcie w plecy i po chwili męski uścisk - Koniec laby, co? Czas wrócić do gry!
- Weź, nic nie mów! Jak pomyślę o zajęciach to śniadanie podchodzi mi do gardła. Nie chce mi się!
- No to witaj w klubie! Pierwsze zajęcia z Bronsonem, więc całkowy luz. Będziemy mogli poplotkować.
- Brzmisz jak baba, Nolan - przewracam oczami i zmierzamy do sali informatycznej - A gdzie Dylan?
- Dzisiaj go nie będzie, złapało go jakieś choróbsko i zrobi sobie wolnego do końca tygodnia. Frajer!
- Zawsze możesz pójść w jego ślady - mrugam okiem, otwieram drzwi i zajmujemy swoje miejsca.

Czas na uczelni wlecze się niemiłosiernie. W przerwach dzwonię do Ivy i wypytuję o jej samopoczucie.
Jest zadowolona, chichocze do słuchawki i wspomina ranek, kiedy to Abbey obudziła mnie swoimi małymi, ciekawskimi paluszkami dotykającymi mojego policzka. Uwielbiałem budzić się obok niej, kiedy leżała razem z nami w łóżku. Nie ma nic piękniejszego po otwarciu oczu, jak zobaczenie jej ślicznej buźki.
- Hej, Justin - moje rozmyślenia przerywa Alayna. Przysiada obok mnie na ławce i uśmiecha się lekko - Nolan powiedział mi, że jesteś z Ivy. Nie ukrywam, jestem zaskoczona. W dodatku macie dziecko?
- Tak, nasze życie zatoczyło całkiem spore koło, ale ponownie jesteśmy razem i mamy śliczną córkę.
- Wow, to niesamowite. Wasza miłość jest naprawdę wyjątkowa, tyle złego udało wam się przetrwać.
- To prawda. Łatwo nie było, ale widocznie musieliśmy przejść przez gówno, aby być tutaj, gdzie jesteśmy.
- Pozdrów ją proszę ode mnie. Mam nadzieję, że pewnego dnia wybaczy mi tę akcję z Meredith.
- Jestem pewny, że ona już dawno ci wybaczyła. Ivy ma dobre serce, ja mam o wiele więcej za uszami.
- A mimo to dała ci kolejną szansę. To wspaniałe z jej strony, naprawdę musi cię bardzo kochać.

- Kocham ją tak samo mocno albo i mocniej - uśmiecham się do siebie i myślę o jej pięknym uśmiechu. 

Zajęcia kończą się kilka minut przed piętnastą. Już nie mieszkam w akademiku, po prostu po zajęciach wracam do domu. Nie chcę tutaj być, skoro w domu czeka na mnie rodzina. Czułym się dziwnie będąc z dala od Ivy i Abbey. Nie przeszkadza mi nawet fakt, że muszę dojeżdżać dwie godziny. To pikuś!
Odkładam notatki na miejsce pasażera, zapinam pas i już mam uruchamiać silnik, kiedy rozdzwania się
mój telefon. Zerkam na wyświetlacz, jednak nie rozpoznaję numeru, nie jest zapisany w mojej książce.
- Witam, z tej strony doktor Samuel Graceland - gapię się w szybę, a po moich plecach pełza dreszcz strachu. Ostatnim razem, kiedy kontaktował się ze mną doktor, dowiedziałem się, w którym szpitalu leży Ivy. Wtedy byłem pewny, że nie żyje - Pan Justin Vandersol? - szepczę ciche "tak", ale tylko na to mnie stać. Wspomnienia sprzed roku sieją w mojej głowie spustoszenie - Jest Pan zapisany jako narzeczony, dlatego dzwonię. Na mój oddział trafiła Ivy Jones, nie wiedziałem z kim powinienem się skontaktować.
- Bardzo dobrze, że Pan dzwoni. To moja narzeczona. Gdzie ona jest? Dlaczego jest w szpitalu?
- Muszę Pana zmartwić, jej stan jest bardzo poważny. Czy może Pan przyjechać? Musimy porozmawiać.
- Oczywiście, j-już jadę. Panie doktorze, proszę mi powiedzieć teraz, tutaj, co przytrafiło się Ivy?
- Pana narzeczona przeszła operację neurochirurgiczną, która była konieczna do utrzymania jej przy życiu. Ma również złamaną kość czaszki oraz krwiaka na mózgowego. Jej stan jest bardzo ciężki - upuszczam telefon, a do mojego umysłu nie dociera nic z tego, co powiedział ten człowiek. To tylko zły sen.






piątek, 13 lipca 2018

Rozdział szesnasty

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, a dobrze znana panika pełza po ciele, rozlewając się przerażającym ciepłem, wręcz parząc nerwy. Znam to spojrzenie, w którym czai się gniew oraz nienawiść. Wiele razy patrzył na mnie dokładnie tak samo, a potem brał się za wykonywanie kary. Nawet jeśli nic wielkiego nie przeskrobałam i tak mi nie podarował. Lubił sprawiać mi ból, niszczyć, poniżać. Czerpał z tego ogromną przyjemność, a ja byłam tylko dzieckiem. Czy właśnie to, że nie potrafiłam się obronić, tak bardzo mu się podobało? Miał nade mną przewagę, a ja nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam się obronić. Zgadzałam się na te potworności, bo nie miałam innego wyjścia. Teraz jestem dorosłą kobietą, mam dwadzieścia lat i chociaż czasami wciąż czuję się zagubiona, nie dam mu ponownie władzy nad moim życiem.
Biorę się w garść, zmuszam nogi do ruchu, okrążam barierkę z drugiej strony i po prostu go mijam. Serce tłucze mi się w piersi, mam wrażenie, że zaraz złapie mnie w swoje brudne łapska i zleje pasem, aż krew będzie ściekać po moim ciele. Jednak ku mojemu zaskoczeniu nic takiego się nie dzieje. Ojciec nie idzie za mną, odwracam się i nawet go nie dostrzegam. Przykładam dłoń do serca i mam wrażenie, że ta sytuacja nie miała miejsca. Że jestem tak przestraszona, iż moja podświadomość sama podsyła mi te koszmarne obrazy, które kotłują się w mojej głowie. To zdarzyło się naprawdę? Czy mam pieprzone omamy?
- Ivy! - wzdrygam się na donośny głos Jillian. Macha mi wesoło, podchodzę do stolika, a jej uśmiech szybko gaśnie - Co się stało?! Jesteś blada jak ściana! - układa dłonie na moich ramionach, potrząsając lekko.
- Kochanie, powiedz nam, proszę - Gabrielle idzie w jej ślady i przykłada dłonie do moich policzków.
- Nic, chcę wrócić do domu - chrząkam niezręcznie, szybko się zbieramy i opuszczamy galerię.




Justin POV:
Dochodzi siedemnasta, dziewczyn nie ma od południa, jednak jestem spokojny, bo mama dała znać, że już wracają. Dzień spędzony z Abbey był świetny i mam nadzieję, że Ivy przekona się, jak dobry ze mnie ojciec, a następnym razem bez wahania zostawi mnie samego. Byliśmy na długim spacerze, na którym mała przespała dobre dwie godziny, poćwiczyliśmy chwilę i zjedliśmy pyszne mleczko. To dziecko to anioł, nie ma z nią żadnych problemów. Albo rozgląda się z zaciekawieniem i gaworzy, albo śpi. Bajka!

