czwartek, 9 sierpnia 2018

Rozdział dwudziesty


Justin POV:

Do szpitala wracam nabuzowany jak diabli. Ledwo jestem w stanie nad sobą zapanować i najchętniej gdzieś bym się wyżył. Niestety mogę o tym pomarzyć, bo na korytarzu spotykam Monicę oraz Amira.
Muszę zachować spokój. Wyrzucam z głowy tego śmiecia, a niepokój o Ivy natychmiast wraca.
- Dzień dobry - Monica uśmiecha się lekko, klepiąc miejsce obok siebie - Zaraz zabiorą Ivy na badanie.
- Już? Przecież mieli o piętnastej - spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero południe - Dlaczego?
- Po prostu doktor Peter skorzystał z wolnej maszyny i stwierdził, że nie ma sensu czekać do piętnastej.
- Rozumiem. Czy lekarze mówili cokolwiek o jej stanie? Czy przez te dwie godziny coś się zmieniło?
- Niewiele. Wiem tylko tyle, że ciśnienie spadło, a to dobry znak. Oby krwiak zaczął się zmniejszać.

Chodzę tam i z powrotem. Przemierzam korytarz kilkanaście razy, czas mija, dłuży się niemiłosiernie, a po lekarzach i Ivy ani śladu. Nie ma ich od dobrej godziny, co zaczyna mnie martwić. Nie przypominam sobie, aby poprzednia tomografia trwała aż tyle. Czy to zły znak? A może wręcz przeciwnie? Chcą się upewnić, że jej stan się poprawił i dlatego badają ją dłużej. Mam mętlik w głowie i jestem potwornie zmęczony. Chcę poznać wynik badania, pocałować ją, przytulić i chwilę "porozmawiać". Potem muszę wrócić do domu, aby pobyć z córką. Czuję wyrzuty sumienia, że od trzech dni mnie przy niej nie ma. Te trzy dni były męczące i nie wyobrażam sobie, aby dni zmieniły się w miesiące. Jak mam pogodzić opiekę nad dzieckiem, ze spędzaniem czasu z Ivy? A wiem, że nie potrafiłbym opuścić jej na więcej, niż powrót do domu i doprowadzenie się do normalności. Blokuję te myśli i wmawiam sobie, że wszystko będzie dobrze.


Doktor Samuel i doktor Peter wracają po godzinie i dwudziestu siedmiu minutach. Moje nerwy są napięte jak postronki i czekam na informacje. Stoimy przed salą Ivy, obserwujemy, jak przenoszą ją na łóżko, ponownie podłączając do kroplówki i jakichś dziwnych przyrządów. Może mam omamy, może jestem zbyt zmęczony, ale dostrzegam pewną zmianę na jej twarzy. Już nie ma tak bardzo podkrążonych oczu i nie jest tak trupio blada. Mogę śmiało powiedzieć, że kolory wróciły na jej buzię. Cholera, to dobry znak!
- Wygląda lepiej - szepczę cicho, ale wiem, że Monica i Amir mnie usłyszeli - Tak jakby trochę zdrowiej.
- Też to zauważyłam. Nawet jej włosy nie wydają się być aż tak bardzo jasne. Moja mała córeczka.
- Proszę państwa - doktor Samuel uśmiecha się do nas i gestem dłoni zaprasza do sali. Nakładamy na siebie zielone fartuchy i podchodzimy do łóżka - Leki zaczęły działać, mamy dobre wiadomości. Ciśnienie jest całkowicie ustabilizowane, dodatkowo krwiak jest zdecydowanie mniejszy, przypomina wielkością mały koralik. To kwestia kilku godzin, a nie będzie po nim śladu - patrzę na doktora, a ulga, jaką właśnie czuję, jest wręcz nie do opisania. Czekałem na tę wiadomość od trzech dni i proszę, nareszcie nadeszła. Moja biedroneczka wraca do zdrowia. Ponownie pokazała, jak dzielną i waleczną jest dziewczyną - Nie chcę zapeszać, jednak jesteśmy pewni, że te najgorsze chwile mamy już za sobą. Dzisiaj wieczorem odstawimy leki podtrzymujące śpiączkę farmakologiczną. To ważny etap i będziemy czekać na wybudzenie się Ivy.
- C-czy... -zacinam się i chociaż boję się zadać to pytanie, jednak je zadaję - Ivy może się nie obudzić?
- Będę szczery, może być różnie. Czasami pacjenci wybudzają się w ciągu godziny, inni zaś potrzebują zdecydowanie więcej czasu. Ivy przeszła poważną operację trepanacji czaszki, pojawił się krwiak oraz ciśnienie. To poważne powikłania po urazie, jednak jestem dobrej myśli. Zakładam, że obudzi się dość szybko, ale proszę przygotować się, że nie od razu wszystko wróci do normy. Na pewno będzie osłabiona, zdezorientowana i może nie pamiętać, co się wydarzyło. Może również nie pamiętać państwa - zaciskam dłonie na oparciu łózka, a słowa lekarza mnie szokują. Nie brałem pod uwagę, że Ivy mogłabym nie wiedzieć, kim dla niej jestem! To byłaby katastrofa! - Przeważnie jest to krótkotrwała utrata pamięci, skołowanie po wybudzeniu, ale to nie czas, aby się tym zadręczać. Trzeba być dobrej myśli.


