piątek, 10 sierpnia 2018

Epilog

Cztery lata później

Justin POV:
Od czego by tu zacząć? Minęło naprawdę dużo czasu, bardzo dobrego dla nas czasu, ale żeby opowiedzieć wam to, co działo się przez te cztery lata, muszę się trochę cofnąć. A działo się całkiem sporo.

Po wypadku, którego sprawcą był ojciec Ivy, nasze życie zatrzęsło się niebezpiecznie. W każdej sekundzie drżałem o życie ukochanej dziewczyny, modliłem się, czekałem. Bóg miał dla nas dobry plan, nie odebrał mi jej, przywrócił z powrotem i pozwolił na spokojne, szczęśliwe życie. Ivy całkowicie doszła do siebie, co zajęło jej dobre pół roku. Bolesne bóle głowy nie dawały jej spokoju, atakując w najmniej spodziewanym momencie. Widziałem na jej twarzy tak wiele emocji, które targały nią na każdą stronę, a najgorsza była myśl, że nic nie mogłem zrobić. Nie mogłem jej pomóc, ulżyć w cierpieniu. Mogłem tylko być obok, głaskać po plecach i czekać razem z nią, aż ból odejdzie. Czasami puszczał po kilku minutach, czasami po kilku godzinach, całkowicie wyłączając ją z życia. Im dłużej trwały te bóle, tym miałem czarniejsze myśli. Bałem się, że z jej głową jest coś nie tak, że być może urósł nowy krwiak bądź inne ustrojstwo, które nas rozdzieli. Lekarze zapewniali nas, że to normalne po takim urazie i przebytej operacji. Ivy regularnie uczęszczała na kontrole, które nie wykazywały nic niepokojącego, a mimo to ból ją wykańczał.

Po upływie sześciu miesięcy bóle odeszły tak nagle, jak się pojawiły. Ivy odżyła, zaczęła się uśmiechać, korzystać z życia. Nie odstępowała naszej córki na krok, ciesząc jej obecnością w pełni. Wciąż się do mnie przytulała, całowała, a noce należały tylko do nas. Wreszcie było tak, jak powinno być, a wtedy stało się coś, o czym zdążyłem już zapomnieć. Ivy przypomniała sobie wydarzenia sprzed sześciu miesięcy, kiedy to ojciec dorwał ją w tej przeklętej alejce. Wiele razy pytała mnie, co się stało, jakim cudem znalazła się w szpitalu, skoro wybrała się tylko do sklepu. Pamiętała wszystko sprzed wypadku, samego wypadku absolutnie nie. Pewnego wieczoru opowiedziałem jej, że to sprawka jej ojca, że to on prawie zabił ją, uderzając jej głową w beton. Była przerażona moimi słowami, ale nie tak bardzo, ponieważ tego nie pamiętała. Kiedy rankiem obudził mnie jej wrzask, wpadłem w panikę. Płakała tak głośno, tak rozpaczliwie i tak długo, że ten dźwięk prześladował mnie jeszcze przez kilka dni. Dopiero tego dnia z całą mocną uderzyło w nią, co tak naprawdę się stało. Przez bóle głowy była zbyt skołowana, aby myśleć o wypadku, ale kiedy wreszcie ustąpiły, wszystko zaczęło na nią spływać falami. A ja byłem przy niej, wspierałem ją, przytulałem i odganiałem przykre wspomnienia. Ivy była dzielna, silna i wierzyłem z całego serca, że upora się z tym, zablokuje szufladkę z napisem "ojciec" i pójdzie dalej, ciesząc się naszym wspólnym życiem.

Tak też się stało. Po roku od wypadku wzięliśmy ślub. Wiem, szalone, ale nareszcie została moją żoną. W tym jakże pięknym i ważnym dla nas dniu ochrzciliśmy również naszą córeczkę, nadając jej imiona Abbey Valerie. Chyba nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, jak wtedy. Miałem przy swoim boku dwie wspaniałe kobiety, które były dla mnie wszystkim. Bez wahania oddałbym za nie własne życie, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Nic oprócz nich się nie liczyło, z wszystkim mogłem sobie poradzić, ale ich straty bym nie przeżył. Chciałem zapewnić im to, co najlepsze i chyba całkiem dobrze mi to wychodziło. Rodzice, ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, podarowali nam w prezencie ślubnym piękny dom, który mieścił się niecałą przecznicę od ich domu. Ivy na początku nie chciała przyjąć tak szczodrego prezentu, ale rodzice nie chcieli słyszeć słowa sprzeciwu, i tak zamieszkaliśmy we własnych, czterech ścianach.

Ojciec Ivy dostał dwadzieścia pięć lat. Nie satysfakcjonował mnie ten wyrok, ale Phil twierdził, że gdyby Ivy nie udało się przeżyć, spędziłby w więzieniu resztę swojego życia. Nienawidziłem tego skurwiela z całego serca. Lepiej dla niego, żeby nigdy więcej nie stawał mi na drodze. Wtedy nic mnie nie zatrzyma.