Wcinam chipsy, Abbey leży na macie i przygląda się zwierzaczkom, które wydają z siebie różne odgłosy, a tata delektuje się kieliszkiem koniaku. Wpadł do firmy tylko na chwilę, wrócił przed czternastą i dotrzymał mi towarzystwa. Nie sądziłem, że rodzice tak świetnie odnajdą się w roli dziadków, czym mile mnie zaskoczyli. Uwielbiają Abbey, ale właściwie jej nie da się nie uwielbiać. Przyciąga do siebie jak magnes!
- Jesteśmy! - Jillian krzyczy od progu, aż Abbey się wzdryga. Karcę ją spojrzeniem, wzrusza ramionami i podchodzi do małej - Kupiłam dla ciebie coś pięknego, kruszyno. Będziesz wyglądać jak aniołek!
- Jesteś niemożliwa - odkładam chipsy, wycieram ręce w serwetkę i spoglądam na Ivy. Odkłada torby na podłogę, zsuwa buty i zdejmuje z siebie kurtkę. Jest dość spokojna i co dziwne, nie patrzy na mnie. Zastanawiam się, czy przypadkiem mama i Jillian nie przesadziły, nie przytłoczyły ją swoją obecnością - Kochanie? - podnoszę tyłek z kanapy, podchodzę do niej i palcem unoszę jej głowę. Zaciska usta, patrzy na mnie niepewnie, a ja uważnie wpatruję się w jej oczy. Coś zaczyna mi tutaj nie grać - Co się stało?
- Możemy porozmawiać? - pyta cicho, biorę ją za rękę i prowadzę do naszego pokoju. Zamykam za nami drzwi, Ivy podchodzi do okna i owija się ramionami - Dzisiaj w galerii spotkałam ojca - kiedy kończy mówić, wbijam się w szok. Po prostu stoję, gapiąc się w jej plecy - Wracałam z toalety, odłączyłam się od Jillian i Gabrielle, wracałam już do nich i nagle go zobaczyłam. Nic nie zrobił, po prostu stał i patrzył.
- To niemożliwe - szepczę cicho, podchodzę i odwracam ją w swoją stronę - Niby skąd wie, gdzie jesteś?
- Nie mam bladego pojęcia, Justin, ale jest tutaj, w San Francisco. Byłam przerażona i zaskoczona.
- Domyślam się, skarbie - przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach - Nie obawiaj się, porozmawiam z tatą, zgłosi to Philowi. Widocznie będzie trzeba zatrudnić ochronę szybciej, niż się spodziewaliśmy.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz? - odchyla głowę i patrzy mi w oczy. W jej własnych widzę strach, którego ostatnio się pozbyła. Było już tak dobrze, ale ten człowiek wciąż nie ustępuje. Obawiam się, że nigdy tego nie zrobi - W lutym chcę wrócić na uczelnię, mam chodzić z obstawą? Nie wyobrażam sobie tego, wiesz?
- Wiem, ale twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Liczę, że do lutego problem będzie rozwiązany.
- Nie oszukujmy się, nie będzie rozwiązany, dopóki ojciec mnie nie odzyska. Taki jest jego plan, wiesz to.
- Nigdy nie pozwolę mu ciebie odzyskać, Ivy. Ten człowiek to przeszłość i zrobimy wszystko, aby posłać go z powrotem do więzienia, tam, gdzie jest jego miejsce. Tym razem nie na siedem lat, a na dużo więcej.
- Boję się, Justin. Widziałam w jego oczach tę nienawiść, którą doskonale znam. On chce się zemścić.
- Cichutko, nie bój się. Jestem przy tobie, poradzimy sobie z tym złamasem. Dostanie to, na co zasługuje.


Ivy zajmuje się Abbey, a ja zabieram ojca na rozmowę. Powtarzam wszystko, co usłyszałem od swojej narzeczonej, a ojciec kręci głową. Nie podoba mu się kierunek, w którym zmierza ten chory człowiek i wykonuje telefon do Phila. Niestety jego przyjaciel prosi, abyśmy przyjechali na komendę, bo chce porozmawiać z Ivy. Nie chcę ciągać jej po takich miejscach, jednak sytuacja jest poważna i trzeba obmyślić plan działania oraz środki bezpieczeństwa. Nie wiemy, co planuje jej ojciec, jakie ma możliwości. Obstawiamy, że jest bez grosza, bez znajomości, całkiem sam, ale jakoś znalazł się w pieprzonym San Francisco, odszukał Ivy i to niepokoi mnie najbardziej. Jak mu się to do cholery udało?! Ktoś mu pomaga?

Na komisariacie meldujemy się następnego dnia. Ivy jest zestresowana, mocno ściska moją dłoń i bardzo niepewnie przekracza próg budynku. Mam zamiar być przy niej cały czas, wspierać ją w tej trudnej chwili. To miejsce zapewne nie kojarzy jej się zbyt dobrze. Na pewno odwiedziła je w dzieciństwie.
- Witajcie - Phil gestem dłoni zaprasza nas do swojego biura, zajmujemy miejsca naprzeciwko jego biurka i kątem oka zerkam na ramki, które się na nim znajdują. Kobietę i dwójkę małych dzieci - Jestem Phil Leason, miło cię poznać, Ivy - ściska jej dłoń,  posyłając ciepły uśmiech - Sprawa z twoim ojcem nieco przyśpieszyła, dlatego się tutaj spotykamy. Do tej pory przysyłał tylko wiadomości, teraz postanowił stanąć na twojej drodze. Musiałem zapoznać się z twoją przeszłością, aby poznać szczegóły. Plan jest taki, że pod waszym domem będzie ochrona. Dyskretna, aby twój ojciec nie zorientował się w sytuacji. George?
- To bardzo dobry pomysł. Ivy musi być bezpieczna, a skoro ten człowiek tutaj jest, ochrona jest wskazana.
- Świetnie, jeszcze dzisiaj zjawią się pod domem. Nie martwcie się, nawet ich nie zauważycie. 


Rozmawiamy dobre dwie godziny. Phil wypytuje Ivy o ojca, o jego ewentualne zamiary wobec niej, jego słabe punkty, znajomości. Odpowiada na pytania, ściska moją dłoń, jednak zachowuje całkowity spokój. Jestem wkurzony, że ponownie musi przez to przechodzić, a liczyłem, że to już dawno za nią. Na szczęście mamy Phila, który jest świetnym glinom i doskonale wie, co robi. Ten złamas ponownie pójdzie siedzieć.

Ivy nie bardzo podobał się pomysł z ochroną czatującą pod naszym domem. Twierdziła, że na razie nie będzie sama nigdzie wychodzić i że szkoda marnować pieniądze. Jak zawsze była skromna, niczego od nikogo nie chciała, ale nie zamierzałem ustępować w tej kwestii, tata zresztą też. Sprawa wyglądała poważnie, mieliśmy na karku człowieka, który być może jest w stanie posunąć się do paskudnych rzeczy i za nic w świecie nie mogliśmy do tego dopuścić. Po tych argumentach Ivy zmieniła nieco swoje podejście i wyluzowała. Doskonale wiedziała, że chodzi też o nasze dziecko, które musieliśmy chronić. Na razie mieliśmy związane ręce, nie mieliśmy nic na tego człowieka, dzięki czemu mogliśmy posłać go z powrotem do więzienia. Musieliśmy czekać. Cholera! Gdybym wtedy wiedział, na co tak właściwie czekaliśmy...



