piątek, 10 sierpnia 2018

Epilog

Cztery lata później

Justin POV:
Od czego by tu zacząć? Minęło naprawdę dużo czasu, bardzo dobrego dla nas czasu, ale żeby opowiedzieć wam to, co działo się przez te cztery lata, muszę się trochę cofnąć. A działo się całkiem sporo.

Po wypadku, którego sprawcą był ojciec Ivy, nasze życie zatrzęsło się niebezpiecznie. W każdej sekundzie drżałem o życie ukochanej dziewczyny, modliłem się, czekałem. Bóg miał dla nas dobry plan, nie odebrał mi jej, przywrócił z powrotem i pozwolił na spokojne, szczęśliwe życie. Ivy całkowicie doszła do siebie, co zajęło jej dobre pół roku. Bolesne bóle głowy nie dawały jej spokoju, atakując w najmniej spodziewanym momencie. Widziałem na jej twarzy tak wiele emocji, które targały nią na każdą stronę, a najgorsza była myśl, że nic nie mogłem zrobić. Nie mogłem jej pomóc, ulżyć w cierpieniu. Mogłem tylko być obok, głaskać po plecach i czekać razem z nią, aż ból odejdzie. Czasami puszczał po kilku minutach, czasami po kilku godzinach, całkowicie wyłączając ją z życia. Im dłużej trwały te bóle, tym miałem czarniejsze myśli. Bałem się, że z jej głową jest coś nie tak, że być może urósł nowy krwiak bądź inne ustrojstwo, które nas rozdzieli. Lekarze zapewniali nas, że to normalne po takim urazie i przebytej operacji. Ivy regularnie uczęszczała na kontrole, które nie wykazywały nic niepokojącego, a mimo to ból ją wykańczał.

Po upływie sześciu miesięcy bóle odeszły tak nagle, jak się pojawiły. Ivy odżyła, zaczęła się uśmiechać, korzystać z życia. Nie odstępowała naszej córki na krok, ciesząc jej obecnością w pełni. Wciąż się do mnie przytulała, całowała, a noce należały tylko do nas. Wreszcie było tak, jak powinno być, a wtedy stało się coś, o czym zdążyłem już zapomnieć. Ivy przypomniała sobie wydarzenia sprzed sześciu miesięcy, kiedy to ojciec dorwał ją w tej przeklętej alejce. Wiele razy pytała mnie, co się stało, jakim cudem znalazła się w szpitalu, skoro wybrała się tylko do sklepu. Pamiętała wszystko sprzed wypadku, samego wypadku absolutnie nie. Pewnego wieczoru opowiedziałem jej, że to sprawka jej ojca, że to on prawie zabił ją, uderzając jej głową w beton. Była przerażona moimi słowami, ale nie tak bardzo, ponieważ tego nie pamiętała. Kiedy rankiem obudził mnie jej wrzask, wpadłem w panikę. Płakała tak głośno, tak rozpaczliwie i tak długo, że ten dźwięk prześladował mnie jeszcze przez kilka dni. Dopiero tego dnia z całą mocną uderzyło w nią, co tak naprawdę się stało. Przez bóle głowy była zbyt skołowana, aby myśleć o wypadku, ale kiedy wreszcie ustąpiły, wszystko zaczęło na nią spływać falami. A ja byłem przy niej, wspierałem ją, przytulałem i odganiałem przykre wspomnienia. Ivy była dzielna, silna i wierzyłem z całego serca, że upora się z tym, zablokuje szufladkę z napisem "ojciec" i pójdzie dalej, ciesząc się naszym wspólnym życiem.

Tak też się stało. Po roku od wypadku wzięliśmy ślub. Wiem, szalone, ale nareszcie została moją żoną. W tym jakże pięknym i ważnym dla nas dniu ochrzciliśmy również naszą córeczkę, nadając jej imiona Abbey Valerie. Chyba nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, jak wtedy. Miałem przy swoim boku dwie wspaniałe kobiety, które były dla mnie wszystkim. Bez wahania oddałbym za nie własne życie, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Nic oprócz nich się nie liczyło, z wszystkim mogłem sobie poradzić, ale ich straty bym nie przeżył. Chciałem zapewnić im to, co najlepsze i chyba całkiem dobrze mi to wychodziło. Rodzice, ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, podarowali nam w prezencie ślubnym piękny dom, który mieścił się niecałą przecznicę od ich domu. Ivy na początku nie chciała przyjąć tak szczodrego prezentu, ale rodzice nie chcieli słyszeć słowa sprzeciwu, i tak zamieszkaliśmy we własnych, czterech ścianach.

Ojciec Ivy dostał dwadzieścia pięć lat. Nie satysfakcjonował mnie ten wyrok, ale Phil twierdził, że gdyby Ivy nie udało się przeżyć, spędziłby w więzieniu resztę swojego życia. Nienawidziłem tego skurwiela z całego serca. Lepiej dla niego, żeby nigdy więcej nie stawał mi na drodze. Wtedy nic mnie nie zatrzyma.

Po dwóch latach od wypadku, w wieku dwudziestu trzech lat zostałem wspólnikiem w firmie mojego ojca, świetnie zarabiałem i na każdym kroku rozpieszczałem moje dziewczyny. Ivy zaczęła swoje wymarzone studia, z których zrezygnowała i uciekła, zostawiając mnie ze złamanym sercem. Rzetelnie obiecała sobie, że za nic w świecie nic nie stanie jej na przeszkodzie, żeby je ukończyć. Cóż, nie mogła się bardziej mylić. Pewnego dnia, przy śniadaniu oświadczyła, że jest w ciąży. Przysięgam, załatwiłbym się pieprzonym kawałkiem ciasta bananowego, tak mnie zaskoczyła. Nie planowaliśmy w tamtym okresie drugiego dziecka, Abbey w zupełności nam wystarczała i rosła jak na drożdżach. Wieść o drugiej ciąży spadła na mnie niczym tona cegieł, przygniatając do ziemi. Byłem bardzo zaskoczony, zaniemówiłem na kilka minut, a potem po prostu się ucieszyłem. Nasze życie było ustabilizowane, kochaliśmy się, byliśmy małżeństwem, a drugie dziecko w niczym nam nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, Abbey nie będzie jedynaczką.

Drugiego marca przyszedł na świat nasz syn, Jamie Olivier. Pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu i trzy i pół kilograma szczęścia. Kiedy tylko wziąłem go w ramiona, rozpłakałem się ze wzruszenia. W dniu, w którym poznałem Abbey, żałowałem, iż nie uczestniczyłem w ciąży Ivy i przegapiłem tak wspaniały moment, jak narodziny córki. Przy Jamiem miałem zamiar nadrobić wszystko, ciesząc się ponownym ojcostwem.
A nasz synek był prawdziwym aniołkiem. Grzecznym, spokojnym, uroczym. Tak podobnym do Ivy, z jej zadartym noskiem i jasnymi włoskami. Rozczulał mnie jego widok, jak i Abbey, która całowała go w czoło i wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha. Została starszą siostrą, z czego była prze ogromnie dumna. Widok moich dzieciaków napawał mnie ogromnym szczęściem. Niczego więcej nie potrzebowałem.






***
Wychodzę z pracy, a w drodze do domu zajeżdżam do przedszkola. Jak zwykle panuje chaos, dzieci piszczą radośnie, przepychają się, gonią. Rozglądam się w poszukiwaniu mojej czterolatki, która wreszcie pojawia się na horyzoncie. Kiedy tylko mnie widzi, podbiega z piskiem i rzuca się w moje rozchylone ramiona.
- Pokażę ci coś, co niespodzianka - odchyla się, rozemocjonowana rozwija kartkę i unosi do góry. Wpatruję się w rysunek, na moich ustach pojawia się szeroki uśmiech, a wzruszenie ściska za serce - To ty, mamusia, ja i Jamie - uśmiecha się dumnie, wskazując palcem na każde z nas - Chyba masz trochę dużą głowę.
- Głową się nie przejmuj, wcale nie jest duża - puszczam oczko, odgarniając jej jasne włoski - Piękny obrazek, córeczko. Mamusia będzie z ciebie bardzo dumna. A teraz czas się ubrać, raz-dwa, kotku.
- Okej - wciska mi rysunek do ręki, biegnie do swojej szafki i wyjmuje plecak oraz buty i sweterek. Zmienia buty, chowa kapcie i pojawia się ponownie - Pojedziemy na lody? Tak bardzo pragnę lodów, tatku!
- Właściwie dziadkowe zaprosili nas na obiad. Jeśli jednak wolisz lody, mogę przełożyć obiad na inny dzie...
- Nie! - krzyczy, aż kilka osób odwraca się w naszą stronę - Chcę pojechać do dziadków. Stęskniłam się.
- Dzień dobry - unoszę głowę, spotykając wpatrzone we mnie brązowe oczy - Nazywam się Margaret Owen. Jestem stażystką, to mój pierwszy tydzień w tym przedszkolu - wystawia dłoń, którą ściskam niepewnie.
- Justin Vandersol, jestem ojcem tej pięknej, nieco nadpobudliwej dziewczynki. Czy Abbey jest grzeczna?
- Ależ oczywiście! Poza tym jest również bardzo zdolna, pięknie rysuje. Może przyda się jakiś kurs?
- Jasne, oczywiście! Jeśli tylko ona sama będzie zainteresowana, nie widzę żadnego problemu. Abs?
- Tak! To Margaret nauczyła mnie rysować, jest kochana! - patrzy na nią jak zaczarowana i, co mnie lekko dziwi, przytula się do niej. Abbey raczej zachowuje dystans w stosunku do ludzi, których nie zna - Tatku? 