Po dwóch latach od wypadku, w wieku dwudziestu trzech lat zostałem wspólnikiem w firmie mojego ojca, świetnie zarabiałem i na każdym kroku rozpieszczałem moje dziewczyny. Ivy zaczęła swoje wymarzone studia, z których zrezygnowała i uciekła, zostawiając mnie ze złamanym sercem. Rzetelnie obiecała sobie, że za nic w świecie nic nie stanie jej na przeszkodzie, żeby je ukończyć. Cóż, nie mogła się bardziej mylić. Pewnego dnia, przy śniadaniu oświadczyła, że jest w ciąży. Przysięgam, załatwiłbym się pieprzonym kawałkiem ciasta bananowego, tak mnie zaskoczyła. Nie planowaliśmy w tamtym okresie drugiego dziecka, Abbey w zupełności nam wystarczała i rosła jak na drożdżach. Wieść o drugiej ciąży spadła na mnie niczym tona cegieł, przygniatając do ziemi. Byłem bardzo zaskoczony, zaniemówiłem na kilka minut, a potem po prostu się ucieszyłem. Nasze życie było ustabilizowane, kochaliśmy się, byliśmy małżeństwem, a drugie dziecko w niczym nam nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, Abbey nie będzie jedynaczką.

Drugiego marca przyszedł na świat nasz syn, Jamie Olivier. Pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu i trzy i pół kilograma szczęścia. Kiedy tylko wziąłem go w ramiona, rozpłakałem się ze wzruszenia. W dniu, w którym poznałem Abbey, żałowałem, iż nie uczestniczyłem w ciąży Ivy i przegapiłem tak wspaniały moment, jak narodziny córki. Przy Jamiem miałem zamiar nadrobić wszystko, ciesząc się ponownym ojcostwem.
A nasz synek był prawdziwym aniołkiem. Grzecznym, spokojnym, uroczym. Tak podobnym do Ivy, z jej zadartym noskiem i jasnymi włoskami. Rozczulał mnie jego widok, jak i Abbey, która całowała go w czoło i wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha. Została starszą siostrą, z czego była prze ogromnie dumna. Widok moich dzieciaków napawał mnie ogromnym szczęściem. Niczego więcej nie potrzebowałem.






***
Wychodzę z pracy, a w drodze do domu zajeżdżam do przedszkola. Jak zwykle panuje chaos, dzieci piszczą radośnie, przepychają się, gonią. Rozglądam się w poszukiwaniu mojej czterolatki, która wreszcie pojawia się na horyzoncie. Kiedy tylko mnie widzi, podbiega z piskiem i rzuca się w moje rozchylone ramiona.
- Pokażę ci coś, co niespodzianka - odchyla się, rozemocjonowana rozwija kartkę i unosi do góry. Wpatruję się w rysunek, na moich ustach pojawia się szeroki uśmiech, a wzruszenie ściska za serce - To ty, mamusia, ja i Jamie - uśmiecha się dumnie, wskazując palcem na każde z nas - Chyba masz trochę dużą głowę.
- Głową się nie przejmuj, wcale nie jest duża - puszczam oczko, odgarniając jej jasne włoski - Piękny obrazek, córeczko. Mamusia będzie z ciebie bardzo dumna. A teraz czas się ubrać, raz-dwa, kotku.
- Okej - wciska mi rysunek do ręki, biegnie do swojej szafki i wyjmuje plecak oraz buty i sweterek. Zmienia buty, chowa kapcie i pojawia się ponownie - Pojedziemy na lody? Tak bardzo pragnę lodów, tatku!
- Właściwie dziadkowe zaprosili nas na obiad. Jeśli jednak wolisz lody, mogę przełożyć obiad na inny dzie...
- Nie! - krzyczy, aż kilka osób odwraca się w naszą stronę - Chcę pojechać do dziadków. Stęskniłam się.
- Dzień dobry - unoszę głowę, spotykając wpatrzone we mnie brązowe oczy - Nazywam się Margaret Owen. Jestem stażystką, to mój pierwszy tydzień w tym przedszkolu - wystawia dłoń, którą ściskam niepewnie.
- Justin Vandersol, jestem ojcem tej pięknej, nieco nadpobudliwej dziewczynki. Czy Abbey jest grzeczna?
- Ależ oczywiście! Poza tym jest również bardzo zdolna, pięknie rysuje. Może przyda się jakiś kurs?
- Jasne, oczywiście! Jeśli tylko ona sama będzie zainteresowana, nie widzę żadnego problemu. Abs?
- Tak! To Margaret nauczyła mnie rysować, jest kochana! - patrzy na nią jak zaczarowana i, co mnie lekko dziwi, przytula się do niej. Abbey raczej zachowuje dystans w stosunku do ludzi, których nie zna - Tatku? 