Wracam do domu. Biorę ciepły prysznic, zjadam obiad i wypijam filiżankę mocnej kawy. Rodzice wypytują mnie o stan Ivy, opowiadam im wszystko i przekazuję dobre wiadomości. Oddychają z ulgą i zapewniają, że będą w szpitalu, kiedy Ivy będzie wybudzana. Jillian siedzi cicho, Victor ściska jej dłoń i pociesza. To niedorzeczne, że wciąż czuje się winna tego, co się stało. To nie jest jej wina, nie miała na to żadnego wpływu i właśnie to ponownie staram się jej wytłumaczyć. Jest uparta jak diabli i mówi, że poczuje się lepiej dopiero wtedy, kiedy Ivy się obudzi i będzie mogła ją przeprosić. Obawiam się, że będzie musiała na to trochę poczekać. I chyba dopiero teraz zaczynam się bać, w jakim będzie stanie po wybudzeniu. Sądziłem, że najgorsze mam za sobą, niestety się pomyliłem. Zawalczyła o swoje życie, a teraz czeka ją kolejna walka. Musi się obudzić, wrócić do nas i być taką, jaką była przed wypadkiem.

Spędzam kolejną noc w szpitalu. Lekarze doszli do wniosku, że jednak poczekają do rana i upewnią się, że krwiaka już nie ma. Odstawiają leki kilka minut po szóstej rano, przysypiam obok jej łóżka, nie odstępując na krok. Doktor Peter zapewnia mnie, że to może trochę potrwać, ale nie zniechęca mnie. Od czterech dni ruszam się stąd tylko po to, aby zajrzeć do Abbey. Gdyby nie ona, w ogóle nie opuszczałbym sali. Jednak mamy dziecko, które potrzebuje chociaż jednego rodzica. Ivy byłaby wściekła, gdybym ją zaniedbał.
- Przyniosłem ci kawę - podnoszę głowę i odbieram kubek od taty. Właśnie tego było mi trzeba, mocna kawa, która postawi mnie na nogi - Przed chwilą dzwonił do mnie Phil - tata siada obok, odpina guzik marynarki, po czym wzdycha ciężko - Wyznaczyli termin rozprawy, odbędzie się pojutrze - och! Bardzo szybko! - Stan Ivy się poprawia, to bardzo dobrze. Gdyby jednak nie przeżyła, spędziłby w więzieniu całe swoje życie. Phil będzie apelował o większy wyrok, w końcu ten człowiek już raz ją skrzywdził, znęcał się nad nią przez dziesięć lat i stanowi dla niej zagrożenie. Dwadzieścia pięć lat to nie dożywocie, pewnego dnia wyjdzie i być może znowu pojawi się w życiu Ivy. Za nic w świecie nie możemy do tego dopuścić.
- Zgadzam się. Ten człowiek nie może opuścić więzienia, jest nieobliczalny i bardzo niebezpieczny. Ivy nie może się go bać, już dość wycierp... - nie kończę. Maszyna monitorująca pracę serca zaczyna świrować, pikać głośniej, a do sali natychmiast wpada doktor Peter i pielęgniarka - Co się dzieje? Coś złego?