***

Ivy POV:

Po wizycie na komisariacie odzyskałam utracony spokój. Ojciec nie pisał, nie pokazywał się w zasięgu wzroku, dzięki czemu byłam spokojna. Pod domem była ochrona, a to zdecydowanie podnosiło mnie na duchu. Moje samopoczucie było świetne, cieszyłam się z czasu wspólnie spędzonego z Justinem i nie mogłam doczekać się balu, który był już dzisiaj wieczorem. Od samego rana panowało małe zamieszanie i można było wyczuć pewną nerwowość. Tata Justina wciąż biegał, dzwonił i sprawdzał, czy aby na pewno wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Podziwiałam go, że organizuje bal z tak szlachetnym przesłaniem. Prowadził poważną firmę, znaną, szanowaną. Wykorzystywał swoje dobre imię, aby pomóc innym ludziom.
- Ivy - do pokoju wchodzi Justin, szarpie muchę i klnie siarczyście - Nie umiem poradzić sobie z tym cholerstwem, no! - wzdycha ciężko, podnosi głowę i patrzy na mnie tak intensywnienie, aż robi mi się gorąco - O, Boże. Ależ ty jesteś piękna - przesuwa wzrokiem z góry na dół, kręci głową gwiżdżąc z uznaniem - I pomyśleć, że jesteś tylko moja - uśmiecha się szeroko, podchodzi i przytula mnie do swojego ciała - Wyglądasz obłędnie, biedroneczko. Ta sukienka idealnie do ciebie pasuje, ta fryzura, makijaż.
- Dziękuje, kochanie. Ty również wyglądasz... wow - oblizuję usta i poprawiam klapę jego czarnej, dopasowanej marynarki - Jesteś niesamowicie przystojny, uwielbiam cię w takim wydaniu - odbieram od niego muchę, pomagam mu ją założyć i wystawiam kciuk ku górze - I pomyśleć, że jesteś tylko mój.
- Och, tak dobrze słyszeć to z twoich ust, maleńka - mruga zadziornie i cmoka mnie w usta - Musimy się zbierać, rodzice i Jillian już na nas czekają. Gina też przyszła, chodź - bierze mnie za rękę, podnoszę nieco sukienkę i powoli schodzimy po schodach. Te wysokie szpilki to nie jest dobry pomysł.
- Och, jesteście idealną parą! Tylko na nich spójrz, George! Abbey odziedziczyła urodę po was, kochani.
- Się wie, mamo - Justin dumnie wypina pierś i bierze małą na ręce - Bądź grzeczna, córeczko. Śpij dobrze, a jak się obudzisz, my już będziemy z powrotem - całuje ją w czoło, zaciskam usta, czując w sercu coś dziwnego. Nienawidzę zostawiać jej samej, a już na pewno nie z obcą dla mnie osobą. Polubiłam Ginę, jest w moim wieku, sympatyczna, miła i jest nianią. Gabrielle zapewniła mnie, że z nią Abbey będzie całkowicie bezpieczna, jest córką jej przyjaciółki, a to trochę mnie uspokoiło - No dobrze, idziemy? - przytakuję głową, szybko przytulam córkę i całuję ją w nosek. Czas przeżyć prawdziwy bal!

Na miejscu jesteśmy prawie czterdzieści minut później. Justin pomaga mi wysiąść, podaje dłoń i kiedy tylko staję na nogach, dostrzegam czerwony dywan. Wokół kręci się mnóstwo ludzi, są również fotoreporterzy, którzy robią zdjęcia i dostrzegam błyskające na każdą stronę flesze. Justin uprzedził mnie, więc nie jestem zaskoczona ich obecnością. Liczy się tylko to, aby o balu wiedziało jak najwięcej ważnych osób. Mam nadzieję, że uda się zebrać sporo pieniędzy na ofiary przemocy. 
 
Justin wręcza mi kieliszek bezalkoholowego szampana, stukamy się szkłem i upijamy. Mmm, pycha!
- Właściwie, dlaczego Jillian nie pojechała razem z nami? Nagle zniknęła i do tej pory się nie zjawiła.
- Cierpliwości, kochanie - uśmiecham się i wręcz nie mogę doczekać, aż zjawi się razem z Victorem.
- Hej, ty coś wiesz? - mruży oczy i unosi palcem moją głowę - Powiedz mi, bo zaczynam się martwić.
- Niepotrzebnie, wszystko jest w porządku. Jillian niebawem powinna się pojawić, nie panikuj.
- Oho, coś się świeci. Czuję to! - burczy pod nosem i wkłada do ust porcję przepysznego tortu z kremem.
- Hej! - jak na zawołanie rozlega się głos jego siostry, która podchodzi do nas razem ze swoim chłopakiem. Podnoszę się ze swojego miejsca, tulę ją do siebie i spoglądam na Victora. Jest tylko rok ode mnie młodszy, jednak muszę przyznać, że jest bardzo przystojny i idealnie pasuje do Jillian. Wyższy od niej o dobre piętnaście centymetrów, robi wrażenie pewnego siebie. Ma ciemne włosy, brązowe oczy i piękny uśmiech - Chciałam przedstawić wam mojego chłopaka. Victorze, to moja mama Gabrielle i tata George - rodzice natychmiast ciepło go witają, a Gabrielle przytula go do siebie. Patrzę na to z rozczuleniem i wyczuwam niepokój Jillian, kiedy przychodzi kolej na nas - A to mój brat Justin i jego narzeczona Ivy - podaje mi dłoń, którą ściska i całuje wierzch. Kiedy podchodzi do Justina, jego mina nieco rzednie. Szturcham go w bok, pokazując spojrzeniem, że ma zachować się jak cholerny dżentelmen, a nie stroić fochy! - Justin?
- Ach, tak - chrząka niezręcznie i bierze się w garść - Miło cię poznać. Jillian nareszcie cię pokazała.
- Tak, miała mnóstwo obaw zupełnie niepotrzebnie. Czasami jest zdecydowanie zbyt opiekuńcza.
- Tsa, skąd ja to znam. Cała ona! Bała się, że palnę coś bez zastanowienia i uciekniesz z krzykiem.
- Justin! - Jillian karci go i wystawia palec na znak groźby - To nieprawda, Victor. Nie słuchaj go.
- Prawda, prawda. Już ja cię znam - mruga okiem, a Jillian uroczo się zawstydza. Są tacy słodcy!
- No dobrze, kochani. Usiądźmy, podali pyszny tort, a niebawem zagra dla nas świetny zespół.
Siadamy na swoich miejscach, kątem oka zerkam, jak Victor odsuwa krzesło dla Jillian i muszę zagryźć wargę, aby szeroko się nie uśmiechnąć. Nie sądziłam, że młodzi chłopcy są tak dobrze wychowani, to zapewne jeden z niewielu wyjątków. To ogromny plus i cieszę się, że Justin należy do ów wyjątku. Zachował się w porządku wobec Victora, a bałam się, że naprawdę zasypie go gradem pytań! Ich pierwsze spotkanie wypadło świetnie i liczę na to, że Justin nie przytłoczy go swoją troską o Jillian. Nawet jeśli któregoś dnia Victor złamie jej serce, on nic nie będzie mógł na to poradzić. Tak właśnie wygląda życie. Trzeba spróbować, inaczej można już zawsze żałować. Nawet jeśli następnego dnia przekonamy się, że nie było warto. Nikt nie uchroni nas przed krzywdą, co jest nam pisane i tak się wydarzy. 
 