- Cieszę się, że lubisz rysować. A teraz musimy jechać po mamę i Jamiego. Dziadkowie na nas czekają.
- Miło było pana poznać. Proszę pomyśleć o tym kursie, jest organizowany w naszym przedszkolu.
- Dobrze, porozmawiam z żoną i jutro dam znać. Do widzenia, miłego dnia - żegnam się, biorę córkę za rękę i opuszczam budynek. Abbey skacze wesoło w drodze do samochodu, a kiedy otwieram drzwi, pakuje się na swój fotelik - Stęskniłam się za Jamie'm, wiesz? - patrzy na mnie i uśmiecha się słodko.
- Zaraz go zobaczysz, maleńka. A jak będziesz grzeczna, to nawet lody dzisiaj będą. Czekoladowe?
- Tak! - krzyczy, aż chce wywalić bębenki - Kocham cię, tatku. Jesteś najlepszym tatusiem na ziemi.
Dotykam palcami jej policzka, a moje serce przepełnia ciepło. Czego można chcieć więcej?


Kiedy wchodzimy do domu, Abbey dopada Jamiego, którego soczyście całuje w policzek. Co dziwne, mały bardzo ją uwielbia i nie przeszkadzają mu te słodkości w wykonaniu siostry. Obawiam się, że jak dorośnie, to może się szybko zmienić. Cieszyłem się tym, że jak na razie się uwielbiają i oby tak pozostało na długo.
Moja żona wchodzi do salonu, posyłając mi szeroki uśmiech i przytulając się do mnie. Wygląda pięknie w jasnych jeansach i bluzce, która odsłania jej brzuch. Kochałem tę kobietę z całego serca i byłem wdzięczny temu na górze, że postanowił dać nam upragniony happy end. Nasz związek sporo przeszedł, a mimo to jesteśmy razem, mamy dzieci, jesteśmy małżeństwem. Moja rodzina była dla mnie najważniejsza....




**************************************************
Hejo!
Więc! Mamy koniec historii Ivy i Justina :)
Zdradzę Wam, że kilka dni temu naszła mnie myśl o przekręceniu tej historii. Nie miało być happy endu, wręcz przeciwnie, miał być ból, rozpacz, gniew, żałoba. Miałam plan, aby uśmiercić Ivy, napisać trzecią część i pociągnąć wątek Justina. Tak się wkręciłam, że nawet spróbowałam co nieco napisać i szczerze mówiąc, mogło wyjść z tego coś fajnego. Niestety! Mimo tego, że wczułam się w rolę, dziwnie pisało mi się bez Ivy. Brakowało mi jej, a opisywanie cierpienia Justina wpakowało mnie w dziwny dołek. Chyba nie jestem stworzona do pisania w tak dobijających klimatach. Może kiedyś, jeszcze nie teraz.

Skoro odchodzi nam Ivy, w piątki będzie pojawiać się Freya :)
Najbliższy rozdział będzie w niedzielę, żebyście nie musiały długo czekać :)

A teraz czas na kilka słów do Was, moich czytelników :)
Dziękuję za każdy komentarz. To bardzo mobilizuje do pracy i pokazuje, że jednak ktoś tutaj jest, czeka na rozdział, chętnie zostawia po sobie znak. Doceniam to.
Dziękuję, że nadal jesteście mimo tego, że to moje... dwudzieste czwarte opowiadanie!
Dziękuję za wsparcie, miłe słowa, przezywanie tego razem ze mną. Jesteście wspaniałe!

Nadal zostajemy z Vivenne (chociaż też już blisko końca) i z Freyą.

Kocham!
Kasia.

💜💚💛💙








czwartek, 9 sierpnia 2018

Rozdział dwudziesty


Justin POV:

Do szpitala wracam nabuzowany jak diabli. Ledwo jestem w stanie nad sobą zapanować i najchętniej gdzieś bym się wyżył. Niestety mogę o tym pomarzyć, bo na korytarzu spotykam Monicę oraz Amira.
Muszę zachować spokój. Wyrzucam z głowy tego śmiecia, a niepokój o Ivy natychmiast wraca.
- Dzień dobry - Monica uśmiecha się lekko, klepiąc miejsce obok siebie - Zaraz zabiorą Ivy na badanie.
- Już? Przecież mieli o piętnastej - spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero południe - Dlaczego?
- Po prostu doktor Peter skorzystał z wolnej maszyny i stwierdził, że nie ma sensu czekać do piętnastej.
- Rozumiem. Czy lekarze mówili cokolwiek o jej stanie? Czy przez te dwie godziny coś się zmieniło?
- Niewiele. Wiem tylko tyle, że ciśnienie spadło, a to dobry znak. Oby krwiak zaczął się zmniejszać.

Chodzę tam i z powrotem. Przemierzam korytarz kilkanaście razy, czas mija, dłuży się niemiłosiernie, a po lekarzach i Ivy ani śladu. Nie ma ich od dobrej godziny, co zaczyna mnie martwić. Nie przypominam sobie, aby poprzednia tomografia trwała aż tyle. Czy to zły znak? A może wręcz przeciwnie? Chcą się upewnić, że jej stan się poprawił i dlatego badają ją dłużej. Mam mętlik w głowie i jestem potwornie zmęczony. Chcę poznać wynik badania, pocałować ją, przytulić i chwilę "porozmawiać". Potem muszę wrócić do domu, aby pobyć z córką. Czuję wyrzuty sumienia, że od trzech dni mnie przy niej nie ma. Te trzy dni były męczące i nie wyobrażam sobie, aby dni zmieniły się w miesiące. Jak mam pogodzić opiekę nad dzieckiem, ze spędzaniem czasu z Ivy? A wiem, że nie potrafiłbym opuścić jej na więcej, niż powrót do domu i doprowadzenie się do normalności. Blokuję te myśli i wmawiam sobie, że wszystko będzie dobrze.


Doktor Samuel i doktor Peter wracają po godzinie i dwudziestu siedmiu minutach. Moje nerwy są napięte jak postronki i czekam na informacje. Stoimy przed salą Ivy, obserwujemy, jak przenoszą ją na łóżko, ponownie podłączając do kroplówki i jakichś dziwnych przyrządów. Może mam omamy, może jestem zbyt zmęczony, ale dostrzegam pewną zmianę na jej twarzy. Już nie ma tak bardzo podkrążonych oczu i nie jest tak trupio blada. Mogę śmiało powiedzieć, że kolory wróciły na jej buzię. Cholera, to dobry znak!
- Wygląda lepiej - szepczę cicho, ale wiem, że Monica i Amir mnie usłyszeli - Tak jakby trochę zdrowiej.
- Też to zauważyłam. Nawet jej włosy nie wydają się być aż tak bardzo jasne. Moja mała córeczka.
- Proszę państwa - doktor Samuel uśmiecha się do nas i gestem dłoni zaprasza do sali. Nakładamy na siebie zielone fartuchy i podchodzimy do łóżka - Leki zaczęły działać, mamy dobre wiadomości. Ciśnienie jest całkowicie ustabilizowane, dodatkowo krwiak jest zdecydowanie mniejszy, przypomina wielkością mały koralik. To kwestia kilku godzin, a nie będzie po nim śladu - patrzę na doktora, a ulga, jaką właśnie czuję, jest wręcz nie do opisania. Czekałem na tę wiadomość od trzech dni i proszę, nareszcie nadeszła. Moja biedroneczka wraca do zdrowia. Ponownie pokazała, jak dzielną i waleczną jest dziewczyną - Nie chcę zapeszać, jednak jesteśmy pewni, że te najgorsze chwile mamy już za sobą. Dzisiaj wieczorem odstawimy leki podtrzymujące śpiączkę farmakologiczną. To ważny etap i będziemy czekać na wybudzenie się Ivy.
- C-czy... -zacinam się i chociaż boję się zadać to pytanie, jednak je zadaję - Ivy może się nie obudzić?
- Będę szczery, może być różnie. Czasami pacjenci wybudzają się w ciągu godziny, inni zaś potrzebują zdecydowanie więcej czasu. Ivy przeszła poważną operację trepanacji czaszki, pojawił się krwiak oraz ciśnienie. To poważne powikłania po urazie, jednak jestem dobrej myśli. Zakładam, że obudzi się dość szybko, ale proszę przygotować się, że nie od razu wszystko wróci do normy. Na pewno będzie osłabiona, zdezorientowana i może nie pamiętać, co się wydarzyło. Może również nie pamiętać państwa - zaciskam dłonie na oparciu łózka, a słowa lekarza mnie szokują. Nie brałem pod uwagę, że Ivy mogłabym nie wiedzieć, kim dla niej jestem! To byłaby katastrofa! - Przeważnie jest to krótkotrwała utrata pamięci, skołowanie po wybudzeniu, ale to nie czas, aby się tym zadręczać. Trzeba być dobrej myśli.