- Nie, proszę się nie martwić. Po prostu zaczyna się budzić - o Boże! Odkładam kubek z kawą, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Od podania leku minęło ponad cztery godziny, najwyższa pora na pobudkę.
- Ivy, kotku, jestem tutaj. Czekam na ciebie, obudź się - mówię cicho, głaszczę jej dłoń, a drugą przenoszę na głowę. Z początku nic się nie dzieje, nie reaguje, maszyna się uspokaja, a w sali zapada cisza. Jednak im dłużej czekamy, tym bardziej się niecierpliwię. Na szczęście po kilku minutach następuje upragniona przeze mnie zmiana. Najpierw słyszę cichutki, ledwie słyszalny jęk, a potem Ivy zaczyna się delikatnie wiercić. Oblizuje spierzchnięte usta, porusza ramionami, a jej twarz wykrzywia grymas. Na pewno jest obolała, w końcu leżała przez cztery dni! - Bardzo dobrze, biedroneczko. Świetnie ci idzie, tak trzymaj - uśmiecham się, moje serce przyśpiesza z ekscytacji, ale i ze strachu - Jeszcze oczy, otwórz je dla nas - ledwo kończę mówić, a powolutku uchyla powieki. Mruga kilka razy, mruży je, jakby światło, które i tak jest słabe, niemiłosiernie ją raziło. Widać, jak bardzo jest zdezorientowana i niewiele ogarnia - Brawo.
- Dzień dobry, Ivy - lekarz ostrożnie przekręca jej twarz w swoją stronę i marszczy brwi - Spójrz na mnie - wystawia palec, przesuwa nim raz w lewo, raz w prawo, a Ivy mozolnie podąża za nim wzorkiem - Świetnie, reaguje na ruch - doktor Peter mruga do mnie okiem i zabiera się za podstawowe badanie. Cały czas do niej mówi, stuka w jej kolana, łokcie, świeci w źrenice, zadaje pytania. Niestety nie uzyskuje żadnej odpowiedzi, bo Ivy nie wypowiada nawet słowa, co zaczyna mnie niepokoić - Pacjentka jest całkowicie świadoma, jej stan jest dobry. Proszę dać jej czas na dojście do siebie i zbytnio nie męczyć.
- Oczywiście, panie doktorze - kiwa głową, opuszcza salę i ponownie zostaję z tatą. Nie mogę napatrzeć się na Ivy, która przekręca głowę, a nasze oczy się spotykają. Tak potwornie tęskniłem za tym spojrzeniem, za barwą jej oczu. A teraz patrzę w nie i sam nie wiem, co mam o tym myśleć - Hej, skarbie. Poznajesz mnie? - z ogromnym wahaniem zadaję to pytanie. Boję się odpowiedzi, a jeśli Ivy mnie nie pamięta, moje serce pęknie na maleńkie kawałeczki - Nie musisz odpowiadać, możesz dać mi znać głową - ponownie oblizuje usta, z wysiłkiem przytakuje, a ja czuję ogromną ulgę - Och, Ivy. Nareszcie do mnie wróciłaś.




