piątek, 3 sierpnia 2018

Rozdział dziewiętnasty


Justin POV:

Po południu znowu wracam do szpitala. Spędzam z Ivy kilka godzin, mówię do niej, trzymam za rękę i błagam, aby się nie poddawała. Tym razem obiecałem mamie, że wrócę na noc i spędzę trochę czasu z Abbey, dlatego niechętnie zastawiam Ivy samą. Boję się, że kiedy wrócę rano, jej już nie będzie...


Kilka minut po dziewiętnastej kąpię małą i polewam jej brzuszek wodą. Posyła mi zadowolony uśmiech, wymachując rączkami. Zaciskam usta, aby znowu nie wybuchnąć płaczem i szybko przygotowuję ją do snu. Zakładam pieluszkę, smaruję jej ciałko balsamem, ubieram body, spodenki i maleńkie skarpetki. Owijam ją jej ulubionym kocykiem i karmię. Ivy nie jest w stanie tego robić, więc mama wzięła sprawy w swoje ręce i Abbey dostaje butelkę. Dobija mnie myśl, że nie ma przy niej matki, która mogłaby ją nakarmić, a powstrzymywane łzy wreszcie znajdują ujście. Wpatruję się w nasze dziecko, rozklejam się i modlę, aby Ivy dała radę i wróciła do nas jak najszybciej. Jest młoda, silna, dzielna. Nie może się poddać.

Noc mija spokojnie. Nie odkładam Abbey do łóżeczka, śpi razem ze mną, a mój sen jest bardzo czujny. Budzę się co godzinę, nasłuchuję czy oddycha i sprawdzam telefon, czy przypadkiem nie dzwonił lekarz. Jestem zestresowany, spanikowany, a moje serce nie chce uspokoić bicia. Nigdy się tak nie bałem.

O ósmej schodzę na dół, wkładam Abbey do leżaczka i robię mleko. Ziewam, drapiąc się po brzuchu i w międzyczasie stawiam filiżankę pod ekspres. Marzę o mocnej kawie, która postawi mnie na nogi.
- Syneczku, już nie śpisz? - do kuchni wchodzi mama, całuje mnie w policzek i grucha do małej.
- Nie, nie jestem w stanie. Zresztą Abbey jest głodna i muszę ją nakarmić. Chcę wrócić do szpitala.
- Wrócisz, kochanie. Wiesz, że zajmę się dzieckiem, ale przynajmniej zjedz coś i nabierz trochę sił.
- Postaram się, mamo, nie martw się. Teraz muszę pobudzić się kofeiną. Ach, czy Nolan jeszcze śpi?
- Nie śpię - wchodzi do kuchni w pełnej gotowości - Możemy w każdej chwili jechać do szpitala. Wczoraj wieczorem zadzwoniłem do Dylana, powinien być w szpitalu za niecałą godzinę - och, zapomniałem o nim!
- Mama Ivy chyba też powinna niebawem dotrzeć albo już jest. Wypijemy kawę i jedziemy. 


Na miejscu zastajemy Dylana, Monicę oraz mężczyznę, którego widzę na oczy po raz pierwszy.
- Justin! - Monica przytula mnie do siebie i szlocha głośno. Wypłakałem już morze łez, więc dziwię się, że chce mi się płakać - Rozmawiałam z lekarzem, mówił straszne rzeczy o krwiaku i pękniętej czaszce - ociera łzy chusteczką i pociąga nosem - Jej stan nadal jest ciężki, w dodatku jest w śpiączce farmakologicznej.
- Kochanie, śpiączka to konieczność. Dzięki temu Ivy odpoczywa, nie obciąża mózgu - mężczyzna uspokaja ją, obejmuje i głaszcze po plecach - Jestem Amir, miło cię poznać. Żałuję, że w takich okolicznościach.
- Tak, ja też żałuję. Justin - potrząsam jego dłonią i muszę przyznać, że wygląda na sympatycznego.
- Justin - Dylan podchodzi do mnie i obejmuje po męsku - Ona z tego wyjdzie. Jest silna i dzielna.
- Taką mam właśnie nadzieję, przyjacielu - klepię go po plecach, odwracam się, podchodzę do szyby i patrzę na moją ukochaną. Jej twarz nie zmieniła się od wczoraj, nie nabrała żadnych kolorów. Mam wrażenie, że jej włosy są jeszcze jaśniejsze, niemal białe. Serce kurczy się na ten widok, strach potęguje, a niewiadoma wykańcza. Ile dni upłynie do powrotu mojej ukochanej? Czy w ogóle wróci?


