piątek, 20 lipca 2018

Rozdział siedemnasty


Ivy POV:

Mija długa chwila, zanim całkowicie się uspokajam. Zdejmuję szpilki, czmycham do toalety i zamykam się w kabinie. Podwijam sukienkę, która od spodu zabarwiona jest na czerwony kolor, urywam trochę papieru i przykładam do rany. Szczypie niemiłosiernie, jest całkiem spora i wygląda jak cienka, bordowa linia. Gapię się na nią i myślę o tym, co powiedział ojciec. Czy on naprawdę chce pół miliona? To mnóstwo pieniędzy, nie mam ich i nie zamierzam poprosić o nie Justina. Zapewne widział nas razem, może nawet poszperał i dowiedział się, że pochodzi z bogatej rodziny. Jeszcze nie wiem, jak rozwiążę ten problem, wiem na pewno, że pieniędzy nie dostanie. Nie jestem mu nic winna, obrócił moje życie w koszmar i ma czelność domagać się pieniędzy?! Co on sobie kurwa wyobraża?! Wychodzi z więzienia, prześladuje mnie, dodatkowo rani i myśli, że ujdzie mu to na sucho? Niech go szlag! Mam ochotę zadzwonić do Phila i wszystko mu powiedzieć. Kazał dzwonić o każdej porze dnia i nocy, jeśli cokolwiek się wydarzy. Byłam mu wdzięczna za pomoc, wsparcie i zaangażowanie. Chciał posłać mojego ojca z powrotem do więzienia, jednak ten wie, co zrobić, aby go uniknąć. Specjalnie nie wysyła mi gróźb w wiadomościach, zachowuje dystans i nie pokazuje się policji. Nie ma żadnych podstaw do aresztowania go i to martwi mnie najbardziej. 


Owijam ranę grubą warstwą papieru, przyklejam plasterkiem na rany, który wzięłam na wszelki wypadek, gdyby obtarły mnie buty i w miarę możliwości poprawiam makijaż. Biorę głęboko oddech, zakładam szpilki i wracam na salę. Staram się nie dać nic po sobie poznać, uśmiecham się lekko i przysiadam obok Justina. Wygląda na zaskoczonego, obejmuje mnie ramieniem całując tuż nad uchem. Mam ochotę wziąć kieliszek wina i wychylić go jednym haustem. Potrzebuję rozluźnienia, niestety nie mogę pić i muszę się męczyć.
- Długo cię nie było, biedroneczko. Martwiłem się i już miałem zajrzeć do toalety. Wszystko dobrze?
- Tak, przede mną było kilka pań i musiałam poczekać. Wiesz, potem poprawka makijażu i takie tam.
- Ach, wy kobiety - uśmiecha się i puszcza mi oczko - Wiesz, rozmawiałem z tym całym Victorem - och! Marszczę brwi i patrzę na niego z ciekawością - Wydaje się być całkiem spoko. Mamy nawet wspólne zainteresowania, on też lubi grać w rugby no i w Uncharted! Ma wpaść do mnie trochę pograć.
- Wow - patrzę na niego z niedowierzaniem, aż się zawstydza - Jestem z ciebie dumna, poważnie!
- Och, daj spokój. Naprawdę myślałaś, że zachowam się jak buc dla chłopaka mojej siostrzyczki?
- No nie wiem! Sam mówiłeś, że masz do niego mnóóóóstwo pytań, więc sądziłam, że mu je zadasz.
- Może kiedyś zadam, kto wie? Na pewno nie teraz. Widzę, jak bardzo Jillian jest z nim szczęśliwa.
- Jesteś taki słodki, kiedy troszczysz się o nią, wiesz? Żałuję, że nigdy nie dane było mieć mi brata.
- Ale za to masz niesamowitego narzeczonego, który nie widzi świata poza tobą - porusza brwiami, przysuwa się i całuje mnie czule - Mmm, uwielbiam cię całować. To jest takie przyjemne. Prawda?

- Mhm, ale nie powinniśmy robić tego tutaj. Jesteśmy w towarzystwie - odsuwam się i cmokam go w nos.