Ivy POV:
Leżę na łóżku, obok mnie siedzi chłopak i mężczyzna. Mimo tego, jak bardzo jestem zdezorientowana, skołowana i nie mam bladego pojęcia, co się wydarzyło, doskonale wiem, kim są. O ile jego tata wygląda schludnie i elegancko, tak Justin jest jego kompletnym przeciwieństwem. Jego włosy są zmierzwione, ma podkrążone oczy i wygląda na solidnie zmęczonego, jakby w ogóle nie spał. Wpatruje się we mnie tymi pięknymi, czekoladowymi oczyma i głaszcze wierzch mojej dłoni. Chcę zadać mnóstwo pytań, zaczynając od najważniejszego; co się stało? Mimo wszystko nic nie może przejść mi przez gardło. Jest obolałe, jakbym przeszła grypę i wyschnięte na wiór. Dlaczego nikt nawet nie zapytał o moje potrzeby?
- P-pić - krzywię się, ale jakimś cudem to krótkie słowo wychodzi z moich ust. Justin zrywa się na równe nogi, wychodzi z sali, a po chwili wraca wraz z pielęgniarką, która wita mnie ciepłym uśmiechem.
- Na razie nic nie możesz jeść, woda również nie jest wskazana, ale kilka łyków nie powinno zaszkodzić - podchodzi do długiej szafki w kącie, nalewa wody do kubeczka i wkłada do niego rurkę - Powoli i małymi łyczkami - wsuwa rurkę do moich ust, pociągam spory łyk, a woda spływa do mojego suchego gardła. Zamykam oczy i delektuję się, jakby to była chłodna, pyszna pepsi! Chyba nigdy wcześniej woda nie smakowała tak dobrze! Jest taka mokra! - To na razie musi wystarczyć. Posiłek najwcześniej jutro.
- Ale jak to jutro?! Przecież Ivy będzie głodna! Jest dopiero dziesiąta, jak ona wytrzyma do jutra?
- Proszę się nie martwić, wciąż dostaje kroplówki i z pewnością nie poczuje głodu. Spokojnie.
- No dobrze, skoro tak - burczy pod nosem, jak nadąsane dziecko. Gdybym miała silę, roześmiałabym się.
- Na razie to wszystko z mojej strony. Pacjentka powinna odpocząć, pan również. Najgorsze za nami.
- Dziękuję - uśmiecha się, pielęgniarka wychodzi i skupia uwagę na mnie - Teraz będzie już dobrze.
- Oczywiście, że tak. Nie ma innej opcji, synu. Powinieneś pojechać do domu i się zdrzemnąć, znowu spędziłeś tutaj noc. Ivy też musi odpocząć, nie można jej męczyć. Zrobisz to? Abbey na ciebie czeka.
- Wiem, tato, ale nie chcę jej teraz zostawiać. Obudziła się, mam z nią kontakt i tylko to się liczy. Abbey jest pod wspaniałą opieką, na pewno nic jej nie będzie. Po południu mama ją przywiezie, zmieni mnie.
- W porządku, ale zjedz chociaż śniadanie. Poinformuję wszystkich, do zobaczenia później - podnosi się, podchodzi do łóżka i całuje mnie w czoło - Witaj z powrotem, kochanie. Zdrowiej nam i wracaj do domu.
- Tak będzie - ściska go po męsku i wychodzi. Justin pochyla się, patrzy na mnie czule, aż robi mi się ciepło na sercu - Chciałbym z tobą porozmawiać, ale to nie jest na razie możliwe - podpiera łokieć na łóżku, brodę na dłoni i posyła mi uroczy uśmiech - Musisz dużo odpoczywać, nabrać sił, abym mógł zabrać cię do domu. Abbey na pewno za tobą tęskni - o, Boże! Moja maleńka dziewczynka. Spinam się na myśl o niej, a Justin doskonale to wyczuwa
 - Nie martw się, z naszym dzieciątkiem wszystko w porządku. Jest pod opieką mojej mamy, która nie spuszcza jej z oka. Uwielbiają się nią zajmować, niczego jej nie brakuje.
- C-co... - próbuję wydusić z siebie cokolwiek, niestety jest to niezmiernie trudne. Przeklęte gardło!
- Co się wydarzyło? - przytakuję lekko, Justin schyla głowę i skupia uwagę na mojej dłoni, której dotyka opuszką palca - Bardzo wiele, kochanie, jednak to nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę, musisz odpoczywać - marszczę brwi i chcę mu powiedzieć, żeby przestał traktować mnie jak jajko i powiedział prosto z mostu. Nie robi tego, unosi się ostrożnie całując moje usta - Najważniejsze, że wróciłaś do nas i ponownie pokazałaś, jak bardzo jesteś dzielna i silna - zastanawiam się, o czym on właściwie mówi? Silna i dzielna? Skąd wróciłam? Mam mnóstwo pytań, które niestety muszą poczekać. Jestem potwornie zmęczona, moje ciało jest słabe, nie czuję wręcz mięśni, a powieki same się zamykają - Śpij, kotku. Sen dobrze ci zrobi. Będę przy tobie czuwał, aby przyśniło ci się coś dobrego - jego cichutki, zachrypnięty głos działa na mnie jak najlepsza na świecie kołysanka i szybko przegrywam walkę ze snem.