Wracam do domu. Biorę ciepły prysznic, zjadam obiad i wypijam filiżankę mocnej kawy. Rodzice wypytują mnie o stan Ivy, opowiadam im wszystko i przekazuję dobre wiadomości. Oddychają z ulgą i zapewniają, że będą w szpitalu, kiedy Ivy będzie wybudzana. Jillian siedzi cicho, Victor ściska jej dłoń i pociesza. To niedorzeczne, że wciąż czuje się winna tego, co się stało. To nie jest jej wina, nie miała na to żadnego wpływu i właśnie to ponownie staram się jej wytłumaczyć. Jest uparta jak diabli i mówi, że poczuje się lepiej dopiero wtedy, kiedy Ivy się obudzi i będzie mogła ją przeprosić. Obawiam się, że będzie musiała na to trochę poczekać. I chyba dopiero teraz zaczynam się bać, w jakim będzie stanie po wybudzeniu. Sądziłem, że najgorsze mam za sobą, niestety się pomyliłem. Zawalczyła o swoje życie, a teraz czeka ją kolejna walka. Musi się obudzić, wrócić do nas i być taką, jaką była przed wypadkiem.

Spędzam kolejną noc w szpitalu. Lekarze doszli do wniosku, że jednak poczekają do rana i upewnią się, że krwiaka już nie ma. Odstawiają leki kilka minut po szóstej rano, przysypiam obok jej łóżka, nie odstępując na krok. Doktor Peter zapewnia mnie, że to może trochę potrwać, ale nie zniechęca mnie. Od czterech dni ruszam się stąd tylko po to, aby zajrzeć do Abbey. Gdyby nie ona, w ogóle nie opuszczałbym sali. Jednak mamy dziecko, które potrzebuje chociaż jednego rodzica. Ivy byłaby wściekła, gdybym ją zaniedbał.
- Przyniosłem ci kawę - podnoszę głowę i odbieram kubek od taty. Właśnie tego było mi trzeba, mocna kawa, która postawi mnie na nogi - Przed chwilą dzwonił do mnie Phil - tata siada obok, odpina guzik marynarki, po czym wzdycha ciężko - Wyznaczyli termin rozprawy, odbędzie się pojutrze - och! Bardzo szybko! - Stan Ivy się poprawia, to bardzo dobrze. Gdyby jednak nie przeżyła, spędziłby w więzieniu całe swoje życie. Phil będzie apelował o większy wyrok, w końcu ten człowiek już raz ją skrzywdził, znęcał się nad nią przez dziesięć lat i stanowi dla niej zagrożenie. Dwadzieścia pięć lat to nie dożywocie, pewnego dnia wyjdzie i być może znowu pojawi się w życiu Ivy. Za nic w świecie nie możemy do tego dopuścić.
- Zgadzam się. Ten człowiek nie może opuścić więzienia, jest nieobliczalny i bardzo niebezpieczny. Ivy nie może się go bać, już dość wycierp... - nie kończę. Maszyna monitorująca pracę serca zaczyna świrować, pikać głośniej, a do sali natychmiast wpada doktor Peter i pielęgniarka - Co się dzieje? Coś złego?
- Nie, proszę się nie martwić. Po prostu zaczyna się budzić - o Boże! Odkładam kubek z kawą, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Od podania leku minęło ponad cztery godziny, najwyższa pora na pobudkę.
- Ivy, kotku, jestem tutaj. Czekam na ciebie, obudź się - mówię cicho, głaszczę jej dłoń, a drugą przenoszę na głowę. Z początku nic się nie dzieje, nie reaguje, maszyna się uspokaja, a w sali zapada cisza. Jednak im dłużej czekamy, tym bardziej się niecierpliwię. Na szczęście po kilku minutach następuje upragniona przeze mnie zmiana. Najpierw słyszę cichutki, ledwie słyszalny jęk, a potem Ivy zaczyna się delikatnie wiercić. Oblizuje spierzchnięte usta, porusza ramionami, a jej twarz wykrzywia grymas. Na pewno jest obolała, w końcu leżała przez cztery dni! - Bardzo dobrze, biedroneczko. Świetnie ci idzie, tak trzymaj - uśmiecham się, moje serce przyśpiesza z ekscytacji, ale i ze strachu - Jeszcze oczy, otwórz je dla nas - ledwo kończę mówić, a powolutku uchyla powieki. Mruga kilka razy, mruży je, jakby światło, które i tak jest słabe, niemiłosiernie ją raziło. Widać, jak bardzo jest zdezorientowana i niewiele ogarnia - Brawo.
- Dzień dobry, Ivy - lekarz ostrożnie przekręca jej twarz w swoją stronę i marszczy brwi - Spójrz na mnie - wystawia palec, przesuwa nim raz w lewo, raz w prawo, a Ivy mozolnie podąża za nim wzorkiem - Świetnie, reaguje na ruch - doktor Peter mruga do mnie okiem i zabiera się za podstawowe badanie. Cały czas do niej mówi, stuka w jej kolana, łokcie, świeci w źrenice, zadaje pytania. Niestety nie uzyskuje żadnej odpowiedzi, bo Ivy nie wypowiada nawet słowa, co zaczyna mnie niepokoić - Pacjentka jest całkowicie świadoma, jej stan jest dobry. Proszę dać jej czas na dojście do siebie i zbytnio nie męczyć.
- Oczywiście, panie doktorze - kiwa głową, opuszcza salę i ponownie zostaję z tatą. Nie mogę napatrzeć się na Ivy, która przekręca głowę, a nasze oczy się spotykają. Tak potwornie tęskniłem za tym spojrzeniem, za barwą jej oczu. A teraz patrzę w nie i sam nie wiem, co mam o tym myśleć - Hej, skarbie. Poznajesz mnie? - z ogromnym wahaniem zadaję to pytanie. Boję się odpowiedzi, a jeśli Ivy mnie nie pamięta, moje serce pęknie na maleńkie kawałeczki - Nie musisz odpowiadać, możesz dać mi znać głową - ponownie oblizuje usta, z wysiłkiem przytakuje, a ja czuję ogromną ulgę - Och, Ivy. Nareszcie do mnie wróciłaś.




Ivy POV:
Leżę na łóżku, obok mnie siedzi chłopak i mężczyzna. Mimo tego, jak bardzo jestem zdezorientowana, skołowana i nie mam bladego pojęcia, co się wydarzyło, doskonale wiem, kim są. O ile jego tata wygląda schludnie i elegancko, tak Justin jest jego kompletnym przeciwieństwem. Jego włosy są zmierzwione, ma podkrążone oczy i wygląda na solidnie zmęczonego, jakby w ogóle nie spał. Wpatruje się we mnie tymi pięknymi, czekoladowymi oczyma i głaszcze wierzch mojej dłoni. Chcę zadać mnóstwo pytań, zaczynając od najważniejszego; co się stało? Mimo wszystko nic nie może przejść mi przez gardło. Jest obolałe, jakbym przeszła grypę i wyschnięte na wiór. Dlaczego nikt nawet nie zapytał o moje potrzeby?
- P-pić - krzywię się, ale jakimś cudem to krótkie słowo wychodzi z moich ust. Justin zrywa się na równe nogi, wychodzi z sali, a po chwili wraca wraz z pielęgniarką, która wita mnie ciepłym uśmiechem.
- Na razie nic nie możesz jeść, woda również nie jest wskazana, ale kilka łyków nie powinno zaszkodzić - podchodzi do długiej szafki w kącie, nalewa wody do kubeczka i wkłada do niego rurkę - Powoli i małymi łyczkami - wsuwa rurkę do moich ust, pociągam spory łyk, a woda spływa do mojego suchego gardła. Zamykam oczy i delektuję się, jakby to była chłodna, pyszna pepsi! Chyba nigdy wcześniej woda nie smakowała tak dobrze! Jest taka mokra! - To na razie musi wystarczyć. Posiłek najwcześniej jutro.
- Ale jak to jutro?! Przecież Ivy będzie głodna! Jest dopiero dziesiąta, jak ona wytrzyma do jutra?
- Proszę się nie martwić, wciąż dostaje kroplówki i z pewnością nie poczuje głodu. Spokojnie.
- No dobrze, skoro tak - burczy pod nosem, jak nadąsane dziecko. Gdybym miała silę, roześmiałabym się.
- Na razie to wszystko z mojej strony. Pacjentka powinna odpocząć, pan również. Najgorsze za nami.
- Dziękuję - uśmiecha się, pielęgniarka wychodzi i skupia uwagę na mnie - Teraz będzie już dobrze.
- Oczywiście, że tak. Nie ma innej opcji, synu. Powinieneś pojechać do domu i się zdrzemnąć, znowu spędziłeś tutaj noc. Ivy też musi odpocząć, nie można jej męczyć. Zrobisz to? Abbey na ciebie czeka.
- Wiem, tato, ale nie chcę jej teraz zostawiać. Obudziła się, mam z nią kontakt i tylko to się liczy. Abbey jest pod wspaniałą opieką, na pewno nic jej nie będzie. Po południu mama ją przywiezie, zmieni mnie.
- W porządku, ale zjedz chociaż śniadanie. Poinformuję wszystkich, do zobaczenia później - podnosi się, podchodzi do łóżka i całuje mnie w czoło - Witaj z powrotem, kochanie. Zdrowiej nam i wracaj do domu.
- Tak będzie - ściska go po męsku i wychodzi. Justin pochyla się, patrzy na mnie czule, aż robi mi się ciepło na sercu - Chciałbym z tobą porozmawiać, ale to nie jest na razie możliwe - podpiera łokieć na łóżku, brodę na dłoni i posyła mi uroczy uśmiech - Musisz dużo odpoczywać, nabrać sił, abym mógł zabrać cię do domu. Abbey na pewno za tobą tęskni - o, Boże! Moja maleńka dziewczynka. Spinam się na myśl o niej, a Justin doskonale to wyczuwa
 - Nie martw się, z naszym dzieciątkiem wszystko w porządku. Jest pod opieką mojej mamy, która nie spuszcza jej z oka. Uwielbiają się nią zajmować, niczego jej nie brakuje.
- C-co... - próbuję wydusić z siebie cokolwiek, niestety jest to niezmiernie trudne. Przeklęte gardło!
- Co się wydarzyło? - przytakuję lekko, Justin schyla głowę i skupia uwagę na mojej dłoni, której dotyka opuszką palca - Bardzo wiele, kochanie, jednak to nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę, musisz odpoczywać - marszczę brwi i chcę mu powiedzieć, żeby przestał traktować mnie jak jajko i powiedział prosto z mostu. Nie robi tego, unosi się ostrożnie całując moje usta - Najważniejsze, że wróciłaś do nas i ponownie pokazałaś, jak bardzo jesteś dzielna i silna - zastanawiam się, o czym on właściwie mówi? Silna i dzielna? Skąd wróciłam? Mam mnóstwo pytań, które niestety muszą poczekać. Jestem potwornie zmęczona, moje ciało jest słabe, nie czuję wręcz mięśni, a powieki same się zamykają - Śpij, kotku. Sen dobrze ci zrobi. Będę przy tobie czuwał, aby przyśniło ci się coś dobrego - jego cichutki, zachrypnięty głos działa na mnie jak najlepsza na świecie kołysanka i szybko przegrywam walkę ze snem.