Przyjęcie trwa w najlepsze. Jemy pyszne jedzenie, tańczę z Justinem, jego tatą, a nawet z Victorem, który jak się okazuje jest świetnym tancerzem! Bawię się świetnie i w tej chwili wyrzucam ojca z mojej głowy. Nie chcę się tym zadręczać akurat w tej chwili, to Sylwester i za kilka minut wybije północ. Chcę wejść w Nowy Rok z uśmiechem na twarzy, w towarzystwie osób, które pokochałam, które są mi bliskie. Poprzedni rok był dla mnie bardzo ciężki, Sylwestra spędziłam na imprezie, która później zakończyła moje szczęście. Los się jednak odmienił, ponownie jestem szczęśliwa i zrobię wszystko, aby nadal tak było. Nigdy więcej nie chcę cierpieć, mój limit pecha już dawno się wyczerpał. 

Do domu wracamy nad ranem. Dochodzi piąta, po cichutku wchodzimy do środka, chociaż tata Justina zderza się z komodą i klnie siarczyście masując obolałe miejsce. Wszyscy są nieźle podpici tylko ja jedna musiałabym zachować trzeźwość. Zsuwam szpilki ze stóp, pomagam Justinowi zdjąć marynarkę i taszczę go na górę. Przypominam sobie pewną imprezę, na której chciał się do mnie dobrać i po raz pierwszy widział moje piersi, oczywiście w staniku! Powiedział wtedy, że mógłby dojść na sam ich widok, a następnego dnia nic nie pamiętał. Sytuacja wygląda trochę podobnie, dzisiaj też jest schlany, ledwo trzyma się na nogach i mamrocze pod nosem, jak bardzo mnie kocha, jak cholernie jestem seksowna i chce uprawiać ze mną seks po pijanemu. Kręcę głową, wchodzę do pokoju i dostrzegam Ginę, która przysypia w fotelu. Budzi się natychmiast, kiedy zapalam małą lampkę. Zaciska usta na widok Justina i zbiera się do wyjścia. Proponuję, żeby przespała się w pokoju obok, jednak upiera się, że wróci do domu. Na szczęście mieszka niecałe dziesięć minut od nas, co trochę mnie uspokaja. Dziękuję jej serdecznie, żegnamy się i zostajemy sami.
- Pozwól mi cię przelecieć, b-biedroneczko - sadzam go na brzegu łóżka, zdejmuję buty, koszulę, spodnie i zostawiam go w samych bokserkach - Pragnę cię, nie bądź taka - burczy pod nosem jak nadąsane dziecko, sadzając mnie na swoich kolanach. Krzywię się odrobinę, kiedy skóra na udzie się napina - Wcale nie jestem aż tak pijany - rozsuwa zamek z tyłu sukienki, opuszcza ją w dół i oblizuje usta - Uwielbiam twoje cycki, kotku - pieści je czule, dotyka opuszkami palców sutków, ale doskonale wie, jak bardzo są wrażliwe.
- Justin, to nie jest odpowiednia pora na seks. Jest piąta nad ranem, powinniśmy położyć się do łózka.
- Właśnie się kładziemy - mruga okiem, przerzuca mnie przed siebie i zdejmuje sukienkę oraz buty - C-co to takiego? - marszczy brwi, wskazując na moje udo. Cholera, rana! - Papier jest cały zakrwawiony, Ivy.
- To nic wielkiego, skaleczyłam się o kant szafki w łazience. Zajmę się tym jak się wyśpię. Nie martw się.
- Skoro tak mówisz - sunie ustami po moim obojczyku, piersiach, brzuchu i dociera na sam dół. Jednym ruchem pozbywa się moich majtek, a jego uśmiech jest ogromny - Miałem na to ochotę od samego rana.
- Jesteś nieznośny - przewracam oczami, a kiedy zaczyna mnie pieścić zamykam oczy i poddaję się.