Justin POV:
Ivy zasypia, wpatruję się w jej spokojną twarz i głaszczę wierzch dłoni. Tak bardzo chciałbym zabrać ją już do domu, ale zapewne na to będę musiał jeszcze sporo poczekać. Obudzenie się to nie wszystko, pozostaje jeszcze cała reszta. Ivy przeszła ciężką operację, potrzebuje czasu na dojście do siebie i mam zamiar się nią zaopiekować. Raczej przez pewien czas nie będzie w stanie zajmować się Abbey, więc opieka spadnie na mnie. Nie chcę wyręczać się mamą oraz Jillian, to ja jestem ojciem i to ja powinienem to robić.


O czternastej przyjeżdża mama. Wychodzę przed szpital, biorę Abbey na ręce i uśmiecham się szeroko. Wymachuje rączkami, wydaje z siebie te słodkie odgłosy, a serce samo mięknie. Jest taka śliczna!
- No dobrze, naciesz się córką, a ja pójdę zobaczyć jak Ivy. W ogóle jak ona się czuje? Mówiła coś?
- Niewiele. Lekarz powiedział, że potrzebuje trochę czasu na dojście do siebie, ale jej stan jest dobry.
- Pamiętasz, ciocia May też była w śpiączce. Obudziła się i po kilku dniach wszystko było w porządku.
- Liczę, że w przypadku Ivy też tak będzie. Była nieprzytomna przez cztery dni, przeszła poważną operację więc ma prawo być zmęczona i skołowana. Najważniejsze, że się obudziła i jest z nią kontakt.
- To prawda. Uciekam do niej - mama cmoka mnie w policzek, Abbey w czoło i wchodzi do szpitala.
- I co, malutka? Mam nadzieję, że dobrze ci z babcią, hmm? Obiecuję, że niebawem do ciebie wrócimy, ja i mamusia - przytulam jej ciałko do siebie i głaszczę po pleckach, kołysząc na boki. Wdycham jej dziecięcy zapach, który przesiąkł nasz pokój, jak i cały dom, ale jest to coś, co wręcz uwielbiam - Może pójdziemy na spacer, co ty na to? Kupimy dla mamusi piękne kwiaty - uśmiecham się na tę myśl, wkładam Abbey do wózka, okrywam kocykiem i naciągam budkę, aby osłonić ją przed słońcem - No, jesteśmy gotowi.
- Justin? - słyszę znajomy, zaskoczony głos, odwracam się za siebie i pierwszy raz od roku staję twarzą twarz z... Meredith. Zmieniła się. Nie ma na sobie tej ogromnej ilości makijażu, jej ubrania są schludne, dopasowane, ale skromne. Wygląda jak nie ona! - Byłam pewna, że mi się przewidziało, ale to ty.