W południe pojawia się doktor Samuel. Zrywam się na równe nogi, wchodzę z nim do Ivy i obserwuję, jak spogląda na przyrządy oraz w jej kartę. Dłonie pocą mi się ze stresu i czekam na jakiekolwiek informacje.
- Cóż, parametry wyglądają bardzo dobrze. Podajemy jej leki, które potrzebują czasu na zadziałanie.
- Dzisiaj mija drugi dzień. Właściwie jak długo macie zamiar utrzymywać ją w tej całej śpiączce?
- Na pewno do czasu, aż całkowicie pozbędziemy się krwiaka. To poważna sprawa, może doprowadzić do śmierci. Ivy musi zregenerować siły, dać czas na naprawienie wyrządzonych szkód. Trochę cierpliwości.
- Z cierpliwością nie jest mi po drodze, doktorze. Po jakim czasie prawdopodobnie krwiak ustąpi? 

- To już zależy od samego pacjenta, jego reakcji na leki. Czasami wystarczy kilka dni, czasami dwa tygodnie, a czasami miesiące - Boże! Miesiące?! - Miejmy nadzieję, że w jej przypadku nastąpi to szybciej. Jest młoda, jej organizm jest silny i nie podda się bez walki. Jestem dobrej myśli, mimo poważnego stanu.
- Ona musi wyzdrowieć, panie doktorze. Dopiero ją odzyskałem, nie może zostawić mnie i naszej córki.
- Proszę myśleć pozytywnie, panie Justinie. Pana obecność na pewno jej pomaga, nie jest z tym sama.
- Mam nadzieję, że mnie słyszy i czuje, że jestem przy niej - pochylam się i całuję ją w czoło.


O piętnastej przyjeżdża mama z Jillian i Abbey. Zamieniam się z nimi, one idą do Ivy, a ja spaceruję z małą po szpitalnych alejkach. Jestem ogromnie wdzięczny mamie za to, to dla mnie robi. Wzięła urlop w pracy, opiekuje się moim dzieckiem i dzięki niej mogę spędzać czas z Ivy. Żałuję jedynie, że nie mogę się rozdwoić i być również z Abbey. Nie powinna być bez obojga rodziców, ale sytuacja jest niezwykle trudna.
- To wszystko jest do bani - Nolan burczy pod nosem i wzdycha ciężko - Ivy nie zasłużyła na to gówno, które zgotował jej ten złamas. Tyle przeszła, zeszliście się, macie fajną córkę i powinniście być teraz szczęśliwi.
- Będą, stary - do rozmowy włącza się Dylan - Ivy da radę, do cholery! To bardzo silna dziewczyna, na pewno się nie podda. Ma dla kogo walczyć! Myślicie, że przeszła to wszystko, żeby teraz odejść? W życiu!