Justin POV:
Ivy zasypia, wpatruję się w jej spokojną twarz i głaszczę wierzch dłoni. Tak bardzo chciałbym zabrać ją już do domu, ale zapewne na to będę musiał jeszcze sporo poczekać. Obudzenie się to nie wszystko, pozostaje jeszcze cała reszta. Ivy przeszła ciężką operację, potrzebuje czasu na dojście do siebie i mam zamiar się nią zaopiekować. Raczej przez pewien czas nie będzie w stanie zajmować się Abbey, więc opieka spadnie na mnie. Nie chcę wyręczać się mamą oraz Jillian, to ja jestem ojciem i to ja powinienem to robić.


O czternastej przyjeżdża mama. Wychodzę przed szpital, biorę Abbey na ręce i uśmiecham się szeroko. Wymachuje rączkami, wydaje z siebie te słodkie odgłosy, a serce samo mięknie. Jest taka śliczna!
- No dobrze, naciesz się córką, a ja pójdę zobaczyć jak Ivy. W ogóle jak ona się czuje? Mówiła coś?
- Niewiele. Lekarz powiedział, że potrzebuje trochę czasu na dojście do siebie, ale jej stan jest dobry.
- Pamiętasz, ciocia May też była w śpiączce. Obudziła się i po kilku dniach wszystko było w porządku.
- Liczę, że w przypadku Ivy też tak będzie. Była nieprzytomna przez cztery dni, przeszła poważną operację więc ma prawo być zmęczona i skołowana. Najważniejsze, że się obudziła i jest z nią kontakt.
- To prawda. Uciekam do niej - mama cmoka mnie w policzek, Abbey w czoło i wchodzi do szpitala.
- I co, malutka? Mam nadzieję, że dobrze ci z babcią, hmm? Obiecuję, że niebawem do ciebie wrócimy, ja i mamusia - przytulam jej ciałko do siebie i głaszczę po pleckach, kołysząc na boki. Wdycham jej dziecięcy zapach, który przesiąkł nasz pokój, jak i cały dom, ale jest to coś, co wręcz uwielbiam - Może pójdziemy na spacer, co ty na to? Kupimy dla mamusi piękne kwiaty - uśmiecham się na tę myśl, wkładam Abbey do wózka, okrywam kocykiem i naciągam budkę, aby osłonić ją przed słońcem - No, jesteśmy gotowi.
- Justin? - słyszę znajomy, zaskoczony głos, odwracam się za siebie i pierwszy raz od roku staję twarzą twarz z... Meredith. Zmieniła się. Nie ma na sobie tej ogromnej ilości makijażu, jej ubrania są schludne, dopasowane, ale skromne. Wygląda jak nie ona! - Byłam pewna, że mi się przewidziało, ale to ty.

- Tak, to ja - chrząkam i drapię się w kark - M-miło cię widzieć. Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
- Cóż, mój szalony brat miał wypadek na motorze, jakiś debil wjechał w niego i solidnie go połamał.
- Och, przykro mi. Mam nadzieję, że to nic poważnego? Mason to twardziel, tak łatwo się nie da, co?
- Żebyś wiedział. Nawet połamany wkurza mnie jak diabli i nawet rozkazuje pielęgniarkom. Wstyd mi za niego! - przewraca oczami i chichocze. Wow, to naprawdę Meredith? - A ty? Co ty tutaj robisz?
- To długa i skomplikowana sprawa - zaciskam usta i nie jestem pewny, czy powinienem jej to mówić.
- Mam czas, jeśli chcesz, możemy przejść się po alejkach. Mają tutaj naprawdę piękny park, prawda?
- Tak, można w spokoju pomyśleć - popycham wózek i ruszamy przed siebie. Cholera, to takie dziwne!
- Czyja jest ta śliczna dziewczynka? - kiwa głową na Abbey, która leży spokojnie i nas obserwuje.
- Moja - uśmiecham się szeroko, a Meredith uchyla usta zaskoczona - Tak, to moja córka. Ma na imię Abbey.
- Mówisz poważnie? Czego jak czego, ale tego na pewno się po tobie nie spodziewałam. Ty i dziecko?
- Dokładnie tak. Ja i dziecko - wzruszam ramionami, ale kurewsko dobrze się z tym czuję - To długa historia, zresztą nie jestem pewny, czy chcę wchodzić w szczegóły. Bez względu na wszystko kocham tę małą kruszynę z całego serca i muszę przyznać, że bycie ojcem to naprawdę zajebista sprawa - Meredith kręci głową, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Czas na najlepsze - Jej mamą jest Ivy, jesteśmy razem.
- M-mówisz poważnie? - zatrzymuje się w miejscu i wyrzuca ręce w górę - Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Przecież próbowała się zabić, potem odeszła, rzuciła cię! Jakim cudem do tego doszło?
- Normalnie, Meredith - burczę pod nosem i zastanawiam się, po co w ogóle jej to mówię? Mam dziwne wrażenie, że chcę pokazać jej, że jej intrygi na nic się zdały - Ivy odeszła będąc w ciąży, odnalazłem ją i jesteśmy razem. Mamy zamiar wziąć ślub. Łączy nas piękna, prawdziwa miłość. No i mamy Abbey.

- Niewiarygodne - ruszamy dalej, owija się ramionami i patrzy w dół - Czy to ona leży w szpitalu?
- Tak, miała wypadek, a właściwie ktoś ją skrzywdził. Widzisz, dawno temu wyszperałaś jej przykrą przeszłość, śmiałaś się z tego, że ojciec się nad nią znęcał, a to właśnie on prawie ją zabił - gwałtownie przekręca głowę i ponownie ją szokuję - Minął ponad rok od wydarzeń na uczelni, nie żywię do ciebie urazy, przeszło mi. Co nie znaczy, że kiedykolwiek wybaczę ci to, do czego się posunęłaś. Mam nadzieję, że wyciągnęłaś z tego wnioski, Meredith. Nie można szykanować, nękać ludzi, bo mogą okazać się zbyt słabi, aby to znosić. Zapoczątkowałaś coś, co wszystko zniszczyło, a Ivy targnęła się na swoje życie.
- Nie sądziłam, że posunie się tak daleko. Ja chciałam cię tylko odzyskać, nie chciałam jej śmierci, Justin.
- Wierzę ci. Gdybyś chciała jej śmierci, byłabyś dla mnie diabłem w ludzkiej skórze, a nie człowiekiem.
- Nie jestem diabłem, mam sumienie. Przykro mi, że między nami doszło do tych wszystkich okropności. Miałam klapki na oczach, byłam gówniarą, ale dorosłam i zrozumiałam, że moje zachowanie było żałosne.

- Cieszę się, że to doświadczenie czegoś cię nauczyło - spoglądam na nią ukradkiem, uśmiecha się i zaciska usta. Faktycznie wydaje się być nieco inna niż "dawna" Meredith - Czy u ciebie wszystko dobrze?
- Tak. Pracuję jako pomoc sekretarki, wreszcie dostałam się na uczelnię i raczej nie mam powodów do narzekania. Mam nadzieję, że Ivy wyzdrowieje, zasługujecie na szczęście po tym całym gównie.
- D-dzięki - jestem zaskoczony jej słowami. Meredith życzy nam szczęścia? Wow! To niepojęte.
 