Bal rozkręca się, kiedy na scenę wchodzi zespół. Kołyszemy się do wolnej, romantycznej piosenki, a wokół nas wiruje mnóstwo par, w tym rodzice Justina oraz Jillian i Victor. Skupiam uwagę na moim narzeczonym, uśmiecham się i przesuwam palcem po jego karku. W czarnym, dopasowanym garniturze wygląda jak model żywcem wyjęty z okładki magazynu. Jego włosy są lekko na żelowane i potargane w "artystyczny nieład", jak zawsze mówi o swoich włosach Justin. Rok temu były nieco dłuższe, mogłam zanurzyć w nich palce, przeczesać, poszarpać. Teraz niestety nie mam na to najmniejszych szans. Dopiero teraz widzę zmianę, jaką przeszedł. Nie tylko jego włosy się zmieniły, ciało również. Nabrał nieco więcej masy, doszły nowe tatuaże, które zobaczyłam dopiero kilka dni temu, ale przede wszystkim zmianie uległo jego myślenie, podejście do życia. Przekalkulował je, zaakceptował fakt, że ma dziecko, co wiążę się z wielką odpowiedzialnością i sprowadził nas do San Francisco. Nie miał żadnych wątpliwości, nie chciał poczekać, nie dał sobie czasu na oswojenie się z nową sytuacją. Po prostu dopiął swego, odzyskał mnie i dokładnie rok później jesteśmy zaręczeni. Jeszcze miesiąc temu nawet nie śniłam, że wydarzy się taki cud!
- Zawiesiłaś się - cmoka mnie w nos, okręca dookoła i ponownie przytula - O czym tak myślisz, hmm?
- Właściwie o wszystkim. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, nie mówiąc o reszcie. Postanowiłam, że powiem ci o Abbey, ale nie liczyłam, że ta wiadomość zmieni cokolwiek między nami. Chciałam jedynie, żebyś wiedział o córce, niczego więcej nie oczekiwałam. A tu proszę!
- Zaskoczyłem cię, co? - uśmiecha się chytrze i czule przesuwa dłońmi po moich plecach - Szukałem cię i wiedziałem, że znajdę. Nie miałem zamiaru się poddać i stracić kobietę, z którą chcę spędzić resztę życia. Fakt, popełniłem ogromny błąd, ale nigdy więcej nie zachowam się tak dziecinnie. To było żałosne - przewraca oczami i oddycha głęboko. Tak, zemsta za powiedzenie kilku słów przy tłumie to faktycznie szczeniacka zagrywka - Uraziłaś moje ego, miałem tam świetną opinię, a ty to zepsułaś. Kiedy o tym teraz myślę, mam ochotę strzelić sobie w twarz, serio. Byłem wtedy takim dzieciakiem, Ivy. Zmieniłem się.

- Wiem, widzę to. Dobrze, że nasza miłość się nie zmieniła, mimo tego, że upłynął długi rok.
- Nie zmieniła się, ponieważ jest prawdziwa, biedroneczko. Zakochałem się w tobie od pierwszego pocałunku. Wiedziałem to już wtedy, chociaż zrozumiałem to dużo później. Jestem tylko facetem.
- Och, Justin - wtulam się w niego, zamykam oczy i powstrzymuję łzy - Znowu dzięki tobie jestem szczęśliwa i boję się, że tak samo jak rok temu nagle wszystko się spieprzy i będę cierpieć ponownie. 

- Nic takiego nie będzie miało miejsca, obiecuję. Jesteś dla mnie najważniejsza, nie spieprzę tego za nic w świecie. Poza tym poprosiłem cię o rękę, chcę się z tobą ożenić, być we troje już na zawsze. No, może nie tylko we troje. Kto wie? Może pewnego dnia postaramy się o kolejnego bobasa? Co ty na to?
- C-co? - jąkam się z zaskoczenia, odchylam głowę i patrzę mu w oczy - Chcesz mieć więcej dzieci?
- Jasne, dzieci są super! Uwielbiam Abbey i nie chciałbym, żeby wychowywała się sama. Rodzeństwo jest potrzebne, zawsze będą mogli potem na siebie liczyć, wspierać się. Dobrze mówię? Ma to sens?
- Oczywiście, że ma! Poza tym fajnie byłoby mieć maleńkiego syneczka, który byłby taki jak ty.
- Och, to brzmi niesamowicie. Nigdy wcześniej nie myślałem o byciu ojcem, zrzuciłaś na mnie niezłą bombą, a teraz mówimy o kolejnym. Zrobimy tyle dzieci, ile będziemy chcieli, kochanie. Przyjdzie na to czas, ale jeszcze nie teraz, okej? Jesteśmy jeszcze młodzi i Abbey w zupełności nam wystarczy.
- Zgadzam się - opieram czoło o jego i zamykam oczy. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?


Chwilę później idę do toalety. Robię siku, co jest niezmiernie trudne w tej długiej sukience oraz pudruję nosek. Nie rozpoznaję samej siebie w odbiciu lustra. Nigdy nie maluję się tak mocno, jednak makijaż pasuje do mnie idealnie. Moje włosy są upięte w wysokiego, luźnego koka, w uszach są długie, srebrne kolczyki. Gabrielle zadbała o wszystko i we trzy wyglądałyśmy jak księżniczki z bajki Disney'a.
Uśmiecham się na tę myśl, opuszczam łazienkę i powoli wracam na salę. Mam potwornie wysokie szpilki i muszę uważnie stawiać każdy krok, aby przypadkiem nie potknąć się i nie zaliczyć spotkania z piękną, jasną i wypolerowaną podłogą. Skręcam w prawą stronę, mijam małą fontannę na środku holu i ni stąd, ni zowąd czuję uścisk na ramieniu. Zatrzymuję się w połowie kroku, odwracam za siebie i gwałtownie wciągam powietrze. Nie wierzę, że to dzieje się ponownie! Jakim cudem dostał się na przyjęcie?!
- Witaj, córeczko. Chyba musimy porozmawiać - uśmiecha się, ale mimo to jest poważny jak diabli. Świadczy o tym, chociażby zaciśnięta szczęka oraz mocny uścisk na moim ramieniu - Przejdźmy się - pociąga mnie za sobą, chcę zaprotestować, wyrwać się z jego uścisku, ale moje wysiłki spełzają na niczym. Jego osoba mnie paraliżuje i nie jestem w stanie nawet racjonalnie myśleć! - Tutaj może być - rozgląda się, korytarz jest całkowicie pusty i znajdujemy się kawałek od bawiących się ludzi - Muszę przyznać, że wyglądasz wspaniale, gwiazdeczko - dotyka mojego ramienia, sunąc po nim palcem - Wiedziałem, że jesteś piękna, ale w tym wydaniu wyglądasz jak milion dolców. Jesteś tyle warta? - przechyla głowę i uważnie mi się przygląda. Przełykam ślinę, dociskam plecy do lodowatej ściany i tak bardzo chciałabym się w nią wtopić, aby nie musieć patrzeć w te czarne jak otchłań oczy - Nie mam za dużo czasu, więc przejdźmy do rzeczy. Popełniłaś błąd, uciekając ode mnie, Ivy. Znasz mnie, wiesz, że ja nigdy nie odpuszczam i teraz też tego nie zrobię. Czekam na pieniądze, które miałaś zdobyć. Zażądałem stu tysięcy, ale patrząc na to, z kim się teraz zadajesz, chcę zdecydowanie więcej. Pół miliona, Ivy. Masz czas do środy - Chryste! Nigdy w życiu nie widziałam takich pieniędzy na oczy! W dodatku to tylko trzy dni! - Jeśli zrobisz coś, co mi się nie spodoba lub nie dostarczysz pieniędzy, zrobi się nieprzyjemnie - przysuwa się, opiera dłoń obok mojej głowy i szepcze do ucha - Rozczarujesz mnie, gwiazdeczko, a wiesz, że nie znoszę rozczarowań - jego oddech odbija się od mojej skóry, zamykam oczy, a wszystko podchodzi mi do gardła. Wspomnienia zalewają mnie niczym fala tsunami, czuję łzy pod powiekami, ale on nie przestaje - Tym razem nie powstrzymam nikogo, kto zechce dotknąć twojego kuszącego ciała. Jeśli mi się sprzeciwisz, będziesz zarabiać dla mnie pieniądze, pieprząc się, z kim popadnie. Rozumiesz? - syczy przez zęby, energicznie przytakuję głową, a łzy wreszcie wypływają. Mam ochotę w nich utonąć, aby przestał mnie dręczyć, spychać na samo dno, z którego udało mi się odbić. Znowu wrócił do mojego życia. Jest jak cień, jak demon, który kroczy tuż obok i nie pozwala się uwolnić. Naiwnie myślałam, że zaczęłam swoje życia na nowo, lecz on nigdy mi na to nie pozwoli - Grzeczna dziewczynka, dobrze cię wychowałem. Te lata dyscypliny na coś się przydały i proszę, mogę być dumny - żółć podchodzi mi do gardła, mam ochotę zwymiotować. Lata dyscypliny, jak on pięknie nazwał dziesięć lat, w których potwornie cierpiałam. Ten człowiek to diabeł w ludzkiej skórze! - Muszę już iść, gwiazdeczko. Odezwę się niebawem. Ach, zapomniałbym! Nigdy więcej nie odwiedzaj komisariatu - o kurwa, skąd to wie?! - Nie jestem na tyle głupi, aby zrobić krok, na który czekacie. Nie dam się ponownie zamknąć w więzieniu! - mówi ostro, przysuwa coś do mojej szyi i lekko dociska. Gwałtownie uchylam powieki i orientuję się, że to nóż! - Zrób to jeszcze raz, a przysięgam, że cię kurwa zabiję! Nie zawaham się, jesteś dla mnie bezwartościowa! - patrzy mi w oczy, uśmiecha się szyderczo i obserwuje czubek noża, który przesuwa na mój dekolt - Kusi mnie, aby zostawić ci małą pamiątkę. Co ty na to? - oblizuje usta, jednym ruchem odwraca mnie tyłem do siebie i dociska do ściany. Próbuję go odepchnąć, walczę, ale jest silniejszy ode mnie i nie mam szans na obronę - Przestań się wić, jesteś tylko słabą dziewczyną. Zawsze miałem nad tobą przewagę - chichocze beztrosko, podwija moją sukienkę, a krew odpływa mi z twarzy. Boże! Co on chce zrobić?! - Hmm, spięłaś się. Myślisz, że chcę cię przelecieć? - sunie palcami po udzie i dociera do pośladka - Nie obawiaj się, jesteś moją córką. Nie zamierzać cię pieprzyć - wybucham płaczem, trzęsę się 
i ponowie próbuję odsunąć. Jeszcze mocniej napiera na moje ciało, bez wahania przejeżdżając nożem po skórze uda. Zanim mam okazję krzyknąć z bólu, zasłania mi usta dłonią - Ani mi się waż wydać, chociażby pisk, kochanie - szepcze do mojego ucha i przesuwa dalej. Wyję w jego dłoń, a on nie przestaje. Świetnie się bawi, raniąc mnie, ponownie spychając w przepaść i wdzierając się w mój kokon bezpieczeństwa - To mały przedsmak tego, co spotka cię za nieposłuszeństwo. Weź moje słowa na poważnie - odsuwa się, uwalnia mnie od swoich brudnych rąk, zapachu i odchodzi. Opieram czoło o ścianę, próbując poskładać się do kupy.  