- Masz rację, to wojowniczka i pokaże nam, że nawet coś takiego nie jest w stanie jej złamać.
- I tak trzeba myśleć, nie inaczej. To tyczy się też ciebie - Dylan patrzy na mnie, wymachując palcem - Wiem, że się boisz, jak my wszyscy zresztą, ale doskonale wiesz, że Ivy nie zostawi ani ciebie, ani Abbey.
- Tak sobie to tłumaczę, przynajmniej na razie. Co nie zmienia faktu, że ludzie umierają, Dylan. Owszem, Ivy jest twarda, ale to nie oznacza, że to jej nie pokona. Może umrzeć i to mnie właśnie przeraża.
- Wiem, ale nie możesz być nastawiony na najgorsze. Jej stan jest ciężki, ale stabilny. Poprawi się.
- Modlę się o to w każdej minucie dnia. Nie wyobrażam sobie, aby odeszła. Ja nie wiem, jak miałbym pozbierać się po czymś takim. Żyłem bez niej długi rok i to był dla mnie koszmar, ale miałem świadomość, że jest tam gdzieś i być może jest szczęśliwa. Teraz wiedziałbym, że już nigdy nie wróci. To straszne.

- Ona z tego wyjdzie, zobaczycie. Czeka na nią mnóstwo kochających ją ludzi, w tym ta mała istota.
- Justin!! - odwracam się za siebie i marszczę brwi. W naszą stronę biegnie Jillian, jest blada jak ściana, a moje serce się kurczy. Wpadam w panikę i czuję, że coś się stało - Musisz wrócić na górę, chyba nie jest dobrze - dyszy ciężko, łapczywie chwytając powietrze - Powiedzieli, że Ivy wzrosło ciśnienie w głowie.
- Zostań z Abbey - tylko tyle jestem w stanie z siebie wykrzesać. Biegnę do szpitala, zostawiam chłopców z tyłu, wjeżdżam windą na dwunaste piętro i wpadam na oddział niczym tornado. Zauważam Monicę wraz z Amirem, moją mamę i tatę. Nawet nie wiedziałem, że też przyjechał - Co z Ivy? Gdzie jest doktor?
- Spokojnie, synu. Zaraz przyjdzie, właśnie ją bada - ojciec uspokaja mnie, ale jestem zbyt spanikowany.
- Och - odwracam się i faktycznie dopiero teraz zauważam go przy Ivy. Biorę zielony fartuch, w pośpiechu zakładam go na siebie i wchodzę do środka. Mam w nosie, czy wolno mi to robić, czy nie - Co z nią?
- Nastąpił skok ciśnienia, zdarza się - sprawdza monitor, na którym widnieją różne kreski, ale nic z tego nie rozumiem - Podaliśmy leki i wszystko zaczyna się stabilizować. Niestety skoki ciśnienia są poważne, ponieważ mogą doprowadzić do pęknięcia krwiaka. Obserwujemy sytuację i natychmiast reagujemy.
- Trzymaj się, skarbie - siadam obok łózka, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Nie daj się, bądź dzielna.




Ivy POV:
Stan, w jakim się aktualnie znajduję, jest bardzo dziwny. Na przemian śpię, odzyskuję świadomość, jednak nie mogę się obudzić. Mam wrażenie, jakby moje ciało żyło własnym życiem i tylko na chwilę pozwala mi wrócić do siebie. Jest to koszmarnie męczące, dezorientujące i właściwie nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Tylko kiedy mam świadomość, słyszę gdzieś obok głosy, krzątaninę i pikanie, które chce rozsadzić mi głowę. Nie rozpoznaję głosów, za to skupiam uwagę na czymś ciepłym, co dotyka mojej dłoni. Jest to przyjemne uczucie, tak różniące się od chłodu, który aktualnie przepełnia moje ciało. Gdybym tylko mogła, poprosiłabym o ciepły koc, aby choć trochę się rozgrzać. Dlaczego jest tutaj tak zimno? I co ważniejsze, gdzie się znajduję, co się wydarzyło? Niewiele pamiętam, a zmęczenie nie pozwala mi skupić myśli. Chciałabym się już obudzić, chociaż właściwie czy ja w ogóle śpię? Co to za próżnia?
 