Wracam do Ivy godzinę później. Mama zabiera Abbey do domu, w międzyczasie wmusza we mnie obiad i karci, że o siebie nie dbam. Słucham tego posłusznie, bo wiem, że taka jest jej rola i nie odpuści.
Kiedy wreszcie docieram na salę, przystaję w połowie kroku. Cholera! Ivy próbuje podnieść się z łóżka, co oczywiście w ogóle jej się nie udaje. Wciąż jest podpięta pod kroplówkę i ma na to zbyt mało sił.

- Ivy, skarbie, co robisz? - podchodzę do łóżka i z powrotem ją na nim układam - Gdzie się wybierasz?
- S-siku - charczy jak robot i przykłada dłoń do gardła. Kurwa, lekarza powinni coś z tym zrobić!
- Byłaś nieprzytomna przez cztery dni, biedroneczko. Masz założony cewnik, nie musisz się ruszać.
- C-co? - marszczy nos z obrzydzenia, a ja chichoczę na tę słodką minę - T-to obrzydliwe, Justin!

- Nie ma w tym nic obrzydliwego, to było koniecznie. Wciąż spałaś, więc lekarze musieli to zrobić.
- Zawołaj pielęgniarkę, proszę - mówi błagalnie i patrzy na mnie oczami szczeniaka. Kręcę głową, wciskam przycisk przy łóżku, a po chwili pojawia się dobrze mi już znana kobieta. Bernadett jest prze miłą kobietą, polubiłem ją - Chcę pójść zrobić siku, sama. I dlaczego do cholery boli mnie gardło? Jestem chora?
- Byłaś za intubowana, to normalne. Ból powinien niebawem ustąpić. Co do siku, masz cewnik, kochanie.
- Proszę to ze mnie wyciągnąć - wzdycha ciężko i podpiera się na łokciu. Jezu, jest taka uparta!
- Jesteś jeszcze bardzo słaba, nie możesz się podnosić. Cewnik zostanie jeszcze na kilka dni, dobrze?
- Nie, chcę pójść zrobić siku. Zrobię to tak czy siak - burczy pod nosem i patrzy na nas spod byka.
Chwilę później przychodzi doktor Peter. Bada Ivy, która wciąż nalega na wyciągnięcie cewnika i chociaż doktorowi wcale nie podoba się jej upór, mimo to ulega. Zaleca jednak odpoczynek i zakaz ruszania się, oprócz toalety. Pierwszy raz od pobudki na jej twarzy pojawia się lekki, zmęczony uśmiech, a moje serce się raduje. Mimo tego, że naprawdę nie wygląda jeszcze jak ona, jest prześliczna!
- Pomogę ci - odkrywam kołdrę, ostrożnie biorę ją na ręce i przytulam do swojego ciała. Jest taka lekka, jej ciało wciąż jest słabe i prawie przelatuje mi przez ręce! Nie ukrywam, odrobinę mnie to przeraża, ale nie wypowiadam na głos swoich obaw. Nie chcę ją martwić - Okej, gotowa? - przytakuje głową, wchodzę do łazienki, która jest w pokoju i stawiam ją na nogach. Gdybym jej nie obejmował, już dawno zaliczyłaby glebę! - Lekarz miał rację, nie powinnaś w ogóle opuszczać łóżka, ale musisz postawić na swoim, huh?
- Daj spokój, poradzę sobie - wzdycha ciężko, siada na wc i macha dłonią, abym sobie poszedł - No idź, inaczej się nie wysikam - prycham rozbawiony, staję za drzwiami i opieram się o ścianę - Chcę zobaczyć Abbey - słyszę zza drzwi, schylam głowę i myślę, czy to w ogóle możliwe - Przyniesiesz ją, prawda?
- Nie wiem, kochanie. W końcu to szpital, dzisiaj przeniosą cię z IOM'u na normalną salę. Trzeba porozmawiać z lekarzem, chociaż wątpię, aby się zgodził. Abbey jest wcześniakiem, wciąż jest narażona na infekcje, a szpital to wylęgarnia bakterii. Chyba będziesz musiała poczekać jeszcze kilka dni.
- Nie chcę czekać, chcę zobaczyć własne dziecko. Inaczej wypiszę się na własne żądanie - och, świetnie!
- Nawet nie zaczynaj, Ivy. Obudziłaś się dzisiaj rano, nie wróciły ci siły, przeszłaś poważną operację, walczyłaś o życie, a ledwo otworzyłaś oczy i chcesz rządzić. Niestety w tym przypadku na nic się nie to zda - przecieram twarz rękami i wchodzę do środka. Właśnie próbuje się podnieść, spłukuje wodę i podpiera dłoń o ścianę - Widzisz? Właśnie o tym mówię, daj sobie czas na odzyskanie sił. Musisz tutaj zostać.
- Chcę wziąć prysznic, jestem brudna - zaciska usta i patrzy na mnie błagalnie - Mogę to zrobić?

- Zaraz zapytam doktora - wzdycham ciężko i mam dziwne przeczucie, że leżenie szybko ją zniecierpliwi. 



*****
Po tygodniu Ivy nabiera więcej sił. Jej twarz wygląda o wiele zdrowiej, pojawiły się kolory, rumieńce i długo wyczekiwany przeze mnie uśmiech. Ma spory apetyt, chętnie je posiłki i przez to z dnia na dzień staje się coraz silniejsza. Jej stan zdrowia również zadowala lekarzy, jednak uprzedzili, że jeszcze zatrzymają ją na obserwacji. Niestety Ivy to uparta bestia i wciąż dopytywała, kiedy będzie mogła wyjść do domu. Rozumiem ją, ale zdrowie jest najważniejsze. Była zaskoczona, kiedy zobaczyła ranę po operacji i nieco wygolone włosy. Wciąż nie przypomniała sobie wydarzeń z ojcem, a ja nie powiedziałem słowa na jego temat. Chyba bałem się jej reakcji, tego, że mogłaby zareagować zbyt impulsywnie i jej stan zdrowia by się pogorszył. Nie mogłem do tego dopuścić i czekałem, aż sama sobie przypomni. Na szczęście pamiętała mnie i pozostałych, którzy wciąż ją odwiedzali. Jej pokój przypominał kwiaciarnię i sklep z misiami, bo było ich tutaj mnóstwo! Od małych, po ogromne, a Ivy śmiała się, kiedy wciąż ich przybywało.

Po tych kilku dniach wreszcie mogła wyjść na spacer. To znaczy nie o własnych siłach, a na wózku inwalidzkim. Każdego dnia spędzaliśmy dwie godziny na świeżym powietrzu, a Ivy uwielbiała ten czas. Delektowała się świeżym powietrzem, słońcem, które ogrzewało jej policzki i wiatrem, który rozwiewał jej włosy. Wyglądała na szczęśliwą, spokojną i coraz bardziej widziałem w nią "moją" Ivy, tą sprzed złych wydarzeń. Jej szczęście sięgnęło zenitu, kiedy mogła wziąć w ramiona naszą córkę. Płakała, tuliła ją i śmiała się na przemian. Przysięgam, że w tamtym momencie nic się nie liczyło, tylko moje dziewczyny.
 





*****************************
Za parę minut pojawi się epilog :)








piątek, 3 sierpnia 2018

Rozdział dziewiętnasty


Justin POV:

Po południu znowu wracam do szpitala. Spędzam z Ivy kilka godzin, mówię do niej, trzymam za rękę i błagam, aby się nie poddawała. Tym razem obiecałem mamie, że wrócę na noc i spędzę trochę czasu z Abbey, dlatego niechętnie zastawiam Ivy samą. Boję się, że kiedy wrócę rano, jej już nie będzie...


Kilka minut po dziewiętnastej kąpię małą i polewam jej brzuszek wodą. Posyła mi zadowolony uśmiech, wymachując rączkami. Zaciskam usta, aby znowu nie wybuchnąć płaczem i szybko przygotowuję ją do snu. Zakładam pieluszkę, smaruję jej ciałko balsamem, ubieram body, spodenki i maleńkie skarpetki. Owijam ją jej ulubionym kocykiem i karmię. Ivy nie jest w stanie tego robić, więc mama wzięła sprawy w swoje ręce i Abbey dostaje butelkę. Dobija mnie myśl, że nie ma przy niej matki, która mogłaby ją nakarmić, a powstrzymywane łzy wreszcie znajdują ujście. Wpatruję się w nasze dziecko, rozklejam się i modlę, aby Ivy dała radę i wróciła do nas jak najszybciej. Jest młoda, silna, dzielna. Nie może się poddać.

Noc mija spokojnie. Nie odkładam Abbey do łóżeczka, śpi razem ze mną, a mój sen jest bardzo czujny. Budzę się co godzinę, nasłuchuję czy oddycha i sprawdzam telefon, czy przypadkiem nie dzwonił lekarz. Jestem zestresowany, spanikowany, a moje serce nie chce uspokoić bicia. Nigdy się tak nie bałem.