Justin POV:
Budzi mnie potworny ból głowy. Przykładam dłoń do czoła, krzywię się i jęczę pod nosem. Ouć!
- Niech to szlag - podnoszę tyłek z łóżka, przecieram twarz rękami i rozglądam się po pokoju. Nie ma w nim Ivy, Abbey również więc postanawiam zejść na dół. Wkładam na tyłek dresowe spodenki i człapię przez korytarz. Kiedy pojawiam się w kuchni, czuję na sobie spojrzenia zgromadzonych. Ivy kołysze Abbey w ramionach, tata pije kawę i wcina śniadanie, mama krząta się po kuchni, a Jillian patrzy na mnie z chytrym uśmieszkiem - Dzień dobry. Znajdzie się dla mnie trochę kawy i jakiś środek przeciwbólowy?
- Ojj, boli główka? - Jillian prycha pod nosem i unosi brew - I bardzo dobrze! Spiłeś Victora, Justin!
- Ja? Chyba on mnie! - siadam na krzesełku i spoglądam na Ivy, która się uśmiecha - To on zaczął, okej?
- Jasne! To on polewał i mówił; "pij, Victor. Jak chcesz być w naszej rodzinie, musisz być twardym gościem, a nie cieniasem!" - zaciskam usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Faktycznie tak mówiłem, auć! - I co?
- I nic? Przecież to prawda, Ji. Musi mieć jaja, a nie wymiękać po dwóch kieliszkach wódki. Powinnaś być zadowolona, bo wytrzymał do samego końca i nie ominął nawet jednej kolejki. Co za skurczybyk!
- Och, synu - ojciec śmieje się ze mnie i kręci głową - Ty zawsze musisz wymyślić coś szalonego.
- Tato! To nie było szalone, on zrobił to specjalnie. A mój dzióbek chciał pokazać, że ma mocną głowę.
- Bo ma! Momentami sam chciałem odpuścić, no ale sam wyszedłbym na mięczaka, więc piłem dalej.
- Jak dzieci - mama stawia przede mną filiżankę pachnącej kawy i tabletkę - Proszę. Zjesz śniadanie?
- Zjem, umieram z głodu - upijam łyk gorącej kawy i popijam nią proszek - Jak się masz, kochanie?
- Bardzo dobrze. Nie boli mnie głowa ani nie mam kaca - mruga okiem i uśmiecha się uroczo. Bestia! -
Poza tym wyspałam się, Abbey obudziła się dzisiaj później niż zwykle i pozwoliła mi odpocząć.
- Daj mi ją - wystawiam ręce, mała ląduje w moich ramionach, przyglądając mi się uważnie. Rozczula  mnie, kiedy marszczy brewki i posyła mi uśmiech - Jesteś taka urocza, aż chciałoby się ciebie schrupać.


Po śniadaniu wracamy na górę, a Abbey zostawiamy z Jillian, która chętnie zabiera ją na spacer. Zaciągam Ivy do łazienki, zdejmuję z niej moją koszulkę i kiedy mamy wchodzić do kabiny, zauważam na jej nodze biały opatrunek. Przyglądam mu się z zainteresowaniem, ale wcześniej go tam nie było. Dziwne!
- Skąd masz to na nodze, Ivy? - spina się i niepewnie na mnie spogląda - Powiedz mi, skaleczyłaś się?
- Nie - odpowiada smutno, siada na brzegu wanny i schyla głowę - Nie chciałam mówić o tym wczoraj, nie mogłabym zepsuć tak wyjątkowego wieczoru - oddycha głęboko, przeczesuje włosy, a ja mam dziwne przeczucia - Wczoraj, jak wracałam z toalety zaczepił mnie ojciec. Nie spodziewałam się go tam.
- I słusznie, ponieważ nie powinno go tam być! Przecież wchodzili tylko ludzie z zaproszeniami. Co jest?
- Nie mam pojęcia, jak dostał się do środka, ale dorwał mnie i znowu wygadywał te paskudne rzeczy. To on mi to zrobił - odwija bandaż, a moim oczom ukazuje się długa szrama. Nie jest głęboka, ale ciągnie się na dobre piętnaście centymetrów - To wręcz nie do pojęcia, że jest tam, gdzie ja. Jak on to robi?
- Sam chciałbym to wiedzieć - podchodzę do niej, kucam i przesuwam opuszką palca po jej udzie, tuż obok rany - Wychodzi na to, że ochrona nie może odstępować cię nawet na krok, jeśli opuszczasz dom.
- Wracam na studia, Justin. Będę przebywać na uczelni i szczerze mówiąc, zaczyna mnie to przerażać.
- Nie pozwól, aby ten człowiek ponownie usadowił się w twojej głowie, kochanie - spogląda na mnie i widzę w jej oczach ten strach oraz niepokój - Jesteś cholernie dzielną i silną kobietą, poradzimy sobie z nim. Już raz zniszczył ci życie, na pewno nie pozwolimy mu na to drugi raz. Musimy powiadomić Phila.
- I tak nic nie zrobi, nie może. Nie ma dowodów, a nikt nie widział mnie z ojcem. Skąd będzie miał pewność, że to on wyrządził mi krzywdę? To moje słowo przeciwko jego, a ojciec i tak temu zaprzeczy.
- Wiem i to właśnie wkurwia mnie najbardziej - zrywam się na nogi, chodzę tam i z powrotem i myślę nad tym, jak przymknąć tego skurwiela! - I tak porozmawiamy z Philem, kazał mówić o wszystkim. 