piątek, 6 lipca 2018

Rozdział piętnasty

Schodzę na dół, próbując robić dobrą minę do złej gry. Bawię się z córką, grucham do niej, robię śmieszne miny i łaskoczę. Ivy rozmawia z moją mamą, ciocią i Jillian. Plotkują o babskich sprawach, a ja staram się zachować spokój i nie dać po sobie poznać, jak bardzo ta wiadomość wyprowadziła mnie z równowagi. Nie usunąłem jej, Ivy niestety ją przeczyta, ale trzeba zbierać dowody na nękanie. Mam nadzieję, że rozpisze się i wreszcie pójdzie na całość. Potrzebujemy czegoś naprawdę paskudnego, co będzie świadczyć o zagrożeniu z jego strony. Ivy musi być bezpieczna, dlatego potrzebujemy tego cholernego zakazu.

Punkt dwunasta goście żegnają się z nami, dziękują za świetnie spędzone święta i ugadują się na kolejne spotkanie. Na szczęście znam ciocię i wujka, których na co dzień pochłania praca i brak im czasu na częste wycieczki. Dzieli nas ponad czterysta kilometrów, a to działa na moją korzyść. Im rzadziej widzę tego debila, tym jestem spokojniejszy. Nie mam zamiaru utrzymywać z nim zażyłego kontaktu. Co to, to nie.
- Pokaż! - moje rozmyślenia przerywa piskliwy głos Jillian, która uważnie, z każdej strony ogląda pierścionek Ivy - O, mamuniu! Jest boski, podoba mi się. Kto wie, może kiedyś też dostanę taki od Victora?
- A właśnie! Czy przypadkiem nie miałaś go do nas przyprowadzić, siostrzyczko? Chcę go wreszcie poznać.
- Poznasz w odpowiednim czasie, musisz uzbroić się w cierpliwość. Victor nie jest jeszcze gotowy.
- Co?! - prycham rozbawiony i zerkam na ojca - Jak to nie jest gotowy? Więc kiedy, do cholery, będzie?
- Nie wiem, może wtedy, kiedy przestaniesz naciskać i go straszyć? Chcesz go przepuścić przez magiel.
- Owszem, ponieważ jest chłopakiem mojej młodszej siostry. Ktoś musi to zrobić, wypadło na mnie.
- A dlaczego nie na tatę, co? Przecież nie ty jesteś moim ojcem, tylko bratem! Tata ma pierwszeństwo.

- Możliwe, ale tata się na tym nie zna. Nie wie, jaka jest teraz młodzież, a ja doskonale wiem!
- Wiesz, co? Jednak wybiorę tatę, bez obrazy, braciszku. Doskonale wiem, że nieźle cię poniesie.
- Hej, a co to niby znaczy, huh? Po prostu chcę mu się przyjrzeć i wypytać o kilka istotnych rzeczy.
- Tak, wierzę! Jestem ciekawa, jakie to są rzeczy. Jeśli mi o nich powiesz, może się zastanowię?
- To proste! Jakie ma wobec ciebie zamiary, czy traktuje cię poważnie, czy planuje się z tobą ożenić, troszczyć się o ciebie, wspierać. No i czy potrafi dostatecznie długo na ciebie poczekać. To na początek.
- Początek? Boże, aż boję się pomyśleć, co będzie dalej! - Jillian parska śmiechem, a rodzice i Ivy szybko do niej dołączają. Świetnie, co to ma być?! - Justin, my jesteśmy ze sobą pół roku, kapujesz? W dodatku jest zaledwie o rok ode mnie starszy, a ty chcesz pytać, czy planuje się ze mną ożenić? Helloł! Co z tobą?
- Nic. Po prostu nie chcę, żeby cię zranił, tak? Dobierze ci się do majtek, rzuci, a ty będziesz ryczeć.
- Justin! - mama karci mnie spojrzeniem, kręcąc głową zdegustowana - Jillian to mądra dziewczyna.
- Wiem o tym, ale nie ufałbym temu całemu Victorowi. Dopóki go nie poznam, nie będę spokojny.
- Jesteś straszny! Nie przyprowadzę go tutaj, bo urządzisz z domu salę przesłuchań. Zapomnij o tym!
- Kochanie, przyprowadzisz go wtedy, kiedy będziesz gotowa - tata mruga okiem, a ja nie dowierzam.

- Serio, tato?! Spotyka się z nim pół roku, a ty nie jesteś ciekawy co to za koleś? Może jakiś diler?
- Jasne, w dodatku zabójca. Wiesz, że ostatnio bestialsko zabił muchę?! W dodatku na moich oczach!
- Chciałabym to widzieć - Ivy chichocze rozbawiona, wbija zęby w wargę i parzy prosto na mnie.
- I ty przeciwko mnie? Bosko! - wyrzucam ręce w gorę, ale brak mi słów na tę szurniętą rodzinkę.