Justin POV:
Nie ruszam się z miejsca, odkąd tylko doktor powiedział mi o tym przeklętym ciśnieniu w jej głowie. Przysypiam z głową opartą na łóżku i jej dłonią w mojej dłoni. Dochodzi czwarta rano, mija trzecia doba i zaczynam mieć coraz czarniejsze myśli. Doktor Samuel niewiele mówił od wczorajszego popołudnia, doktor Peter tym bardziej i to napawało mnie ogromnym strachem. Gdyby było lepiej, na pewno zostałbym o tym poinformowany. Skoro nie pisnęli słowem, nie wróży to raczej nic dobrego. Na dzisiaj zaplanowali kolejne badanie. Jeśli ponownie krwiak się powiększył, moje słabe nadzieje doszczętnie pójdą się pieprzyć. Potrzebuję dobrych wiadomości, musi być poprawa, do cholery! Skoro dostaje leki, które potrzebują trochę czasu na działanie, niech już działają! Modlę się o chociażby jeden procent poprawy.


Chłopcy wmuszają we mnie śniadanie, chociaż średnio mam na nie ochotę. Mój apetyt nie dopisuje, ledwo funkcjonuję i jestem wyłączony. Niestety Nolan przypomina mi o studiach, na które oni dzisiaj wracają. Cholera, studia? Poważnie? Nie jestem w stanie myśleć, a co dopiero wrócić na uczelnię i skupić się na zajęciach. Teraz nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, studiowanie spada na sam koniec. Jak mógłbym się tym przejmować, skoro Ivy leży tutaj nieprzytomna? Tylko ona się liczy, nic więcej.
- Panie Justinie - z myśli wyrywa mnie doktor Peter. Podnoszę się z krzesełka i przecieram zmęczoną twarz rękami - Tomografię zaplanowaliśmy na godzinę piętnastą - cholera! Dochodzi dopiero dziesiąta! Chyba sfiksuję z tego niepokoju! - Ivy bardzo dobrze reaguje na leki, widzimy lekką poprawę - co?! Uchylam usta i gapię się na niego zszokowany - Dzisiejsze wyniki są zadowalające, a ciśnienie znaczenie spadło. Mały kryzys z wczoraj mamy za sobą - uśmiecha się, a mi robi się słabo. Boże, naprawdę jest poprawa! - Proszę usiąść, jest pan blady jak ściana - kręci głową, chwyta mnie za ramie i siłą sadza na krzesełku - Może pojedzie pan do domu? Spędza pan tutaj prawie całe dnie, niebawem i pan wyląduje na jednej z sal.
- Nic mi nie będzie, nie chcę jej zostawiać. Poczekam na badanie i wyniki, dopiero wtedy pojadę do domu.
- W porządku. Teraz muszę dokończyć obchód, proszę być dobrej myśli. Zrobiliśmy krok do przodu.
- Dzięki Bogu, oby tak dalej - oddycham z ulgą i spoglądam na chłopców, których humor również się poprawia - Spadajcie na zajęcia. Jak tylko będą wyniki dam wam znać co i jak, nie zawalajcie studiów.
- Gadasz jak moja matka - Dylan przewraca oczami i przybija żółwika - Pamiętaj, zadzwoń do nas.
- Zadzwonię, na razie - człapią do windy, znikają z zasięgu mojego wzroku i zostaję sam. Monica oraz Amir pojechali się przespać, ale zapewnili, że wrócą przed obiadem. Cieszę się, że matka Ivy troszczy się o nią i jest tutaj. Podnoszę tyłek, podchodzę do szyby i patrzę na tę kruchą dziewczynę, która leży bez ruchu i oddycha miarowo. Modlę się o każdy jej oddech, aby nie ustawał i nabierał siły. Po słowach lekarza moja nadzieja wraca ze zdwojoną siłą i liczę, że badanie wyjdzie lepiej niż ostatnio - Bądź dzielna, moja biedroneczko. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Obudzisz się i razem wrócimy do domu.
- Justin - mój monolog przerywa ojciec. Odwracam się w jego stronę i dostrzegam również stojącego obok niego Phila. Cholera, nie spodziewałem się ich! - Zanim przejdę do rzeczy, powiedz, jak czuje się Ivy?
- Lepiej, na szczęście. Ciśnienie spadło, ustabilizowało się. O piętnastej czeka ją kolejna tomografia.
- To bardzo dobra wiadomość - uśmiecha się i spogląda na Phila - A my mamy kolejną. Złapali go, synu.
- C-co? - patrzę raz na ojca, raz na Phila, a w mojej głowie jest tornado myśli - Złapaliście tego skurwiela?
- Tak. Wpadł dzisiaj nad ranem, na lotnisku. Kupił bilet do Kanady, ale nie przeszedł przez kontrolę. Wszędzie rozesłaliśmy jego zdjęcia, nie miał szans na wymknięcie się. Jest nasz, siedzi w areszcie.
- I co teraz? Zamkniecie go na dobre, prawda? On nie może wyjść na wolność, Phil. Jest niebezpieczny!
- Wiemy o tym, nie obawiaj się. Kompletujemy dowody świadczące przeciwko niemu i czekamy na Ivy. Jej stan odgrywa tutaj kluczową rolę, ponieważ od tego również będzie zależał wymiar kary. Niestety nie możemy jej przesłuchać, chociaż większość wiemy z monitoringu. Zaraz z nim porozmawiam.
- Chcę pojechać z tobą - mówię ostro, a ojciec patrzy na mnie zaskoczony - Chcę go tylko zobaczyć.