- Dzisiaj jest Nowy Rok, Justin. Zapomnijmy o tym na chwilę, spędźmy spokojny dzień. Dobrze?
- Jasne, kotku. Chodź - wystawiam dłoń, podnosi się i wchodzimy do kabiny. Odkręcam wodę, reguluję odpowiednią temperaturę i wylewam na jej ciało pachnący żel - Bardzo cię kocham, Ivy.
- A ja kocham ciebie - odwraca się, uśmiecha czule i mocno przytula do mojego ciała.






***
Kilka kolejnych dni mija w całkowitym spokoju. Odwiedzamy lekarza, który dokładnie bada Abbey. Mierzy obwód jej główki, klatki piersiowej, wypytuje jak mała zachowuje się na co dzień, czy je, czy nie ma zaburzeń snu. Słucham tego z lekkim przerażeniem, jednak Ivy odpowiada na wszystkie pytania bez zająknięcia. Na szczęście lekarz uspokaja nas i zapewnia, że Abbey rozwija się prawidłowo. Urodziła się sześć tygodni przed czasem i dowiadujemy się, że te sześć tygodni, które powinna jeszcze spędzić w brzuchu Ivy odejmuje się od jej wieku. Tak oto dowiadujemy się, że Abbey właściwie ma dwa i pół miesiąca, a nie cztery. Potrzebuje nieco czasu, aby dogonić rówieśników. Mam nadzieję, że wyrośnie na
silą i zdrową dziewczynkę. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej.


Ivy składa papiery na trzy uczelnie, które ją interesują. Widzę podekscytowanie na jej twarzy i sam również cieszę się, że jednak zdecydowała się wrócić na studia. Zależało jej na tych poprzednich, niestety wszystko się spieprzyło i musi zaczynać od nowa. Czuję się winny, ale moje poczucie winy niczego już nie naprawi. Pozostało mi wspieranie jej, pomaganie, co mam zamiar robić w każdej chwili. Będę opiekował się naszą córką, kiedy ona będzie na uczelni. Na szczęście to moje ostatnie półrocze i wręcz nie mogę się doczekać końca. Od września zaczynam pracę dla taty, to nowy dla mnie etap i to ekscytujące, że wreszcie będę zarabiał niezłe pieniądze. Będę głową naszej rodziny i zapewnię im wszystko, czego zapragną. Mam przy sobie dwie, cudowne kobiety. Nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. No, może ślubu.

Pewnego wieczoru, dokładnie ósmego stycznia, do Ivy dzwoni jej mama. Przysłuchuję się rozmowie, Ivy opowiada o świętach, Sylwestrze, Abbey i niestety o ojcu. Szybko dowiaduję się, że ten skurwiel nie daje spokoju również Monice. Wciąż do niej wydzwania, nalega na spotkanie i nawet jej grozi. Prycham wkurzony, bo przekracza granice i Monica zgłosiła sprawę na policję. Przybijam jej w myślach piątkę, bo to bardzo dobra decyzja. Ten człowiek musi wrócić za kratki, tam jest jego miejsce. Niestety martwi mnie fakt, że jest tak blisko Ivy. Spaceruje sobie gdzieś po San Francisco, cieszy się wolnością, a moja narzeczona drży ze strachu. W dodatku niebawem wraca na uczelnię i będzie zmuszona opuszczać dom. Cholera! Nie może zaszyć się tutaj i przestać korzystać z życia przez tego śmiecia! Tak nie może być.