O osiemnastej wspólnie wybieramy się do kościoła. Ivy jest zauroczona jego wystrojem, który jest stary, jednak ma swój klimat. Rzadko chodzę do kościoła, chociaż w Boga wierzę. Nie mam na to czasu, mama nie pochwala tego i przy każdej nadarzającej się okazji zaciąga mnie w to miejsce. Co zaskakujące, dopiero w drodze powrotnej dowiadujemy się, że Ivy nadal nie ochrzciła Abbey. Nie ukrywam, byłem pewny, że dawno to zrobiła, ale wyjaśniła, że zabrakło jej na to czasu, a myśl, że nie miała kogo wybrać na rodziców chrzestnych, skutecznie ją wstrzymywała. Cieszyłem się, że to wydarzenie nadal było przed nami. Mogłem w tym uczestniczyć, moja rodzina również i koniecznie powinniśmy ustalić termin. 

Wieczorem, kiedy leżymy w łóżku i tulę do siebie Ivy, postanawiam wejść w dość nieprzyjemny temat.
- Widziałaś wiadomość, którą przysłał dzisiaj twój ojciec? - przytakuje głową i bierze głęboki oddech - Na razie nie pisze nic, co wskazywałoby na bezpośrednie zagrożenie. Nie chcę tego, ale liczę, że się rozpędzi.
- Zapewniam cię, że tak się stanie. Daj mu trochę więcej czasu, a zmieni taktykę. To cały ojciec.
- Dzięki temu nazbieramy dowodów, Ivy. Tata powiadomił swojego kolegę, który jest policjantem. Przyjaźnią się od dziecka, dlatego potraktował sprawę bardzo poważnie. Dowody są tutaj kluczowe.
- Dowody dowodami, żeby tylko ojca ten jeden papierek powstrzymał. On ma swój własny świat.
- Jeśli naruszy zakaz zbliżania się, ponownie trafi za kratki, Ivy. I nie będzie to wcale krótki okres.
- Ojciec chce ode mnie pieniędzy, ale chce też mnie. Jak sam wiesz, rości sobie do mnie prawo i myśli, że należę do niego. Na pewno ma wobec mnie paskudne plany, zresztą sam powiedział mi to prosto w oczy.
- Więc zatrudnię ochronę, proste. Ten człowiek nie zbliży się do ciebie, w życiu mu na to nie pozwolę.
- Nie boję się tyle o siebie, co o Abbey. Kiedy wziął ją na ręce, stwierdził, że na świat przyszła kolejna, bezużyteczna Jones. Zabolało mnie to, chociaż nie spodziewałam się po nim niczego dobrego.
- Ten człowiek nie ma w sobie żadnych uczuć, jest bez serca. Nie powinien żyć między ludźmi.
- Jaka szkoda, że prawo uważa inaczej. Chodzi sobie po ulicach i korzysta z wolności, a ja się boję.
- Nie rób tego - przekręcam się, układam między jej nogami i podpieram na łokciach - Nie pozwalam ci, Ivy. Jesteś tutaj bezpieczna, nie dostanie się do naszego domu, a jeśli pojawi się na horyzoncie, tata powiadomi o tym Phila. To dobry glina, zrobi z nim porządek i przypomni, jakie ma prawa. Dopiero wyszedł z paki, nie może cię nachodzić, skoro właśnie przez przemoc względem ciebie wylądował w więzieniu.
- Problem w tym, że do niego nic nie dociera. Ma w nosie policję, prawo, wszystko. Liczę się tylko ja.
- Spokojnie - pocieram nosem o jej i całuję czubek - Nie pozwolimy zrobić ci krzywdy, kochanie. Ani ja, ani mój tata. Ojciec cię tutaj nie znajdzie, nawet nie wie, że jesteś w San Francisco. Tak więc rozluźnij się i ciesz świętami. Jeśli chcesz, możemy zaprosić chłopaków jutro, co ty na to? Spędzą z nami dzień.
- Naprawdę? - uśmiecha się, a jej humor natychmiast się poprawia - Byłoby wspaniale! Stęskniłam się.
- Oni zapewne też. Zadzwonię do nich rano i zapytam o plany. Jeśli są w domach, mają całkiem niedaleko.
- Dziękuję, jesteś kochany - poruszam brwiami, zamykam jej usta pocałunkiem i już nic nie mówimy. 


Na szczęście Nolan z Dylanem nie mają na dzisiaj konkretnych planów. Marudzą, że siedzą w domach, nudzą się i pochłaniają tonę jedzenia! Zapraszam ich więc do siebie, ale nie mówię o tym Ivy. Chcę zrobić jej małą niespodziankę. Dawno nie widziała się z chłopakami, a taki dzień dobrze jej zrobi. 

Po obiedzie po domu roznosi się dzwonek do drzwi. Kiedy tylko je otwieram, do środka wchodzą moi przyjaciele, z którymi przybijam żółwika. Prowadzę ich prosto do ogrodu, gdzie siedzi Ivy razem z Abbey.
- Mój kwiatuszek! - Nolan podbiega do Ivy, porywa ją w swoje ramiona i okręca dookoła. Szeroki uśmiech rozświetla jej piękną twarz, aż ściska mi się serce - Jak dobrze cię widzieć. Promieniejesz, mała!
- Teraz ja! - Dylan odpycha Nolana i kręci głową - Jesteś coraz piękniejsza. Jak ty to robisz, hmm?
- Nie wiem. To chyba zasługa waszego przyjaciela - zawstydza się i niepewnie na mnie spogląda.
- Poważnie? - Nolan przewraca oczami, uderzając mnie w plecy - Więc spisałeś się na medal, stary! Brawo.
- Staram się i jestem szczęśliwy, że mi się to udaje - mrugam do niej okiem, cmokając w pulchne usta.
- Mam dla was coś pysznego - do ogrodu wchodzi mama, stawia półmisek z owocami oraz talerz z ciastem - Justin, w kuchni zostawiłam kawę i herbatę, co kto woli. Przynieś proszę, bo już zabrakło mi rąk.
- Jasne, mamo, dziękuję. Zaraz wracam - zostawiam towarzystwo i człapię do kuchni. 


Czas z chłopakami to dla Ivy czysta radość. Rozmawiamy, śmiejemy się, Nolan nie może oderwać się od Abbey, którą nosi cały czas, mówi do niej i robi śmieszne miny. Wciąż nie mogą nadziwić się, że Ivy urodziła dziecko, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Cóż, sytuacja bardzo się zmieniła i nie ukrywam, w życiu bym się czegoś takiego nie spodziewał. Cieszę się, że rok później jesteśmy tutaj razem i wszystko, mimo dramatów, jakoś się ułożyło. Bałem się, że straciłem Ivy na zawsze, że nigdy więcej niedane byłoby mi spojrzeć w jej piękne oczy, pocałować te pulchne, słodkie usta i przytulić się do jej drobnego ciała. Przerażała mnie ta myśl, śniłem o niej, budziłem się przestraszony, a teraz siedzi obok mnie i śmieje się radośnie. Nie wiem, czym sobie na nią zasłużyłem, jednak zamierzałem stanąć na głowie, aby zapewnić jej wszystko, czego zapragnie. Była miłością mojego życia i chociaż byliśmy jeszcze bardzo młodzi, ja byłem pewny swoich uczuć już rok temu. Kiedy spotyka się odpowiednią osobę, tę jedyną, doskonale się o tym wie. Szkoda, że przez swoją głupotę straciłem ten cenny rok. Sporo mnie ominęło, w tym narodziny mojego dziecka. To musiał być dla niej ciężki rok i żałuję, że nie mogłem jej wspierać.