Nie wiem, co sprawia, że Phil decyduje się mnie zabrać. Może moja rozpacz, determinacja albo strach? Nie mam pojęcia, ale właśnie wprowadza mnie do pokoju, stawia przed szybą i przekazuje instrukcje. Mam być cicho, nie przeszkadzać i zatrzymać dla siebie to, co usłyszę. Phil jest szefem, pewnie tylko dlatego mogę tutaj być. Właściwie sam nie wiem, dlaczego chciałem być tego świadkiem. Niczego już nie zmienię, a poznanie twarzy tego skurwiela potwornie mnie wkurwi. Po co sam sobie to robię? Zwariowałem?!
Besztam się za głupotę, chcę się wycofać, niestety jest już za późno. Do pokoju zostaje wprowadzony człowiek, siada na krześle i pierwszy raz mogę spojrzeć na mężczyznę, który tak bardzo skrzywdził kobietę, która jest dla mnie wszystkim. Brzydzę się nim! Jego policzek oszpeca blizna, wygląda na typowego bandziora z zadziwiającą pewnością siebie. Uśmiecha się i patrzy na Phila. Podziwiam go za spokój, we mnie już gotuje się złość i zwijam dłonie w pięści. Liczę na to, że tym razem zgnije w pierdlu!
- No dobrze, zacznijmy więc. Jak pan wie, był pan poszukiwany za brutalne pobicie Ivy Jones. Wszystko, co pan zaraz powie ma ogromne znaczenie. Radzę mówić prawdę, inaczej będzie o wiele gorzej.
- Dlaczego miałbym kłamać? Skoro już tutaj jestem, nie ma sensu ściemniać. Co chciałby pan wiedzieć, panie władzo? Powiem wszystko! - przechyla głowę, zakłada ręce na piersiach i wygląda na znudzonego.
- Proszę opowiedzieć zdarzenie, które miało miejsce trzy dni temu. Spotkał się pan z własną córką.
- Och, tak! Pamiętam! - klaszcze w dłonie, śmieje się, a ja gapię się na niego jak na debila. Czy on sobie kurwa żartuje?! - Wyglądała tego dnia pięknie, w tych krótkich spodenkach i topie. Mam prześliczną córeczkę, jest moją gwiazdeczką - podpiera łokcie na stole, brodę na dłoniach i oddycha głęboko.
- Proszę odpowiedzieć na moje pytanie, panie Jones. Co wydarzyło się w alejce trzy dni temu?
- Cóż, sprawa nieco się skomplikowała. Ivy miała dać mi pieniądze, a ona zwiała z Los Angeles i zostawiła mnie z niczym! - podnosi głos i uderza pięścią w stół. Po uśmiechu nie ma nawet śladu - Nie tak ją wychowałem, lata surowej dyscypliny poszły się chrzanić. Jeśli myślała, że po zamknięciu mnie w więzieniu zasady nie obowiązują, to grubo się pomyliła! Jest moją córką, musi ich przestrzegać.
- Mówi pan o zasadach, przez które w wieku czternastu lat wylądowała w szpitalu w opłakanym stanie?