- Tak, to ja - chrząkam i drapię się w kark - M-miło cię widzieć. Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
- Cóż, mój szalony brat miał wypadek na motorze, jakiś debil wjechał w niego i solidnie go połamał.
- Och, przykro mi. Mam nadzieję, że to nic poważnego? Mason to twardziel, tak łatwo się nie da, co?
- Żebyś wiedział. Nawet połamany wkurza mnie jak diabli i nawet rozkazuje pielęgniarkom. Wstyd mi za niego! - przewraca oczami i chichocze. Wow, to naprawdę Meredith? - A ty? Co ty tutaj robisz?
- To długa i skomplikowana sprawa - zaciskam usta i nie jestem pewny, czy powinienem jej to mówić.
- Mam czas, jeśli chcesz, możemy przejść się po alejkach. Mają tutaj naprawdę piękny park, prawda?
- Tak, można w spokoju pomyśleć - popycham wózek i ruszamy przed siebie. Cholera, to takie dziwne!
- Czyja jest ta śliczna dziewczynka? - kiwa głową na Abbey, która leży spokojnie i nas obserwuje.
- Moja - uśmiecham się szeroko, a Meredith uchyla usta zaskoczona - Tak, to moja córka. Ma na imię Abbey.
- Mówisz poważnie? Czego jak czego, ale tego na pewno się po tobie nie spodziewałam. Ty i dziecko?
- Dokładnie tak. Ja i dziecko - wzruszam ramionami, ale kurewsko dobrze się z tym czuję - To długa historia, zresztą nie jestem pewny, czy chcę wchodzić w szczegóły. Bez względu na wszystko kocham tę małą kruszynę z całego serca i muszę przyznać, że bycie ojcem to naprawdę zajebista sprawa - Meredith kręci głową, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Czas na najlepsze - Jej mamą jest Ivy, jesteśmy razem.
- M-mówisz poważnie? - zatrzymuje się w miejscu i wyrzuca ręce w górę - Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Przecież próbowała się zabić, potem odeszła, rzuciła cię! Jakim cudem do tego doszło?
- Normalnie, Meredith - burczę pod nosem i zastanawiam się, po co w ogóle jej to mówię? Mam dziwne wrażenie, że chcę pokazać jej, że jej intrygi na nic się zdały - Ivy odeszła będąc w ciąży, odnalazłem ją i jesteśmy razem. Mamy zamiar wziąć ślub. Łączy nas piękna, prawdziwa miłość. No i mamy Abbey.

- Niewiarygodne - ruszamy dalej, owija się ramionami i patrzy w dół - Czy to ona leży w szpitalu?
- Tak, miała wypadek, a właściwie ktoś ją skrzywdził. Widzisz, dawno temu wyszperałaś jej przykrą przeszłość, śmiałaś się z tego, że ojciec się nad nią znęcał, a to właśnie on prawie ją zabił - gwałtownie przekręca głowę i ponownie ją szokuję - Minął ponad rok od wydarzeń na uczelni, nie żywię do ciebie urazy, przeszło mi. Co nie znaczy, że kiedykolwiek wybaczę ci to, do czego się posunęłaś. Mam nadzieję, że wyciągnęłaś z tego wnioski, Meredith. Nie można szykanować, nękać ludzi, bo mogą okazać się zbyt słabi, aby to znosić. Zapoczątkowałaś coś, co wszystko zniszczyło, a Ivy targnęła się na swoje życie.
- Nie sądziłam, że posunie się tak daleko. Ja chciałam cię tylko odzyskać, nie chciałam jej śmierci, Justin.
- Wierzę ci. Gdybyś chciała jej śmierci, byłabyś dla mnie diabłem w ludzkiej skórze, a nie człowiekiem.
- Nie jestem diabłem, mam sumienie. Przykro mi, że między nami doszło do tych wszystkich okropności. Miałam klapki na oczach, byłam gówniarą, ale dorosłam i zrozumiałam, że moje zachowanie było żałosne.