Chłopcy wychodzą grupo po dwudziestej trzeciej. Mieszkają zaledwie trzydzieści minut drogi od mojego domu, więc właściwie nie mają zbyt daleko. Ivy nie może przestać się uśmiechać nawet wtedy, kiedy zakłada piżamę i wklepuje w twarz krem. Rozczesuje swoje drugie, jasne włosy i co rusz na mnie zerka. Leżę w naszym ogromnym łóżku, wsuwam dłonie pod głowę i obserwuję jej ruchy. Jest przepiękna!
- Dziękuję ci za dzisiejszy dzień. Za to, że wpadłeś na pomysł zaproszenia chłopców. Było wspaniale.
- Nie ma za co, biedroneczko. To nasi przyjaciele i wiem, że ich kochasz. Musimy spotykać się częściej.
- O, tak! Zdecydowanie! Uwielbiam z nimi przebywać, są tacy zabawni i potrafią poprawić mi humor.
- A więc oni potrafią, a ja już nie? Ranisz, kochanie! - wyginam usta w podkówkę, patrząc na nią żałośnie.
- Daj spokój, doskonale wiesz, że nikt nie poprawia mi humoru tak jak ty - przygryza wargę, podchodzi do łóżka i jednym ruchem wciągam ją na swoje ciało - Widzisz? Leżę na tobie, a mój humor jest wyśmienity!
- Ty bestio! - mrużę oczy i ściskam w dłoniach jej piersi - Gdyby nie ten pokarm, solidnie bym je wymęczył.
- Musisz poczekać na swoją kolej, to może chwilę potrwać - drapie mnie po torsie i porusza biodrami.
- Co robisz? - niewinnie wzrusza ramionami, unosi dłonie i wsuwa je we włosy. Jasna cholera, wygląda obłędnie i już ja wiem, co ona kombinuje - Łasisz się jak kotka, mam cię przelecieć? - nie odpowiada, oblizuje usta, dociska się do mojego kutasa i nie przestaje poruszać biodrami - Okej, sama chciałaś - przerzucam ją przed siebie i wygodnie układam między jej nogami - Zanim zaczniemy, chciałbym cię poinformować o ważnym wydarzeniu - marszczy brwi i wygląda na zaciekawioną - Jak wiesz, zbliża się Sylwester. Tata co roku urządza w swojej firmie bal charytatywny, aby zbierać pieniądze na szlachetny cel. W tamtym roku jest to dom dla samotnych matek, w tym dla ofiar przemocy domowej - Ivy spina się, kiedy wypowiadam ostatnie zdanie - Wiem, że to dla ciebie trudny temat, ale chciałbym, abyśmy uczestniczyli w tym balu. Tacie również byłoby bardzo miło. Decyzja jednak należy do ciebie, biedroneczko.
- Jasne, czemu nie? Właściwie nigdy nie byłam na balu i chyba nie mam odpowiedniej sukienki.
- O to się nie martw, mama i Jillian na pewno wyciągną cię na zakupy. Zawsze stroją się na ten bal. A teraz pozwól, że zajmę się tobą, a nie pogaduszkami o balu - napieram na jej ciało i całuję namiętnie.
 



Ivy POV:
Faktycznie ów bal musi być dość istotnym wydarzeniem, ponieważ tuż po świętach zostaję wyciągnięcia na zakupy. Justin po raz pierwszy zostaje sam z Abbey, a to potęguje moje obawy. Ufam mu, wiem, że potrafi się nią zająć, jednak matka zawsze będzie martwić się o własne dziecko. Proponuję nawet, że zabiorę ją ze sobą, ale Justin kategorycznie się na to nie zgadza. Tłumaczy mi, że powinnam się wyluzować, miło spędzić czas z jego mamą oraz Jillian i koniecznie kupić wystrzałową kieckę. Zapewnia mnie tysiąc razy, że świetnie zaopiekuje się naszą córką i nie mam powodu do niepokoju. Naprawdę chciałabym wyłączyć ten cholerny przycisk z napisem "boję się" i nie myśleć o tym, co będzie działo się w domu pod moją nieobecność. Nigdy nie rozstawałam się z Abbey dłużej niż kilka godzin w pracy. Poza tym była to praca, a nie przyjemność. I zanim dopadną mnie dodatkowo wyrzuty sumienia, wyrzucam z głowy myśli, które nie pozwalają mi się skupić. Chcę na balu ładnie dla niego wyglądać i niby jak mam to zrobić, skoro w mojej głowie wciąż kotłuje się troska o moją kruszynę? Muszę do tego przywyknąć, w lutym wracam na studia i chcąc nie chcąc będę musiała zostawiać ją w domu. Wcale nie podoba mi się perspektywa opiekunki, bo tylko Shelly obdarzyłam tak ogromnym zaufaniem, aby zostawiać małą pod jej opieką. Gabrielle zapewniła mnie, że zatrudnimy dla Abbey najlepszą nianię na świecie, jednak Abbey jest jeszcze taka maleńka.
- A ta? - Jillian wyrywa mnie z moich myśli, przekręcam głowę i wpatruję się w drobną brunetkę, która przykłada do siebie lawendową, długą sukienkę - Nie wiem, czy pasuje do koloru moich włosów.
- Jest piękna, kochanie, ale zbyt kusa. Tylko spójrz na jej dekolt, sięga ci daleko poniżej piersi. Odpada.
- Poważnie, mamo? Właśnie ten dekolt robi największe wrażenie! No i te cyrkonie! Ivy, a ty co powiesz?
- Fakt, przód jest niesamowity, a kolor idealnie do ciebie pasuje. Ale skoro twoja mama twierdzi, że...
- Och, Ivy! Mama jest starszej daty, tak? Lubi wszystko, co wyszukane i najlepiej nic nie odsłania.
- Jillian! - Gabrielle patrzy na nią oburzona, karcąc spojrzeniem - Doceniam prostotę, jak i elegancję.
- No właśnie! Sukienka jest prosta, zwiewna i jak najbardziej elegancka. Przymierzę ją jednak.
- Jesteś nieznośna - chichoczę pod nosem i przesuwam palcami po wieszakach. Sukienek jest mnóstwo, są piękne, szykowne i w sumie nie w moim stylu. Nigdy nie ubierałam się aż tak elegancko, ale długa suknia wymagana jest na tego typu imprezie - Nie mam pojęcia, co powinnam wybrać. Za dużo tego tutaj!
- Pomogę ci - Gabrielle uśmiecha się życzliwie i razem ze mną poszukuje odpowiedniej sukienki - Masz jasne włosy, możemy postawić na coś ciemniejszego. Na przykład bordo? - wystawia sukienkę i przykłada do mojego ciała - Spójrz - przekręca mnie w stronę lustra i uważnie się sobie przyglądam - I jak?

- Jest piękna - uśmiecham się i dotykam delikatnego materiału - Ten dekolt z koronki jest przepiękny!
- To prawda. W dodatku kolor idealnie do ciebie pasuje, więc nie ma na co czekać. Przymierz.
- O nie! - z przebieralni wychodzi Jillian i wznosi ręce jak do modlitwy - Tylko nie bordo! Mamo, to kolor dla starszych kobiet, a nie dla dwudziestolatki! - kręci głową, podchodzi i zerka na sukienki. Nie ukrywam, Jillian jest szalona, a mi się to w niej bardzo podoba. Polubiłam ją od razu - Proszę! Znalazłam - krzyczy uradowana i wystawia przed siebie kolejną sukienkę. Różni się od bordowej praktycznie każdym detalem. Jest w jasnym kolorze, coś pomiędzy kremem, a bladym różem. Dekolt jest dość spory, ozdobiony cyrkoniami, które pięknie się mienią - Proszę, przymierz ją. Będziesz wyglądać jak milion dolarów, a mój brat padnie na zawał - porusza brwiami, Gabrielle wzdycha ciężko, a ja biorę obie sukienki i idę się przebrać. Najpierw zakładam na siebie wybór mamy Justina, jednak Jillian chyba miała rację. Sukienka wygląda bardzo poważnie, a kolor wręcz mnie postarza. I kiedy tylko wychodzę z przebieralni, Ji pewna siebie spogląda na mamę - Mówiłam? Coś.stra.szne.go! - uśmiecham się szeroko, znikam z powrotem i wkładam na siebie jej wybór. Niemal natychmiast czuję, jakby był to strzał w dziesiątkę. Materiał jest zwiewny, spływa w dół i pięknie się układa. Jillian jest zachwycona - O rany! Wyglądasz jak księżniczka, Ivy! - zasłania usta dłonią i cholercia, właśnie tak się czuję! - Powiedz, że ją bierzesz! Jest idealna!
- Cóż, moja mała córeczka ma rację, kochanie. Wyglądasz oszałamiająco, to zdecydowanie twój kolor.
- Skoro obie tak mówicie, chyba nie mam innego wyboru. Czuję się w niej bardzo dobrze, jest piękna. 