O ósmej schodzę na dół, wkładam Abbey do leżaczka i robię mleko. Ziewam, drapiąc się po brzuchu i w międzyczasie stawiam filiżankę pod ekspres. Marzę o mocnej kawie, która postawi mnie na nogi.
- Syneczku, już nie śpisz? - do kuchni wchodzi mama, całuje mnie w policzek i grucha do małej.
- Nie, nie jestem w stanie. Zresztą Abbey jest głodna i muszę ją nakarmić. Chcę wrócić do szpitala.
- Wrócisz, kochanie. Wiesz, że zajmę się dzieckiem, ale przynajmniej zjedz coś i nabierz trochę sił.
- Postaram się, mamo, nie martw się. Teraz muszę pobudzić się kofeiną. Ach, czy Nolan jeszcze śpi?
- Nie śpię - wchodzi do kuchni w pełnej gotowości - Możemy w każdej chwili jechać do szpitala. Wczoraj wieczorem zadzwoniłem do Dylana, powinien być w szpitalu za niecałą godzinę - och, zapomniałem o nim!
- Mama Ivy chyba też powinna niebawem dotrzeć albo już jest. Wypijemy kawę i jedziemy. 


Na miejscu zastajemy Dylana, Monicę oraz mężczyznę, którego widzę na oczy po raz pierwszy.
- Justin! - Monica przytula mnie do siebie i szlocha głośno. Wypłakałem już morze łez, więc dziwię się, że chce mi się płakać - Rozmawiałam z lekarzem, mówił straszne rzeczy o krwiaku i pękniętej czaszce - ociera łzy chusteczką i pociąga nosem - Jej stan nadal jest ciężki, w dodatku jest w śpiączce farmakologicznej.
- Kochanie, śpiączka to konieczność. Dzięki temu Ivy odpoczywa, nie obciąża mózgu - mężczyzna uspokaja ją, obejmuje i głaszcze po plecach - Jestem Amir, miło cię poznać. Żałuję, że w takich okolicznościach.
- Tak, ja też żałuję. Justin - potrząsam jego dłonią i muszę przyznać, że wygląda na sympatycznego.
- Justin - Dylan podchodzi do mnie i obejmuje po męsku - Ona z tego wyjdzie. Jest silna i dzielna.
- Taką mam właśnie nadzieję, przyjacielu - klepię go po plecach, odwracam się, podchodzę do szyby i patrzę na moją ukochaną. Jej twarz nie zmieniła się od wczoraj, nie nabrała żadnych kolorów. Mam wrażenie, że jej włosy są jeszcze jaśniejsze, niemal białe. Serce kurczy się na ten widok, strach potęguje, a niewiadoma wykańcza. Ile dni upłynie do powrotu mojej ukochanej? Czy w ogóle wróci?


W południe pojawia się doktor Samuel. Zrywam się na równe nogi, wchodzę z nim do Ivy i obserwuję, jak spogląda na przyrządy oraz w jej kartę. Dłonie pocą mi się ze stresu i czekam na jakiekolwiek informacje.
- Cóż, parametry wyglądają bardzo dobrze. Podajemy jej leki, które potrzebują czasu na zadziałanie.
- Dzisiaj mija drugi dzień. Właściwie jak długo macie zamiar utrzymywać ją w tej całej śpiączce?
- Na pewno do czasu, aż całkowicie pozbędziemy się krwiaka. To poważna sprawa, może doprowadzić do śmierci. Ivy musi zregenerować siły, dać czas na naprawienie wyrządzonych szkód. Trochę cierpliwości.
- Z cierpliwością nie jest mi po drodze, doktorze. Po jakim czasie prawdopodobnie krwiak ustąpi? 

- To już zależy od samego pacjenta, jego reakcji na leki. Czasami wystarczy kilka dni, czasami dwa tygodnie, a czasami miesiące - Boże! Miesiące?! - Miejmy nadzieję, że w jej przypadku nastąpi to szybciej. Jest młoda, jej organizm jest silny i nie podda się bez walki. Jestem dobrej myśli, mimo poważnego stanu.
- Ona musi wyzdrowieć, panie doktorze. Dopiero ją odzyskałem, nie może zostawić mnie i naszej córki.
- Proszę myśleć pozytywnie, panie Justinie. Pana obecność na pewno jej pomaga, nie jest z tym sama.
- Mam nadzieję, że mnie słyszy i czuje, że jestem przy niej - pochylam się i całuję ją w czoło.


O piętnastej przyjeżdża mama z Jillian i Abbey. Zamieniam się z nimi, one idą do Ivy, a ja spaceruję z małą po szpitalnych alejkach. Jestem ogromnie wdzięczny mamie za to, to dla mnie robi. Wzięła urlop w pracy, opiekuje się moim dzieckiem i dzięki niej mogę spędzać czas z Ivy. Żałuję jedynie, że nie mogę się rozdwoić i być również z Abbey. Nie powinna być bez obojga rodziców, ale sytuacja jest niezwykle trudna.
- To wszystko jest do bani - Nolan burczy pod nosem i wzdycha ciężko - Ivy nie zasłużyła na to gówno, które zgotował jej ten złamas. Tyle przeszła, zeszliście się, macie fajną córkę i powinniście być teraz szczęśliwi.
- Będą, stary - do rozmowy włącza się Dylan - Ivy da radę, do cholery! To bardzo silna dziewczyna, na pewno się nie podda. Ma dla kogo walczyć! Myślicie, że przeszła to wszystko, żeby teraz odejść? W życiu!

- Masz rację, to wojowniczka i pokaże nam, że nawet coś takiego nie jest w stanie jej złamać.
- I tak trzeba myśleć, nie inaczej. To tyczy się też ciebie - Dylan patrzy na mnie, wymachując palcem - Wiem, że się boisz, jak my wszyscy zresztą, ale doskonale wiesz, że Ivy nie zostawi ani ciebie, ani Abbey.
- Tak sobie to tłumaczę, przynajmniej na razie. Co nie zmienia faktu, że ludzie umierają, Dylan. Owszem, Ivy jest twarda, ale to nie oznacza, że to jej nie pokona. Może umrzeć i to mnie właśnie przeraża.
- Wiem, ale nie możesz być nastawiony na najgorsze. Jej stan jest ciężki, ale stabilny. Poprawi się.
- Modlę się o to w każdej minucie dnia. Nie wyobrażam sobie, aby odeszła. Ja nie wiem, jak miałbym pozbierać się po czymś takim. Żyłem bez niej długi rok i to był dla mnie koszmar, ale miałem świadomość, że jest tam gdzieś i być może jest szczęśliwa. Teraz wiedziałbym, że już nigdy nie wróci. To straszne.

- Ona z tego wyjdzie, zobaczycie. Czeka na nią mnóstwo kochających ją ludzi, w tym ta mała istota.
- Justin!! - odwracam się za siebie i marszczę brwi. W naszą stronę biegnie Jillian, jest blada jak ściana, a moje serce się kurczy. Wpadam w panikę i czuję, że coś się stało - Musisz wrócić na górę, chyba nie jest dobrze - dyszy ciężko, łapczywie chwytając powietrze - Powiedzieli, że Ivy wzrosło ciśnienie w głowie.
- Zostań z Abbey - tylko tyle jestem w stanie z siebie wykrzesać. Biegnę do szpitala, zostawiam chłopców z tyłu, wjeżdżam windą na dwunaste piętro i wpadam na oddział niczym tornado. Zauważam Monicę wraz z Amirem, moją mamę i tatę. Nawet nie wiedziałem, że też przyjechał - Co z Ivy? Gdzie jest doktor?
- Spokojnie, synu. Zaraz przyjdzie, właśnie ją bada - ojciec uspokaja mnie, ale jestem zbyt spanikowany.
- Och - odwracam się i faktycznie dopiero teraz zauważam go przy Ivy. Biorę zielony fartuch, w pośpiechu zakładam go na siebie i wchodzę do środka. Mam w nosie, czy wolno mi to robić, czy nie - Co z nią?
- Nastąpił skok ciśnienia, zdarza się - sprawdza monitor, na którym widnieją różne kreski, ale nic z tego nie rozumiem - Podaliśmy leki i wszystko zaczyna się stabilizować. Niestety skoki ciśnienia są poważne, ponieważ mogą doprowadzić do pęknięcia krwiaka. Obserwujemy sytuację i natychmiast reagujemy.
- Trzymaj się, skarbie - siadam obok łózka, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Nie daj się, bądź dzielna.




Ivy POV:
Stan, w jakim się aktualnie znajduję, jest bardzo dziwny. Na przemian śpię, odzyskuję świadomość, jednak nie mogę się obudzić. Mam wrażenie, jakby moje ciało żyło własnym życiem i tylko na chwilę pozwala mi wrócić do siebie. Jest to koszmarnie męczące, dezorientujące i właściwie nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Tylko kiedy mam świadomość, słyszę gdzieś obok głosy, krzątaninę i pikanie, które chce rozsadzić mi głowę. Nie rozpoznaję głosów, za to skupiam uwagę na czymś ciepłym, co dotyka mojej dłoni. Jest to przyjemne uczucie, tak różniące się od chłodu, który aktualnie przepełnia moje ciało. Gdybym tylko mogła, poprosiłabym o ciepły koc, aby choć trochę się rozgrzać. Dlaczego jest tutaj tak zimno? I co ważniejsze, gdzie się znajduję, co się wydarzyło? Niewiele pamiętam, a zmęczenie nie pozwala mi skupić myśli. Chciałabym się już obudzić, chociaż właściwie czy ja w ogóle śpię? Co to za próżnia?
 