- Cieszę się, że lubisz rysować. A teraz musimy jechać po mamę i Jamiego. Dziadkowie na nas czekają.
- Miło było pana poznać. Proszę pomyśleć o tym kursie, jest organizowany w naszym przedszkolu.
- Dobrze, porozmawiam z żoną i jutro dam znać. Do widzenia, miłego dnia - żegnam się, biorę córkę za rękę i opuszczam budynek. Abbey skacze wesoło w drodze do samochodu, a kiedy otwieram drzwi, pakuje się na swój fotelik - Stęskniłam się za Jamie'm, wiesz? - patrzy na mnie i uśmiecha się słodko.
- Zaraz go zobaczysz, maleńka. A jak będziesz grzeczna, to nawet lody dzisiaj będą. Czekoladowe?
- Tak! - krzyczy, aż chce wywalić bębenki - Kocham cię, tatku. Jesteś najlepszym tatusiem na ziemi.
Dotykam palcami jej policzka, a moje serce przepełnia ciepło. Czego można chcieć więcej?


Kiedy wchodzimy do domu, Abbey dopada Jamiego, którego soczyście całuje w policzek. Co dziwne, mały bardzo ją uwielbia i nie przeszkadzają mu te słodkości w wykonaniu siostry. Obawiam się, że jak dorośnie, to może się szybko zmienić. Cieszyłem się tym, że jak na razie się uwielbiają i oby tak pozostało na długo.
Moja żona wchodzi do salonu, posyłając mi szeroki uśmiech i przytulając się do mnie. Wygląda pięknie w jasnych jeansach i bluzce, która odsłania jej brzuch. Kochałem tę kobietę z całego serca i byłem wdzięczny temu na górze, że postanowił dać nam upragniony happy end. Nasz związek sporo przeszedł, a mimo to jesteśmy razem, mamy dzieci, jesteśmy małżeństwem. Moja rodzina była dla mnie najważniejsza....




**************************************************
Hejo!
Więc! Mamy koniec historii Ivy i Justina :)
Zdradzę Wam, że kilka dni temu naszła mnie myśl o przekręceniu tej historii. Nie miało być happy endu, wręcz przeciwnie, miał być ból, rozpacz, gniew, żałoba. Miałam plan, aby uśmiercić Ivy, napisać trzecią część i pociągnąć wątek Justina. Tak się wkręciłam, że nawet spróbowałam co nieco napisać i szczerze mówiąc, mogło wyjść z tego coś fajnego. Niestety! Mimo tego, że wczułam się w rolę, dziwnie pisało mi się bez Ivy. Brakowało mi jej, a opisywanie cierpienia Justina wpakowało mnie w dziwny dołek. Chyba nie jestem stworzona do pisania w tak dobijających klimatach. Może kiedyś, jeszcze nie teraz.

Skoro odchodzi nam Ivy, w piątki będzie pojawiać się Freya :)
Najbliższy rozdział będzie w niedzielę, żebyście nie musiały długo czekać :)

A teraz czas na kilka słów do Was, moich czytelników :)
Dziękuję za każdy komentarz. To bardzo mobilizuje do pracy i pokazuje, że jednak ktoś tutaj jest, czeka na rozdział, chętnie zostawia po sobie znak. Doceniam to.
Dziękuję, że nadal jesteście mimo tego, że to moje... dwudzieste czwarte opowiadanie!
Dziękuję za wsparcie, miłe słowa, przezywanie tego razem ze mną. Jesteście wspaniałe!

Nadal zostajemy z Vivenne (chociaż też już blisko końca) i z Freyą.

Kocham!
Kasia.

💜💚💛💙








5 komentarzy:

  1. Już koniec? Będę tęsknić za tym opowiadaniem. Całe szczęście, że jednak zdecydowałaś się na happy end, bo nie wyobrażam sobie życia Justin'a bez Ivy.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie moge uwierzyć ze to koniec kolejnego twojego odpowiadania😭
    Serio jestem z tobą bardzo długo i wszystkie mi sie mega podobały😘 masz serio talent do pisania😊 życzę Ci kolejnych tak świetnych opowiadań😘 pamiętaj aby nigdy sie nie poddawać💕

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem nawet co powiedziec. Mam nadzieje, ze kiedys nadejdzie taki dzien, ze przeczytam twoja ksiazke.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak to koniec ? Szybko coś, nie spodziewalam się haha . Dobrze Kasiu ze nie usmiercilas Ivy bo chyba bym plakala jak bobr , i gdybyś jeszcze wystawiła 3 cześć pełna bólu i cierpienia justina to chyba bym przy każdym rozdziale plakala... to kolejne twoje genialne opowiadanie, pełne szczęścia jak i smutku i wzruszeń... ciesze się ze się tak pięknie skończyło i trzymam kciuki za następne ff, żeby Twoja wena się nigdy nie skończyła, bo dzięki tobie mogę się oderwać od rzeczywistości , przeżyć coś niesamowitego. Dziękuję ❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku nie wierzę że to juz koniec, tak bardzo kocham to opowiadanie 😢 cieszę sie z happy endu 😊 takie opowiadania uwielbiam najbardziej. Nie wiem jak przyzwyczaja się ze Ivy juz nie mam bo bardzo zżyłam się z tym opowiadaniem 😢

    OdpowiedzUsuń