Ivy wyznała również, że ojciec zażądał od niej pół miliona dolarów. Patrzyłem na nią zaskoczony, bo jeszcze niedawno chciał stu tysięcy! Doskonale wiedziałem, że musiał prześwietlić mnie oraz moją rodzinę i stawka nagle poszła w górę. Ojciec posiadał takie pieniądze, jego firma była na świetnej pozycji, wiodło mu się bardzo dobrze. Mama była tłumaczem przysięgłym, pracowała razem z tatą, a ten skurwiel musiał o tym wiedzieć. Nie doceniałem go, nikt z nas go nie doceniał. Nie bardzo wiem, skąd miał taką wiedzę oraz znajomości, jednak ktoś musiał mu pomagać. Wyszedł z paki więc to oczywiste, że nie miał przy sobie ani grosza, jakim cudem znalazł się w San Francisco? Pytań i niewiadomych było coraz więcej, a odpowiedzi żadnych. Phil również rozkładał ręce, był bezradny i wciąż czekał, aż ten śmieć posunie się dalej. Ivy się bała, a on miał świetną zabawę z prześladowania jej. Zasiał niepokój, przez który moja narzeczona prawie w ogóle nie opuszczała domu. Spędzała mnóstwo czasu w ogrodzie, dzięki temu Abbey zażywała świeżego powietrza, jednak na dłuższą metę życie w zamknięciu zmieni się w koszmar.


Niechętnie wracam na uczelnię. Rozleniwiłem się przez przerwę świąteczną i najchętniej zostałbym z moimi dziewczynami. Niestety nie ma tak dobrze, a i tak opuściłem dwa dni zajęć. Muszę wziąć się w garść, zebrać tyłek i przyłożyć się do nauki. Przede mną końcówka i mam zamiar zdać sesję bez żadnej poprawki. Znam swoje możliwości, mogę to zrobić potrzebuję jedynie chęci i mobilizacji.
- Joł, stary! - czuję klepnięcie w plecy i po chwili męski uścisk - Koniec laby, co? Czas wrócić do gry!
- Weź, nic nie mów! Jak pomyślę o zajęciach to śniadanie podchodzi mi do gardła. Nie chce mi się!
- No to witaj w klubie! Pierwsze zajęcia z Bronsonem, więc całkowy luz. Będziemy mogli poplotkować.
- Brzmisz jak baba, Nolan - przewracam oczami i zmierzamy do sali informatycznej - A gdzie Dylan?
- Dzisiaj go nie będzie, złapało go jakieś choróbsko i zrobi sobie wolnego do końca tygodnia. Frajer!
- Zawsze możesz pójść w jego ślady - mrugam okiem, otwieram drzwi i zajmujemy swoje miejsca.

Czas na uczelni wlecze się niemiłosiernie. W przerwach dzwonię do Ivy i wypytuję o jej samopoczucie.
Jest zadowolona, chichocze do słuchawki i wspomina ranek, kiedy to Abbey obudziła mnie swoimi małymi, ciekawskimi paluszkami dotykającymi mojego policzka. Uwielbiałem budzić się obok niej, kiedy leżała razem z nami w łóżku. Nie ma nic piękniejszego po otwarciu oczu, jak zobaczenie jej ślicznej buźki.
- Hej, Justin - moje rozmyślenia przerywa Alayna. Przysiada obok mnie na ławce i uśmiecha się lekko - Nolan powiedział mi, że jesteś z Ivy. Nie ukrywam, jestem zaskoczona. W dodatku macie dziecko?
- Tak, nasze życie zatoczyło całkiem spore koło, ale ponownie jesteśmy razem i mamy śliczną córkę.
- Wow, to niesamowite. Wasza miłość jest naprawdę wyjątkowa, tyle złego udało wam się przetrwać.
- To prawda. Łatwo nie było, ale widocznie musieliśmy przejść przez gówno, aby być tutaj, gdzie jesteśmy.
- Pozdrów ją proszę ode mnie. Mam nadzieję, że pewnego dnia wybaczy mi tę akcję z Meredith.
- Jestem pewny, że ona już dawno ci wybaczyła. Ivy ma dobre serce, ja mam o wiele więcej za uszami.
- A mimo to dała ci kolejną szansę. To wspaniałe z jej strony, naprawdę musi cię bardzo kochać.