- Cieszę się, że to doświadczenie czegoś cię nauczyło - spoglądam na nią ukradkiem, uśmiecha się i zaciska usta. Faktycznie wydaje się być nieco inna niż "dawna" Meredith - Czy u ciebie wszystko dobrze?
- Tak. Pracuję jako pomoc sekretarki, wreszcie dostałam się na uczelnię i raczej nie mam powodów do narzekania. Mam nadzieję, że Ivy wyzdrowieje, zasługujecie na szczęście po tym całym gównie.
- D-dzięki - jestem zaskoczony jej słowami. Meredith życzy nam szczęścia? Wow! To niepojęte.
 
Wracam do Ivy godzinę później. Mama zabiera Abbey do domu, w międzyczasie wmusza we mnie obiad i karci, że o siebie nie dbam. Słucham tego posłusznie, bo wiem, że taka jest jej rola i nie odpuści.
Kiedy wreszcie docieram na salę, przystaję w połowie kroku. Cholera! Ivy próbuje podnieść się z łóżka, co oczywiście w ogóle jej się nie udaje. Wciąż jest podpięta pod kroplówkę i ma na to zbyt mało sił.

- Ivy, skarbie, co robisz? - podchodzę do łóżka i z powrotem ją na nim układam - Gdzie się wybierasz?
- S-siku - charczy jak robot i przykłada dłoń do gardła. Kurwa, lekarza powinni coś z tym zrobić!
- Byłaś nieprzytomna przez cztery dni, biedroneczko. Masz założony cewnik, nie musisz się ruszać.
- C-co? - marszczy nos z obrzydzenia, a ja chichoczę na tę słodką minę - T-to obrzydliwe, Justin!

- Nie ma w tym nic obrzydliwego, to było koniecznie. Wciąż spałaś, więc lekarze musieli to zrobić.
- Zawołaj pielęgniarkę, proszę - mówi błagalnie i patrzy na mnie oczami szczeniaka. Kręcę głową, wciskam przycisk przy łóżku, a po chwili pojawia się dobrze mi już znana kobieta. Bernadett jest prze miłą kobietą, polubiłem ją - Chcę pójść zrobić siku, sama. I dlaczego do cholery boli mnie gardło? Jestem chora?
- Byłaś za intubowana, to normalne. Ból powinien niebawem ustąpić. Co do siku, masz cewnik, kochanie.
- Proszę to ze mnie wyciągnąć - wzdycha ciężko i podpiera się na łokciu. Jezu, jest taka uparta!
- Jesteś jeszcze bardzo słaba, nie możesz się podnosić. Cewnik zostanie jeszcze na kilka dni, dobrze?
- Nie, chcę pójść zrobić siku. Zrobię to tak czy siak - burczy pod nosem i patrzy na nas spod byka.
Chwilę później przychodzi doktor Peter. Bada Ivy, która wciąż nalega na wyciągnięcie cewnika i chociaż doktorowi wcale nie podoba się jej upór, mimo to ulega. Zaleca jednak odpoczynek i zakaz ruszania się, oprócz toalety. Pierwszy raz od pobudki na jej twarzy pojawia się lekki, zmęczony uśmiech, a moje serce się raduje. Mimo tego, że naprawdę nie wygląda jeszcze jak ona, jest prześliczna!
- Pomogę ci - odkrywam kołdrę, ostrożnie biorę ją na ręce i przytulam do swojego ciała. Jest taka lekka, jej ciało wciąż jest słabe i prawie przelatuje mi przez ręce! Nie ukrywam, odrobinę mnie to przeraża, ale nie wypowiadam na głos swoich obaw. Nie chcę ją martwić - Okej, gotowa? - przytakuje głową, wchodzę do łazienki, która jest w pokoju i stawiam ją na nogach. Gdybym jej nie obejmował, już dawno zaliczyłaby glebę! - Lekarz miał rację, nie powinnaś w ogóle opuszczać łóżka, ale musisz postawić na swoim, huh?
- Daj spokój, poradzę sobie - wzdycha ciężko, siada na wc i macha dłonią, abym sobie poszedł - No idź, inaczej się nie wysikam - prycham rozbawiony, staję za drzwiami i opieram się o ścianę - Chcę zobaczyć Abbey - słyszę zza drzwi, schylam głowę i myślę, czy to w ogóle możliwe - Przyniesiesz ją, prawda?
- Nie wiem, kochanie. W końcu to szpital, dzisiaj przeniosą cię z IOM'u na normalną salę. Trzeba porozmawiać z lekarzem, chociaż wątpię, aby się zgodził. Abbey jest wcześniakiem, wciąż jest narażona na infekcje, a szpital to wylęgarnia bakterii. Chyba będziesz musiała poczekać jeszcze kilka dni.
- Nie chcę czekać, chcę zobaczyć własne dziecko. Inaczej wypiszę się na własne żądanie - och, świetnie!
- Nawet nie zaczynaj, Ivy. Obudziłaś się dzisiaj rano, nie wróciły ci siły, przeszłaś poważną operację, walczyłaś o życie, a ledwo otworzyłaś oczy i chcesz rządzić. Niestety w tym przypadku na nic się nie to zda - przecieram twarz rękami i wchodzę do środka. Właśnie próbuje się podnieść, spłukuje wodę i podpiera dłoń o ścianę - Widzisz? Właśnie o tym mówię, daj sobie czas na odzyskanie sił. Musisz tutaj zostać.
- Chcę wziąć prysznic, jestem brudna - zaciska usta i patrzy na mnie błagalnie - Mogę to zrobić?