- Każdy rodzic wychowuje dziecko po swojemu! Ja nie pouczam pana, jak ma pan wychowywać własne.
- Problem w tym, że myli pan pojęcia. Wychowanie, a przemoc domowa to dwie różne sprawy.
- Przemoc domowa? Tak to nazywacie? Też mi coś! Dyscyplina, kilka klapsów to dla od razu przemoc?
- Kilka klapsów? Proszę na to spojrzeć - Phil wyjmuje teczkę, pokazuje mu kilka zdjęć i na szczęście, lub nieszczęście, jestem na tyle blisko, iż kątem oka widzę na nich Ivy. Przełykam ślinę, a moje serce się zaciska. Boże, to zdjęcia z jej pobicia! - Znęcał się pan nad nią przez dziesięć lat. To już przemoc.
- Pierdolenie - zrzuca zdjęcia ze stołu i nerwowo podryguje nogą - Była nieposłuszna, więc dostawała.
- Zostawmy ten temat, nie z jego powodu dzisiaj tutaj jesteśmy. Proszę opisać wydarzenia z alejki.
- Zdenerwowała mnie, odpyskowała. Rozumie to pan? - prycha z kpiną i zwija dłonie w pięści - To nie do pomyślenia, ponieważ nigdy nie wolno było jej pyskować! Jest gówniarą, ma mnie słuchać, to wszystko! A ona rozpędziła się i powiedziała słowa, za które zapłaciła. Za nieposłuszeństwo jest kara, to proste.
- Przedstawię więc panu sytuację. Całość została nagrana na pobliskim monitoringu ze sklepu. pana córka w tej chwili przebywa w szpitalu, ma pękniętą kość czaszki, krwiak mózgu i walczy o życie - uważnie obserwuję jego twarz, na której nie pojawia się zupełnie nic. Pustka. Nawet nie wygląda na zaskoczonego, a tym bardziej na smutnego. Dociera do mnie, że nie ma w nim żadnych uczuć, nie posiada serca. Wyrządził jej ogromną krzywdę, dwukrotnie, a nie okazuje grama skruchy. Mam nadzieję, że sąd nie okaże mu litości, wpakują go na długie lata i przyjdzie mu tam umrzeć! Nie zasługuje na łagodne więzienie, oby trafił do tego najgorszego, gdzie inni więźniowie dadzą mu nieźle popalić - Na tę chwilę grozi panu dwadzieścia pięć lat więzienia. Pobicie z premedytacją, pozostawienie bez pomocy. Jeśli jednak Ivy nie przeżyje - skóra cierpnie mi na rękach, kiedy Phil wypowiada te straszne słowa na głos. Nie dopuszczam tego do siebie, a usłyszenie tego tak po prostu napawa mnie przerażeniem, które chwilowo schowałem gdzieś głęboko - Spędzi pan w więzieniu resztę swojego życia. Mogę również zapewnić, że nie będzie to łagodne więzienie - bum! Dopiero teraz wyraz jego twarzy się zmienia, nieco blednie i nerwowo wierci się na krześle. Nie przejmuje się losem własnej córki, bardziej boi się więzienia, w którym tak czy siak, wyląduje 
Ma pan prawo do adwokata. Jeśli pana na niego nie stać, zostanie przydzielony z urzędu.
- Poważnie? Po co mi adwokat, skoro i tak mnie nie obroni. Myślisz, że nie wiem, co zrobiłem? Doskonale zdaję sobie z tego sprawę! Nie przewidziałem tylko, że moja ucieczka nie wypali, a byłem tak blisko!
- Myli się pan, był pan ogromnie daleko. Po tym zdarzeniu postawiliśmy policję w stan gotowości. Nie udałoby się panu przekroczyć granicy, wszędzie rozesłaliśmy pana zdjęcie. Mam jeszcze jedno pytanie - Phil otwiera białą teczkę i podsuwa kolejne zdjęcie - Kim jest ten człowiek? Widziano go z panem w alejce.
- Ach, to Frank, mój dobry kolega. Już dawno wisiał mi przysługę, to on pożyczył mi kasę na detektywa - detektyw? I wszystko jasne! - Nie wiem, gdzie teraz jest. Rozdzieliliśmy się, każdy poszedł w swoją stronę.
- Również jest poszukiwany. Brał udział, może nie bezpośredni, ale jednak, w skrzywdzeniu Ivy Jones.
- Co on mnie obchodzi? Najważniejsze, że mi pomógł i jest wolny. Szukajcie go sobie do woli, powodzenia.
- Znajdziemy go, zapewniam pana. Może dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o pana planach?
- Nie zwierzałem mu się, chociaż obdarzyłem go zaufaniem. Nic wam nie powie, nie jest na tyle głupi. Wychowywaliśmy się razem, znam go od pieluch. Lubił Ivy, nawet bardzo - uśmiecha się chytrze, spoglądając na jej zdjęcie - Podobała mu się, wiele razy chciał dobrać jej się do majtek - chwytam blat biurka, zaciskając na nim dłonie. Adrenalina buzuje w moich żyłach, a ciśnienie niebezpiecznie skacze w górę - Kiedy zaczęła dorastać i urosły jej piersi, wręcz nie mógł utrzymać rąk przy sobie. Wiesz, jacy są faceci, prawda? - mruga okiem i śmieje się głośno. Spoglądam na Phila, który zachowuje stoicki spokój, jak i profesjonalizm - Pewnego dnia zostawiłem ich samych, ale zabroniłem mu ją pieprzyć. Wolałem zostawić jej cnotę dla kogoś wyjątkowego, kto za to zapłaci. Straciłem na nią mnóstwo forsy, powinna się odwdzięczyć - żółć podchodzi mi do gardła i sam nie wiem, czy chcę zwymiotować, czy pójść tam i obić mu mordę. Nie wierzę, że to jest jej ojciec, to niewiarygodne! - Tak bardzo mnie prosiła, żebym tego nie robił. Krzyczała; "tatusiu, już będę grzeczna, przysięgam!" - naśladuje jej głos, a w mojej głowie pojawia się jej śliczna buzia. Ileż potworności musiała przejść przez tego bydlaka! - Miałem w nosie jej biadolenie, przyniosła jedynkę z matmy, więc Frank mógł sobie poużywać. Była potwornie nieznośna, uparta jak zawsze i walczyła. Niewiele zdziałał biedak, ale chociaż pomacał - wybucha śmiechem, a resztki mojego opanowania idą w cholerę. Furia przejmuje nade mną kontrolę i wreszcie wybucham. Niczym tornado wpadam do pokoju, chwytam go za koszulkę i przypieram do ściany - Kim ty kurwa jesteś?!