- Kocham ją tak samo mocno albo i mocniej - uśmiecham się do siebie i myślę o jej pięknym uśmiechu. 

Zajęcia kończą się kilka minut przed piętnastą. Już nie mieszkam w akademiku, po prostu po zajęciach wracam do domu. Nie chcę tutaj być, skoro w domu czeka na mnie rodzina. Czułym się dziwnie będąc z dala od Ivy i Abbey. Nie przeszkadza mi nawet fakt, że muszę dojeżdżać dwie godziny. To pikuś!
Odkładam notatki na miejsce pasażera, zapinam pas i już mam uruchamiać silnik, kiedy rozdzwania się
mój telefon. Zerkam na wyświetlacz, jednak nie rozpoznaję numeru, nie jest zapisany w mojej książce.
- Witam, z tej strony doktor Samuel Graceland - gapię się w szybę, a po moich plecach pełza dreszcz strachu. Ostatnim razem, kiedy kontaktował się ze mną doktor, dowiedziałem się, w którym szpitalu leży Ivy. Wtedy byłem pewny, że nie żyje - Pan Justin Vandersol? - szepczę ciche "tak", ale tylko na to mnie stać. Wspomnienia sprzed roku sieją w mojej głowie spustoszenie - Jest Pan zapisany jako narzeczony, dlatego dzwonię. Na mój oddział trafiła Ivy Jones, nie wiedziałem z kim powinienem się skontaktować.
- Bardzo dobrze, że Pan dzwoni. To moja narzeczona. Gdzie ona jest? Dlaczego jest w szpitalu?
- Muszę Pana zmartwić, jej stan jest bardzo poważny. Czy może Pan przyjechać? Musimy porozmawiać.
- Oczywiście, j-już jadę. Panie doktorze, proszę mi powiedzieć teraz, tutaj, co przytrafiło się Ivy?
- Pana narzeczona przeszła operację neurochirurgiczną, która była konieczna do utrzymania jej przy życiu. Ma również złamaną kość czaszki oraz krwiaka na mózgowego. Jej stan jest bardzo ciężki - upuszczam telefon, a do mojego umysłu nie dociera nic z tego, co powiedział ten człowiek. To tylko zły sen.






6 komentarzy:

  1. A może ojciec Ivy współpracuje z Meredith? Trochę dziwne, ale w sumie ma jakiś sens; w końcu Mer "grzebała" w przeszłości Ivy.
    Czyżby ten bydlak znowu zaatakował?
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. O boże końcówka totalnie mnie zaskoczyła 😔 świetny 😍

    OdpowiedzUsuń
  3. O mój boże końcówka całkowicie rozwala! Biedna Ivy co jej się stalo?! Mam nadzieje ze wszystko skonczy sie dobrze.
    Nie mogę się doczekać następnego!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cooo...nie to nie może być prawda! Kasia szalejesz, na obu ff po prostu scinasz z nóg. ..Jezu nie wytrzymam...to ten skurwiel ...oby wyszła z tego cało i oby Abbey była cała i zdrowa

    OdpowiedzUsuń
  5. A może to ojciec Ivy do niego zadzwonil? Booo nie spodziewałam sie takiej końcówki😲
    Mega nie umie doczekać następnego rozdziału 💕💕💕

    OdpowiedzUsuń
  6. Powinnismy się martwic ze nie ma rozdziału??? Ojejku

    OdpowiedzUsuń