Justin POV:
Nie ruszam się z miejsca, odkąd tylko doktor powiedział mi o tym przeklętym ciśnieniu w jej głowie. Przysypiam z głową opartą na łóżku i jej dłonią w mojej dłoni. Dochodzi czwarta rano, mija trzecia doba i zaczynam mieć coraz czarniejsze myśli. Doktor Samuel niewiele mówił od wczorajszego popołudnia, doktor Peter tym bardziej i to napawało mnie ogromnym strachem. Gdyby było lepiej, na pewno zostałbym o tym poinformowany. Skoro nie pisnęli słowem, nie wróży to raczej nic dobrego. Na dzisiaj zaplanowali kolejne badanie. Jeśli ponownie krwiak się powiększył, moje słabe nadzieje doszczętnie pójdą się pieprzyć. Potrzebuję dobrych wiadomości, musi być poprawa, do cholery! Skoro dostaje leki, które potrzebują trochę czasu na działanie, niech już działają! Modlę się o chociażby jeden procent poprawy.


Chłopcy wmuszają we mnie śniadanie, chociaż średnio mam na nie ochotę. Mój apetyt nie dopisuje, ledwo funkcjonuję i jestem wyłączony. Niestety Nolan przypomina mi o studiach, na które oni dzisiaj wracają. Cholera, studia? Poważnie? Nie jestem w stanie myśleć, a co dopiero wrócić na uczelnię i skupić się na zajęciach. Teraz nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, studiowanie spada na sam koniec. Jak mógłbym się tym przejmować, skoro Ivy leży tutaj nieprzytomna? Tylko ona się liczy, nic więcej.
- Panie Justinie - z myśli wyrywa mnie doktor Peter. Podnoszę się z krzesełka i przecieram zmęczoną twarz rękami - Tomografię zaplanowaliśmy na godzinę piętnastą - cholera! Dochodzi dopiero dziesiąta! Chyba sfiksuję z tego niepokoju! - Ivy bardzo dobrze reaguje na leki, widzimy lekką poprawę - co?! Uchylam usta i gapię się na niego zszokowany - Dzisiejsze wyniki są zadowalające, a ciśnienie znaczenie spadło. Mały kryzys z wczoraj mamy za sobą - uśmiecha się, a mi robi się słabo. Boże, naprawdę jest poprawa! - Proszę usiąść, jest pan blady jak ściana - kręci głową, chwyta mnie za ramie i siłą sadza na krzesełku - Może pojedzie pan do domu? Spędza pan tutaj prawie całe dnie, niebawem i pan wyląduje na jednej z sal.
- Nic mi nie będzie, nie chcę jej zostawiać. Poczekam na badanie i wyniki, dopiero wtedy pojadę do domu.
- W porządku. Teraz muszę dokończyć obchód, proszę być dobrej myśli. Zrobiliśmy krok do przodu.
- Dzięki Bogu, oby tak dalej - oddycham z ulgą i spoglądam na chłopców, których humor również się poprawia - Spadajcie na zajęcia. Jak tylko będą wyniki dam wam znać co i jak, nie zawalajcie studiów.
- Gadasz jak moja matka - Dylan przewraca oczami i przybija żółwika - Pamiętaj, zadzwoń do nas.
- Zadzwonię, na razie - człapią do windy, znikają z zasięgu mojego wzroku i zostaję sam. Monica oraz Amir pojechali się przespać, ale zapewnili, że wrócą przed obiadem. Cieszę się, że matka Ivy troszczy się o nią i jest tutaj. Podnoszę tyłek, podchodzę do szyby i patrzę na tę kruchą dziewczynę, która leży bez ruchu i oddycha miarowo. Modlę się o każdy jej oddech, aby nie ustawał i nabierał siły. Po słowach lekarza moja nadzieja wraca ze zdwojoną siłą i liczę, że badanie wyjdzie lepiej niż ostatnio - Bądź dzielna, moja biedroneczko. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Obudzisz się i razem wrócimy do domu.
- Justin - mój monolog przerywa ojciec. Odwracam się w jego stronę i dostrzegam również stojącego obok niego Phila. Cholera, nie spodziewałem się ich! - Zanim przejdę do rzeczy, powiedz, jak czuje się Ivy?
- Lepiej, na szczęście. Ciśnienie spadło, ustabilizowało się. O piętnastej czeka ją kolejna tomografia.
- To bardzo dobra wiadomość - uśmiecha się i spogląda na Phila - A my mamy kolejną. Złapali go, synu.
- C-co? - patrzę raz na ojca, raz na Phila, a w mojej głowie jest tornado myśli - Złapaliście tego skurwiela?
- Tak. Wpadł dzisiaj nad ranem, na lotnisku. Kupił bilet do Kanady, ale nie przeszedł przez kontrolę. Wszędzie rozesłaliśmy jego zdjęcia, nie miał szans na wymknięcie się. Jest nasz, siedzi w areszcie.
- I co teraz? Zamkniecie go na dobre, prawda? On nie może wyjść na wolność, Phil. Jest niebezpieczny!
- Wiemy o tym, nie obawiaj się. Kompletujemy dowody świadczące przeciwko niemu i czekamy na Ivy. Jej stan odgrywa tutaj kluczową rolę, ponieważ od tego również będzie zależał wymiar kary. Niestety nie możemy jej przesłuchać, chociaż większość wiemy z monitoringu. Zaraz z nim porozmawiam.
- Chcę pojechać z tobą - mówię ostro, a ojciec patrzy na mnie zaskoczony - Chcę go tylko zobaczyć.


Nie wiem, co sprawia, że Phil decyduje się mnie zabrać. Może moja rozpacz, determinacja albo strach? Nie mam pojęcia, ale właśnie wprowadza mnie do pokoju, stawia przed szybą i przekazuje instrukcje. Mam być cicho, nie przeszkadzać i zatrzymać dla siebie to, co usłyszę. Phil jest szefem, pewnie tylko dlatego mogę tutaj być. Właściwie sam nie wiem, dlaczego chciałem być tego świadkiem. Niczego już nie zmienię, a poznanie twarzy tego skurwiela potwornie mnie wkurwi. Po co sam sobie to robię? Zwariowałem?!
Besztam się za głupotę, chcę się wycofać, niestety jest już za późno. Do pokoju zostaje wprowadzony człowiek, siada na krześle i pierwszy raz mogę spojrzeć na mężczyznę, który tak bardzo skrzywdził kobietę, która jest dla mnie wszystkim. Brzydzę się nim! Jego policzek oszpeca blizna, wygląda na typowego bandziora z zadziwiającą pewnością siebie. Uśmiecha się i patrzy na Phila. Podziwiam go za spokój, we mnie już gotuje się złość i zwijam dłonie w pięści. Liczę na to, że tym razem zgnije w pierdlu!
- No dobrze, zacznijmy więc. Jak pan wie, był pan poszukiwany za brutalne pobicie Ivy Jones. Wszystko, co pan zaraz powie ma ogromne znaczenie. Radzę mówić prawdę, inaczej będzie o wiele gorzej.
- Dlaczego miałbym kłamać? Skoro już tutaj jestem, nie ma sensu ściemniać. Co chciałby pan wiedzieć, panie władzo? Powiem wszystko! - przechyla głowę, zakłada ręce na piersiach i wygląda na znudzonego.
- Proszę opowiedzieć zdarzenie, które miało miejsce trzy dni temu. Spotkał się pan z własną córką.
- Och, tak! Pamiętam! - klaszcze w dłonie, śmieje się, a ja gapię się na niego jak na debila. Czy on sobie kurwa żartuje?! - Wyglądała tego dnia pięknie, w tych krótkich spodenkach i topie. Mam prześliczną córeczkę, jest moją gwiazdeczką - podpiera łokcie na stole, brodę na dłoniach i oddycha głęboko.
- Proszę odpowiedzieć na moje pytanie, panie Jones. Co wydarzyło się w alejce trzy dni temu?
- Cóż, sprawa nieco się skomplikowała. Ivy miała dać mi pieniądze, a ona zwiała z Los Angeles i zostawiła mnie z niczym! - podnosi głos i uderza pięścią w stół. Po uśmiechu nie ma nawet śladu - Nie tak ją wychowałem, lata surowej dyscypliny poszły się chrzanić. Jeśli myślała, że po zamknięciu mnie w więzieniu zasady nie obowiązują, to grubo się pomyliła! Jest moją córką, musi ich przestrzegać.
- Mówi pan o zasadach, przez które w wieku czternastu lat wylądowała w szpitalu w opłakanym stanie?