- Kimś, kto spuści ci wpierdol, ty bezduszny skurwielu! Nigdy więcej nie dotkniesz mojej narzeczonej!
- Justin, puść go! - Phil dopada do nas, jednak jego siła nie robi na mnie wrażenia - Obiecałeś!
- Och, jesteś jej chłoptasiem, co? To ty zrobiłeś jej bachora? To przez ciebie straciła dziewictwo?!
- Pierdol się, gówno ci powiem! Zgnijesz w więzieniu za to, co jej zrobiłeś. Masz to, jak w banku!
- Nie bądź tego takie pewny, rycerzyku. Bronisz jej, a ta mała dziwka jest brudna od rąk moich kumpli.
- Ktoś powinien sprzątnąć cię z tego świata, śmieciu! Jesteś nic niewartą kreaturą! - potrząsam nim jak szmacianą lalką, ale nawet się nie broni. Jego ciało jej wątłe jakby bez grama mięśni. Co za cienias! - Już nie jesteś taki cwany, huh?! - przygniatam jego ciało do ściany i wciąż czuję uścisk na ramieniu. Phil nie daje za wygraną - Posadźcie go na krześle elenktycznym. Chcę patrzeć, jak będzie zdychał.
- Musisz się uspokoić, Justin. Puść go i wyjdź, proszę! Nie chcę, żebyś narobił sobie problemów, chłopcze. Nie potrzebujesz tego, nie teraz. Ivy czeka na ciebie w szpitalu, pojedź do niej. Zadzwonię później.
- Masz szczęście, śmieciu - puszczam go, robię krok w tył i próbuję opanować przyśpieszony oddech - Gdybyśmy byli sami, w zupełnie innym miejscu nic by mnie nie powstrzymało. Rozjebałbym cię na miazgę!
- Justin - Phil wzdycha głośno, odciąga mnie od tego fiuta i prowadzi do drzwi - Nie mów nic więcej.
- Och, dlaczego go zabierasz? Ja chętnie z nim porozmawiam i opowiem więcej o Ivy. Będzie ciekawie.
- Nawet nie waż się wypowiadać jej imienia! - zatrzymuję się i patrzę na niego z mordem w oczach - Nie zasługujesz na to, aby wypływało z twoich ust! Nigdy więcej już jej nie zobaczysz, dopilnuję tego.
- To moja córka, dzieciaku. Mogę z nią zrobić, cokolwiek zechcę, nawet pieprzyć! I co ty na to, huh?!
- Marcus, Colin! - Phil krzyczy głośno, a go pokoju wchodzi dwóch ochroniarzy - Zabierzcie go stąd.
- Uuu, wymiękasz, co?! Dwóch wielkich osiołków musi cię stąd wyprowadzić, bo zaraz pokażesz pazurki.
- Chłopcy! Idźcie! - Phil pogania ich, ciągną mnie w stronę drzwi, jednak ledwo nad sobą panuję.
- Odzyskam ją - słyszę za sobą, szarpię się, ale faceci nie dają mi szans na uwolnienie - Ivy będzie ze mną, tam, gdzie jest jej miejsce. Mam wobec niej plany, rycerzyku. Odda wszystko, co na nią wydałem.