- Ha! Więc jedna kobieta z głowy! Teraz musisz doradzić nam, bo mama chyba nigdy się nie zdecyduje.
- Jeszcze zobaczymy - Gabrielle mruga okiem i wraca do poszukiwań. Uwielbiam tę kobietę. Nie sądziłam, że przygarnie mnie pod swój dach i obdarzy miłością jak dwójkę swoich dzieci. Jest niesamowita.


Jak się okazuje, mama Justina wyprzedza Jilian, która kręci nosem i na nic nie może się zdecydować. 
Jej styl odbiega od mojego, ja zdecydowanie wolę coś skromnego, niezbyt wyzywającego, a Ji? A Ji to wariatka, która lubi szaleć i chętnie wybrałaby sukienkę, która zrobi wrażenie, ale i wprawi w osłupienie. Gdyby nie stopująca ją mama, wybrałaby przepiękną szarą sukienkę z odkrytymi plecami. Suknia była piękna, jednak Gabrielle nawet nie chciała słyszeć słowa, aby Jillian ją założyła. Mama Justina miała swoje zasady, których łamać nie było wolno. Oboje jej dzieci doskonale o tym wiedziało i chociaż Justin był już dorosły, nadal ich przestrzegał. Rodzice trzymali ich w ryzach, starali się wychować ich na dobrych ludzi, co też im się udało. Tak fajnie patrzyło się na ich rodzinę. Byli zgrani, kochali się i wspólnie o siebie troszczyli. Wiele razy mieli odmienne zdanie, ale mimo to starali się dojść do kompromisu. Cieszyłam się, że mogłam być częścią tej rodziny i czułam, że wcale nie jestem dla nich ciężarem, wręcz przeciwnie, wspierali mnie, zachęcali do powrotu na studia i zaoferowali wszelką pomoc. Ci ludzie zrobili dla mnie więcej, niż moja własna matka i ojciec, którzy są moją rodziną. Już zawsze będę im za to wdzięczna.
- Ivy, mówię do ciebie - wzdrygam się na głos Jillian i chrząkam niezręcznie - Odleciałaś gdzieś daleko.
- Wybacz, zamyśliłam się przez chwilę i faktycznie nic nie słyszałam. Możesz powtórzyć, o co pytałaś?
- Chciałam przyprowadzić na bal Victora - och! Zaskakuje mnie tym. Niepewnie spogląda na mamę, która wcina sałatkę z kurczakiem - Chyba najwyższa pora, aby rodzice go poznali. Traktujemy siebie bardzo poważnie i chciałabym zaprosić go na bal. Jedyne, czego się boję to mój cholerny, wścibski brat!
- Jillian! - Gabrielle wystawia palec na znak groźby i mruży oczy - Damie nie wypada mówić tak brzydko.
- Sorry, mamo. Nie słyszałaś jeszcze brzydkiego słowa z moich ust - zadziornie mruga okiem do Gabrielle, a ja prawie krztuszę się kawą. Ich relacja jest tak komiczna, że aż niesamowita! Mama, która stara się poskromić jej piekielny temperament i Ji, która stroi sobie żarty i zawsze na luzie podchodzi do uwag matki - Okej, poprawię się. Więc! Co mam zrobić, hmm? Nie chcę, żeby Justin wziął go na przesłuchanie.
- Obiecuję, że z nim porozmawiam, dobrze? Nie pozwolę mu na nieodpowiednie zachowanie. Co to, to nie!
- Och, Ivy! Naprawdę mogłabyś to zrobić? Wszyscy wiemy, że on posłucha tylko ciebie, w tobie nadzieja.
- Nie ma sprawy, mała. Już ja wezmę go w obroty i pokażę mu, jak powinien zachować się dżentelmen. 

- Nie wiem, czy mój brat ma cokolwiek z dżentelmena, ale mniejsza z tym - macha dłonią i puszcza mi oczko - Najważniejsze, żeby się opanował i nie narobił mi wstydu na balu. Może właśnie ta impreza powstrzyma go przed napastowaniem mojego chłopaka. To chyba idealna okazja na poznanie się.
- Córeczko, twój brat po prostu się o ciebie troszczy. Nie martw się, na pewno nie zawstydzi Victora.
- Akurat! Jestem pewna, że zada te swoje okrutne pytania, a mój biedny Victor ucieknie z krzykiem.
- Jesteś niemożliwa, dziecko - Gabrille śmieje się z niej i upija łyk kawy - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Oby, bo inaczej wyrwę mojemu kochanemu bratu ręce i nogi, a potem napcham go ołowiem. Mówię poważnie, serio to zrobię - burczy pod nosem, zakłada ręce na piersiach, a ja wybucham śmiechem.


Po zjedzeniu pysznego obiadu powoli zbieramy się do powrotu do domu. Gabrielle i Jillian zostają jeszcze w kawiarni, a ja czmycham do łazienki. Czeka nas dobre trzydzieści minut drogi, a nie chcę ryzykować z pełnym pęcherzem. Na szczęście nie ma kolejki, szybko robię siku, myję ręce i poprawiam włosy. Uśmiecham się do siebie w lustrze, bo ten dzień był naprawdę wspaniały. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze się bawiłam i przez chwilę wyłączyłam myślenie. Byłam rozluźniona, a Justin bardzo mnie zaskoczył, wysyłając kilka wiadomości, aby mnie uspokoić. Wysłał nawet zdjęcie ze spaceru, a później z zabawy. Abbey leżała na jego torsie i dzielnie podnosiła główkę. Ten widok potwornie mnie rozczulił i byłam pod wrażeniem, jakim Justin jest wspaniałym ojcem. Nawet nie bał się zostać z nią sam, a jest przecież taka mała. Podziwiam go i doceniam to, że tak dobrze się nią opiekuje. Jest prawdziwym super tatą!

Opuszczam toaletę, idę pasażem w stronę kawiarenki i przyglądam się mijanym wystawom sklepowym. Do sukienki dokupiłam piękne, srebrne sandałki z paseczkami, które idealnie pasują. Jestem gotowa na bal, a Gabrielle oświadczyła, że w niedzielę zajmą się nami kosmetyczka i fryzjer, abyśmy wyglądały obłędnie.
Skręcam w prawo, od kawiarni dzieli mnie już tylko jeden zakręt, jednak w moje oczy rzuca się coś dziwnego, a raczej nie coś, a ktoś. Przystaję w miejscu, układam dłoń na barierce i zaciskam ją z całej siły. Mam wrażenie, że serce właśnie wyskakuje mi z piersi i turla się po schodkach na niższe piętro galerii. Nie dowierzam w widok przed sobą i chociaż chcę uciekać, moje nogi wręcz wrosły w podłogę. Nie rozumiem, skąd się tutaj wziął, jakim cudem mnie znalazł. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć, ale teraz to nie ma najmniejszego znaczenia. Przeraża mnie fakt, że właśnie patrzę w ciemne jak mrok oczy mojego ojca, który stoi kawałek dalej, oparty o ścianę, nie spuszczając ze mnie wzroku.