- Każdy rodzic wychowuje dziecko po swojemu! Ja nie pouczam pana, jak ma pan wychowywać własne.
- Problem w tym, że myli pan pojęcia. Wychowanie, a przemoc domowa to dwie różne sprawy.
- Przemoc domowa? Tak to nazywacie? Też mi coś! Dyscyplina, kilka klapsów to dla od razu przemoc?
- Kilka klapsów? Proszę na to spojrzeć - Phil wyjmuje teczkę, pokazuje mu kilka zdjęć i na szczęście, lub nieszczęście, jestem na tyle blisko, iż kątem oka widzę na nich Ivy. Przełykam ślinę, a moje serce się zaciska. Boże, to zdjęcia z jej pobicia! - Znęcał się pan nad nią przez dziesięć lat. To już przemoc.
- Pierdolenie - zrzuca zdjęcia ze stołu i nerwowo podryguje nogą - Była nieposłuszna, więc dostawała.
- Zostawmy ten temat, nie z jego powodu dzisiaj tutaj jesteśmy. Proszę opisać wydarzenia z alejki.
- Zdenerwowała mnie, odpyskowała. Rozumie to pan? - prycha z kpiną i zwija dłonie w pięści - To nie do pomyślenia, ponieważ nigdy nie wolno było jej pyskować! Jest gówniarą, ma mnie słuchać, to wszystko! A ona rozpędziła się i powiedziała słowa, za które zapłaciła. Za nieposłuszeństwo jest kara, to proste.
- Przedstawię więc panu sytuację. Całość została nagrana na pobliskim monitoringu ze sklepu. pana córka w tej chwili przebywa w szpitalu, ma pękniętą kość czaszki, krwiak mózgu i walczy o życie - uważnie obserwuję jego twarz, na której nie pojawia się zupełnie nic. Pustka. Nawet nie wygląda na zaskoczonego, a tym bardziej na smutnego. Dociera do mnie, że nie ma w nim żadnych uczuć, nie posiada serca. Wyrządził jej ogromną krzywdę, dwukrotnie, a nie okazuje grama skruchy. Mam nadzieję, że sąd nie okaże mu litości, wpakują go na długie lata i przyjdzie mu tam umrzeć! Nie zasługuje na łagodne więzienie, oby trafił do tego najgorszego, gdzie inni więźniowie dadzą mu nieźle popalić - Na tę chwilę grozi panu dwadzieścia pięć lat więzienia. Pobicie z premedytacją, pozostawienie bez pomocy. Jeśli jednak Ivy nie przeżyje - skóra cierpnie mi na rękach, kiedy Phil wypowiada te straszne słowa na głos. Nie dopuszczam tego do siebie, a usłyszenie tego tak po prostu napawa mnie przerażeniem, które chwilowo schowałem gdzieś głęboko - Spędzi pan w więzieniu resztę swojego życia. Mogę również zapewnić, że nie będzie to łagodne więzienie - bum! Dopiero teraz wyraz jego twarzy się zmienia, nieco blednie i nerwowo wierci się na krześle. Nie przejmuje się losem własnej córki, bardziej boi się więzienia, w którym tak czy siak, wyląduje 
Ma pan prawo do adwokata. Jeśli pana na niego nie stać, zostanie przydzielony z urzędu.
- Poważnie? Po co mi adwokat, skoro i tak mnie nie obroni. Myślisz, że nie wiem, co zrobiłem? Doskonale zdaję sobie z tego sprawę! Nie przewidziałem tylko, że moja ucieczka nie wypali, a byłem tak blisko!
- Myli się pan, był pan ogromnie daleko. Po tym zdarzeniu postawiliśmy policję w stan gotowości. Nie udałoby się panu przekroczyć granicy, wszędzie rozesłaliśmy pana zdjęcie. Mam jeszcze jedno pytanie - Phil otwiera białą teczkę i podsuwa kolejne zdjęcie - Kim jest ten człowiek? Widziano go z panem w alejce.
- Ach, to Frank, mój dobry kolega. Już dawno wisiał mi przysługę, to on pożyczył mi kasę na detektywa - detektyw? I wszystko jasne! - Nie wiem, gdzie teraz jest. Rozdzieliliśmy się, każdy poszedł w swoją stronę.
- Również jest poszukiwany. Brał udział, może nie bezpośredni, ale jednak, w skrzywdzeniu Ivy Jones.
- Co on mnie obchodzi? Najważniejsze, że mi pomógł i jest wolny. Szukajcie go sobie do woli, powodzenia.
- Znajdziemy go, zapewniam pana. Może dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o pana planach?
- Nie zwierzałem mu się, chociaż obdarzyłem go zaufaniem. Nic wam nie powie, nie jest na tyle głupi. Wychowywaliśmy się razem, znam go od pieluch. Lubił Ivy, nawet bardzo - uśmiecha się chytrze, spoglądając na jej zdjęcie - Podobała mu się, wiele razy chciał dobrać jej się do majtek - chwytam blat biurka, zaciskając na nim dłonie. Adrenalina buzuje w moich żyłach, a ciśnienie niebezpiecznie skacze w górę - Kiedy zaczęła dorastać i urosły jej piersi, wręcz nie mógł utrzymać rąk przy sobie. Wiesz, jacy są faceci, prawda? - mruga okiem i śmieje się głośno. Spoglądam na Phila, który zachowuje stoicki spokój, jak i profesjonalizm - Pewnego dnia zostawiłem ich samych, ale zabroniłem mu ją pieprzyć. Wolałem zostawić jej cnotę dla kogoś wyjątkowego, kto za to zapłaci. Straciłem na nią mnóstwo forsy, powinna się odwdzięczyć - żółć podchodzi mi do gardła i sam nie wiem, czy chcę zwymiotować, czy pójść tam i obić mu mordę. Nie wierzę, że to jest jej ojciec, to niewiarygodne! - Tak bardzo mnie prosiła, żebym tego nie robił. Krzyczała; "tatusiu, już będę grzeczna, przysięgam!" - naśladuje jej głos, a w mojej głowie pojawia się jej śliczna buzia. Ileż potworności musiała przejść przez tego bydlaka! - Miałem w nosie jej biadolenie, przyniosła jedynkę z matmy, więc Frank mógł sobie poużywać. Była potwornie nieznośna, uparta jak zawsze i walczyła. Niewiele zdziałał biedak, ale chociaż pomacał - wybucha śmiechem, a resztki mojego opanowania idą w cholerę. Furia przejmuje nade mną kontrolę i wreszcie wybucham. Niczym tornado wpadam do pokoju, chwytam go za koszulkę i przypieram do ściany - Kim ty kurwa jesteś?!

- Kimś, kto spuści ci wpierdol, ty bezduszny skurwielu! Nigdy więcej nie dotkniesz mojej narzeczonej!
- Justin, puść go! - Phil dopada do nas, jednak jego siła nie robi na mnie wrażenia - Obiecałeś!
- Och, jesteś jej chłoptasiem, co? To ty zrobiłeś jej bachora? To przez ciebie straciła dziewictwo?!
- Pierdol się, gówno ci powiem! Zgnijesz w więzieniu za to, co jej zrobiłeś. Masz to, jak w banku!
- Nie bądź tego takie pewny, rycerzyku. Bronisz jej, a ta mała dziwka jest brudna od rąk moich kumpli.
- Ktoś powinien sprzątnąć cię z tego świata, śmieciu! Jesteś nic niewartą kreaturą! - potrząsam nim jak szmacianą lalką, ale nawet się nie broni. Jego ciało jej wątłe jakby bez grama mięśni. Co za cienias! - Już nie jesteś taki cwany, huh?! - przygniatam jego ciało do ściany i wciąż czuję uścisk na ramieniu. Phil nie daje za wygraną - Posadźcie go na krześle elenktycznym. Chcę patrzeć, jak będzie zdychał.
- Musisz się uspokoić, Justin. Puść go i wyjdź, proszę! Nie chcę, żebyś narobił sobie problemów, chłopcze. Nie potrzebujesz tego, nie teraz. Ivy czeka na ciebie w szpitalu, pojedź do niej. Zadzwonię później.
- Masz szczęście, śmieciu - puszczam go, robię krok w tył i próbuję opanować przyśpieszony oddech - Gdybyśmy byli sami, w zupełnie innym miejscu nic by mnie nie powstrzymało. Rozjebałbym cię na miazgę!
- Justin - Phil wzdycha głośno, odciąga mnie od tego fiuta i prowadzi do drzwi - Nie mów nic więcej.
- Och, dlaczego go zabierasz? Ja chętnie z nim porozmawiam i opowiem więcej o Ivy. Będzie ciekawie.
- Nawet nie waż się wypowiadać jej imienia! - zatrzymuję się i patrzę na niego z mordem w oczach - Nie zasługujesz na to, aby wypływało z twoich ust! Nigdy więcej już jej nie zobaczysz, dopilnuję tego.
- To moja córka, dzieciaku. Mogę z nią zrobić, cokolwiek zechcę, nawet pieprzyć! I co ty na to, huh?!
- Marcus, Colin! - Phil krzyczy głośno, a go pokoju wchodzi dwóch ochroniarzy - Zabierzcie go stąd.
- Uuu, wymiękasz, co?! Dwóch wielkich osiołków musi cię stąd wyprowadzić, bo zaraz pokażesz pazurki.
- Chłopcy! Idźcie! - Phil pogania ich, ciągną mnie w stronę drzwi, jednak ledwo nad sobą panuję.
- Odzyskam ją - słyszę za sobą, szarpię się, ale faceci nie dają mi szans na uwolnienie - Ivy będzie ze mną, tam, gdzie jest jej miejsce. Mam wobec niej plany, rycerzyku. Odda wszystko, co na nią wydałem.

Walczę jak lew, staram się wyrwać, jednak dwóch ochroniarzy wzmacnia uścisk i wyprowadzają mnie na korytarz. Tam wcale nie jest lepiej, chcę wrócić, nie powstrzymywać się przed spuszczeniem mu lania, które zapamiętałby do końca swojego życia. Jaka szkoda, że moja szansa na to właśnie uciekła.
 



************************************
Hejo!
Rozdział na nowym opowiadaniu w niedzielę :D

Buuuziaki! :*