Walczę jak lew, staram się wyrwać, jednak dwóch ochroniarzy wzmacnia uścisk i wyprowadzają mnie na korytarz. Tam wcale nie jest lepiej, chcę wrócić, nie powstrzymywać się przed spuszczeniem mu lania, które zapamiętałby do końca swojego życia. Jaka szkoda, że moja szansa na to właśnie uciekła.
 



************************************
Hejo!
Rozdział na nowym opowiadaniu w niedzielę :D

Buuuziaki! :*





6 komentarzy:

  1. Nie dziwię się Justin'owi, że wybuchł w trakcie przesłuchania. Sama też bym się nie powstrzymała. Oby Ivy wyszła z tego cało.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Masakra.. Że on dalej nie odpuszcza to sie dziwię😕 czekam na nastepny💕

    OdpowiedzUsuń
  3. Niech on mu opierdoli tą morde bo zraz ja wbije tam do opowiadania
    Ale mnie wrkuwil!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaka szkoda ze justina powstrzymali i nie mógł mu obić porządnie mordy...skurwiel jeden....Jezu normalnie gotuje się we mnie. ..nie mogę się doczekać aż Ivy się obudzi..do następnego, buziaki 😘😘😘

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieje ze zamkną tego typa na lata!
    Oby Ivy się obudziła szybko :)

    OdpowiedzUsuń