- Zaraz zapytam doktora - wzdycham ciężko i mam dziwne przeczucie, że leżenie szybko ją zniecierpliwi. 



*****
Po tygodniu Ivy nabiera więcej sił. Jej twarz wygląda o wiele zdrowiej, pojawiły się kolory, rumieńce i długo wyczekiwany przeze mnie uśmiech. Ma spory apetyt, chętnie je posiłki i przez to z dnia na dzień staje się coraz silniejsza. Jej stan zdrowia również zadowala lekarzy, jednak uprzedzili, że jeszcze zatrzymają ją na obserwacji. Niestety Ivy to uparta bestia i wciąż dopytywała, kiedy będzie mogła wyjść do domu. Rozumiem ją, ale zdrowie jest najważniejsze. Była zaskoczona, kiedy zobaczyła ranę po operacji i nieco wygolone włosy. Wciąż nie przypomniała sobie wydarzeń z ojcem, a ja nie powiedziałem słowa na jego temat. Chyba bałem się jej reakcji, tego, że mogłaby zareagować zbyt impulsywnie i jej stan zdrowia by się pogorszył. Nie mogłem do tego dopuścić i czekałem, aż sama sobie przypomni. Na szczęście pamiętała mnie i pozostałych, którzy wciąż ją odwiedzali. Jej pokój przypominał kwiaciarnię i sklep z misiami, bo było ich tutaj mnóstwo! Od małych, po ogromne, a Ivy śmiała się, kiedy wciąż ich przybywało.

Po tych kilku dniach wreszcie mogła wyjść na spacer. To znaczy nie o własnych siłach, a na wózku inwalidzkim. Każdego dnia spędzaliśmy dwie godziny na świeżym powietrzu, a Ivy uwielbiała ten czas. Delektowała się świeżym powietrzem, słońcem, które ogrzewało jej policzki i wiatrem, który rozwiewał jej włosy. Wyglądała na szczęśliwą, spokojną i coraz bardziej widziałem w nią "moją" Ivy, tą sprzed złych wydarzeń. Jej szczęście sięgnęło zenitu, kiedy mogła wziąć w ramiona naszą córkę. Płakała, tuliła ją i śmiała się na przemian. Przysięgam, że w tamtym momencie nic się nie liczyło, tylko moje dziewczyny.
 





*****************************
Za parę minut pojawi się epilog :)








1 komentarz:

  1. Oczywiście najpierw przeczytałam epilog, zamiast ten rozdział 😃 Ivy po raz kolejny udowodniła, że jest bardzo silną kobietą.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń